Miłosierdzie to imię Boga!

Czasami zastanawiam się jak to jest, że na każde wydarzenie w życiu ja mam historię, swoje niesamowite doświadczenie Bożej mocy i łaski. Zastanawiam się i w sumie nie wiem… może dzieje się tak dlatego, że po prostu doświadczam Jego obecności i działania codziennie, w każdej chwili mego życia, może dlatego, że w modlitwie często zatrzymuję się na Jego Słowie, by było światłem i oświeciło moje próżne, puste serce, a może właśnie dlatego, że zaczynając z Nim każdy dzień w eucharystii, już tak mimowolnie, w pędzie codzienności, patrzę z Jego perspektywy na to, co mnie spotyka. W każdym razie, tak to już jest. Kolejne doświadczenie i kolejne wspomnienie Jego obecności. Niedziela Bożego Miłosierdzia.

Wiele lat temu, siedziałyśmy sobie z siostrami w czasie pory deszczowej w domu i oglądałyśmy film o św. Faustynie Kowalskiej. W przerwie ktoś pobiegł po termos z kawą, ktoś po orzeszki macadamia, a ja poprawiając poduszki na kanapie powiedziałam głośno: „wiecie co, siostry, marzy mi się, by nasi ubodzy, ba więcej, by cała ludność naszej wioski poznała kiedyś to orędzie Bożego Miłosierdzia!” Kilka sióstr zamruczało z aprobatą, ktoś pokiwał głową, dając mi do zrozumienia, że to piękna idea, ale w sumie nikt nie zdążył tego skomentować, bo wróciła siostra z kawą, wiec wróciłyśmy do filmu, przegryzając orzeszki. Nagle dźwięk smsa rozproszył nas na chwile. To był mój telefon, więc zerknęłam z ciekawości. Sms z Polski: „siostro, jak brzmi w waszym plemiennym języku „Jezu ufam Tobie”, bo jeden z naszych adopcyjnych rodziców, chce Wam namalować obraz Jezusa miłosiernego. Szok. Przeczytałam to raz jeszcze głośno i ciarki przeszły mi po plecach. Bóg jest niesamowity!

Szybko, na serwetce,  moje  siostry napisały mi w plemiennym języku: Jesu ningwitikitie! …przeliterowałam, bo nawet wymówić za bardzo nie umiałam i poszło. Ale to był dopiero początek cudów! Obraz dotarł do nas w Wielki Piątek, czyli w pierwszy dzień nowenny, tak, że razem z ludem mogliśmy się wokół niego zgromadzić, by przygotować się do święta, uroczyste poświęcenie odbyło się w niedzielę Miłosierdzia, a że było to rok przed ogłoszeniem w Kościele Roku jubileuszowego Roku miłosierdzia, dokładnie rok później, gdy otworzyły się wszystkie bramy miłosierdzia i Jego łaska zalała cały Kościół, my wszyscy byliśmy już skupieni przy Jego sercu i Jemu oddani. Przy naszej misji zorganizowałyśmy w tym szczególnym roku Noc miłosierdzia. Niesamowita, niezapomniana noc, podczas której adorowaliśmy Jezusa, w każdej z klas naszej szkoły siedział kapłan i spowiadał przez całą noc przy blasku świec, bo my bez prądu. Tysiące spowiedzi, a wszędzie słychać było tylko w różnych językach modlitwę koronką do Bożego Miłosierdzia. Ale to był dopiero początek cudów!

Szłyśmy z koronką wszędzie, do ubogich, do cierpiących, do niewierzących, do więzień i szpitali. Wszędzie. Modlitwie towarzyszyły czyny miłosierdzia. Najpełniejsze świadectwo Jego przesłania! Spowiedź i czyny miłosierdzia, bo nie można dawać,  jeśli samemu się nie otrzymało, bo skąd?!.

Kiedyś zawiozłam obrazek Jezusa miłosiernego do wioski w głębi sawanny, do moich z plemienia Samburu. Dałam im Go i w sercu tylko westchnęłam, by został z nimi i opiekował się. Nie potrafiłam mówić w ich plemiennym języku, nie umiałam ewangelizować wielkim słowem i tak nawracać tłumów, więc zostawiłam im Jezusa miłosiernego i dalej opatrywałyśmy im rany, leczyłyśmy malarię, karmiłyśmy niedożywione dzieci, wybudowaliśmy w wiosce szkołę, kobiety obiecały mi, że już nie będą obrzezywać dziewczynek, bo uwierzyły, ze jak ich córki jak pójdą do szkoły, będą miały szansę na lepsze życie, a nie tylko dobre zamążpójście. Wiedziałam, że Jezus działa! Ale to był dopiero początek cudów! Ostatnio pojechałam tam, by zarejestrować nasza szkolę i pojechałam z księdzem, sekretarzem edukacji w tej diecezji. Spotkaliśmy się z radą starszych, a oni dziękując za szkołę zapytali, czy Ksiądz nie mógłby przyjeżdżać  i mówić im o Jezusie. Znów przeszły mi ciarki, jak po tym pierwszym smsie, a oni mówią, że tam gdzie są siostry, gdzie są misje, tam dzieje się tyle dobrego i tyle bezinteresownej miłości można tam doświadczyć, że oni też chcieliby w tym uczestniczyć. Tak kochani, ksiądz obiecał, że rozpocznie się katechizacja w wiosce,  ze przygotuje ich do sakramentów i stworzą wspólnotę. Ja wiedziałam, że miłosierdzie to imię Boga! Wiedziałam, że miłosierdzie dokonać może rzeczy niemożliwych, że im więcej go otrzymujemy, tym bardziej pragniemy świadczyć o nim czynami miłosierdzia! Więc gdy, wódz wioski podał mi swoje nowonarodzone dziecko i poprosił, bym nadała mu imię, miałam ciche pragnienie w sercu, ale odwróciłam się do jego starszych dzieci, i na ucho cichutko podpytałam: jak chcecie, by nazywała się wasza siostra? (Nadawanie imienia w wiosce to przywilej, od pokoleń zastrzeżony tylko dla tych najbliższych i imię nadane zawsze związane jest z osobą nadająca i z historią rodziny, wiec sama czułam się trochę zagubiona) ale dzieciaki podpowiedziały mi: niech ma na imię Mercy! Miłosierdzie! Odetchnęłam głęboko czując, że to imię doskonałe, bo i ja sama i historia wioski całej mieści się w nim w pełni. Dziś malutka Mercy idzie już do szkoły, a ja wiem, że to dopiero początek cudów!!

Jestem siostrą Orionistką. Mała Misjonarką Miłosierdzia. W naszym zgromadzeniu składamy czwarty ślub, ślub miłości. Zobowiązując się nim do tego, by NIKT, ale to dosłownie NIKT, nie odszedł od nas, bez doświadczenia ciepła miłosierdzia. Dla mnie to łaska i przywilej, duma i wdzięczność ogromna! I właśnie w tym roku, w Niedzielę Bożego Miłosierdzia, gdy w Kościele i na świecie całym tyle bólu i cierpienia i tak bardzo brakuje wszędzie autentycznego świadectwa miłości i miłosierdzia, my, w każdym zakątku świata, wobec Boga i wszystkich ludzi, odnowimy uroczyście nasz specyficzny ślub miłości! Niesamowite doświadczenie Jego łaski i szczęście ogromne, bo ja wiem, ze to dopiero początek cudów!!!