Bóg nie powołuje zdolnych, ale uzdalnia powołanych.

Ta myśl towarzyszy mi na wszystkich misyjnych ścieżkach i każdego dnia daje mi pewność, że nie ja pisze scenariusz tej historii. On sam działa, prowadzi, towarzyszy. On ma plan – ja ufam. każdego ranka budzę się z tą pewnością w sercu, że On kocha i On ma plan nie ja, ja ufam i dziękuję i wielokrotnie nie mogę wyjść z podziwu. Jadąc na misje do Kenii, nie oczekiwałam niczego, zaufałam i nie snułam planów, jak to ja, wielka misjonarka będę nieść pomoc i nauczać o Chrystusie. Prawdopodobnie wystraszyłabym się na starcie, wiedząc do czego On mnie tu przygotowuje. A tak, ufam jak dziecko i biegnę naprzód po Jego misyjnych ścieżkach.

Jeśli ktoś powiedziałby mi wcześniej że ja, po wielu latach studiów, pracy katechetycznej i zorganizowanego, ułożonego, zakonnego życia, będę biegać za wielbłądami po sawannie, otwierać szkoły, ośrodki dla dzieci, że będę ratować życie ludzkie kawałkiem chleba i miską ryżu, ba, czasami nawet dobrym słowem i ciepłym gestem, nie uwierzyłabym. Nie byłam przygotowana na wiele z misyjnych wydarzeń, bo tak szczerze mówiąc, nie sposób jest się do nich wcześniej przygotować, ale prawdą jest, że On powołując mnie taką słabą i niedoskonałą kształtował mnie i uzdalniał do misji. Nie, nie powołał mnie, widząc jaka jestem zdolna i przygotowana, ale wybrał mnie taką byle jaką i uzdolnił.

Ubóstwo jest tu w Afryce porażające, głód i choroby, terroryzm, i brak edukacji sprawia, że wielokrotnie czuję się, tu zupełnie bezradna. Ufność jednak, że On sam ma plan i On wie, wystarcza. Kiedyś, przechodząc przez naszą wioskę, usłyszeliśmy ciche kwilenie, porzucone malutkie dziecko zjadane było żywcem przez mrówki, które na jego brzuszku wybudowały sobie spore mrowisko, usta, nos, uszy pełne były insektów, biorąc małą na ręce płakałam razem z nią, wyjmowałam mrówki godzinami, umyłam i przewinęłam. Zaopiekowała się nią sąsiadka, przygarnęła dając dom i miłość. Malutka zmarła, bo miała zapalenie płuc, ale zmarła w ramionach, które utulały i dawały bezpieczeństwo, tak jest dużo łatwiej zaufać Jezusowi, który otwiera swe ramiona i przyjmuje do siebie.

Kilka lat temu otworzyłyśmy szkołę na sawannie. Wcześniej dzieci musiały pokonywać 18 kilometrów by dojść do najbliższej szkoły, ryzykując często, bo sawanna pełna jest jadowitych żmij i węży oraz dzikich, drapieżnych zwierząt. Dzieci rozpoczynały szkołę w wieku 12-13 lat, bo dopiero w tym wieku mogły samodzielnie pokonać tą odległość. Mało kto kończył szkolę podstawową, bo w wieku 20 lat dziewczyny często wydawane już były za mąż, a chłopcy musieli pilnować stad kóz i wielbłądów. Licząc tylko na swoje doświadczenie i własne siły nigdy bym się na to nie zdecydowała, ale On działa i On, jako dobry Ojciec wie, co jest dobre. I tym sposobem w głębi sawanny wybudowaliśmy szkołę, gdzie najmłodszy uczeń, uwaga! ma raptem 9 miesięcy. Przyjęliśmy, bo opiekowała się nim siedmioletnia siostra, bez której mały umarłby z głodu, wiec w zasadzie wyboru nie mieliśmy, albo siedmiolatka zostanie w zagrodzie z bratem albo przyjmiemy dwójkę. Szkoła zapełniła się natychmiast, nie żeby rodzice cenili wartość edukacji, bo przecież w większości to są analfabeci, ale świadomość pełnego talerza ryżu i fasoli była najlepszą motywacją. A ja, stając przed dylematem jak to nowe stadko wyżywić, znów rzuciłam się na głębokie wody. Od somalijskich pasterzy kupiłam pierwszego wielbłąda, a raczej wielbłądzice, by dawała mleko maluchom w szkole. W życiu nie myślałam, że będę ujeżdżać wielbłądy, doić je i wypasać, a dziś, przy pomocy kilku pasterzy, poznaję tajniki stada, ich język i zwyczaje, bo mam już prawie 40 wielbłądów  i stado ciągle się nam powiększa. Dzieciaki mają mleko, a to najważniejsze. W wiosce natomiast mam spore stado krów, kóz, owiec, królików i kur, kaczek i gęsi i Bogu dziękuję za takie cuda techniki jak Internet, który odpowie mi na prawie każde moje pytanie dotyczące hodowli. Stąd między dziełami  Św. Teresy od Krzyża i encyklikami papieskimi zgłębiam literaturę dotyczącą kiszonek dla bydła i problemów laktacyjnych wielbłądów.

Kocham moich pasterzy, spędzając na sawannie cały dzień uczę się od nich ich prostego życia, wg pięknej, oriońskiej zasady: mało lub żadnych wymagań. W swojej ubogiej diecie złożonej wyłącznie z gotowanej maki kukurydzianej, mleka wielbłądziego i od czasu do czasu suchych pasków wielbłądziego mięsa,  to właśnie oni celebrują spożywanie chleba jak największego daru. To dla nich posiłek z chlebem jest świętem. I choć ci nasi pasterze to somalijscy muzułmanie i gdy ja dzielę chleb oni rozkładają swoje dywaniki do modlitwy, później spożywając ten chleb wspólnie czuję się jak na najpiękniejszej eucharystii świata. Gdzie On wielki Bóg ukrył się w kawałku chleba, by każdy mógł mieć do niego dostęp, by On był blisko. A my szanujemy każda kruszynę chleba.

Jeszcze dwa lata temu somalijscy terroryści postanowili spalić mnie na rynku w wiosce, wykorzystując do tego dzieci ulicy, którym ja często wymieniałam klej i narkotyki na chleb, którym pomagałam, gdy chorowali lub przyjmowaliśmy ich pod nasz dach, gdy lał deszcz, a dziś te właśnie dzieciaki, które znam i które kocham planowały mnie zabić. Po ludzku jest to nielogiczne, ale On ma w tym plan, więc ja dziś znów wychodzę do nich z chlebem i targam z czułością po brudnych łepetynach i kocham całym sercem bez lęku i żalu. Zawsze mówiłam, że dzieci należą do tego kto im daje chleb, że bardziej boję się dorosłych, którzy przygotowywali ten zamach. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że będę patrzyła w oczy tych, którzy planowali moja śmierć, nie uwierzyłabym, ale On sam uzdalnia i daje moc.

Ile razy nie mając grosza w portfelu a mając wspólnotę sióstr w domu i wszystkie ich potrzeby decydowałyśmy się wspólnie oddać ostatni grosz, ostatni chleb ubogim, to tylko On wie, a my dziś jesteśmy świadkami tego, że im więcej dajemy, tym więcej otrzymujemy. Takie małe cuda Opatrzności ukazujące potęgę Jego miłości to codzienne doświadczenie w mojej afrykańskiej rzeczywistości i ta pewność, że On da moc, ze On wskaże rozwiązanie, że On sam będzie działał pozwala nam z radością, dzielić się tym co mamy, brać w ramiona sieroty, karmić głodnych wspierać ubogich i chorych i z odwagą dawać świadectwo, że to nie ja, że to On sam! Bo On kocha i Jego wola jest jedna, abyśmy się stali Jego dziećmi.