Najtrudniejszy jest drugi upadek

Po pierwszym podnosząc się mówimy. O nie, nigdy więcej!!! Udało mi się wstać i nie będę wchodził znów w to samo bagno, nigdy wiecej!!! Łatwiej jest, bo w to święcie wierzymy. A po trzecim upadku, też łatwiej, bo pokorniej patrzymy na siebie i swoje doświadczenia. Wiemy, że był pierwszy i obietnice, że nigdy więcej, że był drugi i dramat porażki i teraz jest trzeci, więc będzie i czwarty i piąty i szósty. Słabość jest wpisana w tą naszą egzystencję i jedyne, co daje nadzieję to fakt, że nie my, ale Chrystus zwycięży. Przez krzyż, ale zwycięży na wielki.

Najtrudniejszy jest drugi upadek, brak już tej pewności siebie i przekonania, że raz się zdarzyło i koniec, ale nie ma jeszcze tej perspektywy, że tak będzie ciągle, że upadki będą naszą codziennością i nie one są ważne, ale fakt, ze z nich powstajemy. Drugi upadek nie ma żadnej nadziei. Dlatego często towarzyszę tym entuzjastycznym nowo nawróconym, bo wiem, że ten drugi raz będzie potwornie bolał. Później puszczam już rękę, niech idą , niech upadają i wstają dzieciaki.

Znalazłam go na ulicy, miał przekrwione, załzawione oczy od ciągłego wdychania kleju. Mam taką zasadę, że te ich wygniecione, śmierdzące butelki z klejem wymieniam na świeże i pachnące bułki. Kiedyś miałam piekarnię, wiec zawsze kieszenie miałam pełne bulek, teraz biegnę do misji i łapie ze stołu sióstr co tam jest, byleby się dzieciak nie rozmyślił. I tak od lat prowadzę, swój mały biznes, handel wymienny kwitnie i tak poznaje największych rzezimieszków we wsi.

Mark miał kilka lat. Z żalem oddawał brudną butelkę upchaną za pazuchą starej, brudnej i za dużej marynarki. Bułkę zjadł przy mnie, tzn. wpchnął całą do buzi i z takimi pełnymi ustami westchnął: „siostro, ja chciałbym do szkoły chodzić….Rozpoczął więc naukę z dzieciakami o głowę niższymi i kilka lat młodszymi, ale w ciągu roku nadrobił zaległości tak, że dogonił rówieśników.

Widziałam jak bardzo się stara, jak wyśmiewają go chłopcy ulicy, że śpi na plecaku pełnym książek i jak dramatycznie zabiega o to, by przyjęła go rodzina. Mama Marka zmarła, ojciec ożenił się po raz drugi i ta kobieta nigdy nie zaakceptowała chłopca. Nie znosiła go do tego stopnia, że próbowała go otruć. Nie miał łatwego życia. Pisał do mnie listy, w których opisywał to, co przeżył i do czego popchnęły go te doświadczenia.

Dzieciak kradł, był wykorzystywany seksualnie przez innych żyjących na ulicy, spal czasem w domu, czasem na ulicy. Któregoś dnia, został pobity tak, że nie obudził się rano, ktoś przyniósł go pod bramę misji o świcie, myśląc że chłopiec nie żyje. Dostał kijem po plecach tak mocno, że miał uszkodzone nerki. Gdy wrócił do zdrowia miałam dla niego dobrą wiadomość. Chłopaki z fundacji Siewców opłacili mu szkole z internatem.
To był ten moment triumfu, który znam doskonale! Zaczynam nowe życie! Koniec! Nigdy więcej nie upadnę już tak nisko! On nie chodził, on fruwał!!! Mało tego, zdał egzaminy tak dobrze, że dostał się do jednej z najlepszych szkół w okolicy!!

Minęło kilka pięknych lat…On kwitł i przynosił owoce, a ja pękałam z dumy!! Przyjął sakramenty od chrztu po bierzmowanie, był ministrantem i ciągle najlepszym uczniem w klasie! Chłopaki z Polski wspierali go dalej, mobilizując do dobrego. Dostał od nich wymarzony rower! Jako jedyny w całej szkole miał rower…..I wtedy pojawiła się niespodziewanie pierwsza mała chmurka, co przysłoniła niebo. Wezwanie do szkoły, że Mark namówił grupkę dzieciaków i uciekł ze szkoły. Dostał tego dnia ode mnie pieniądze na zakup dzienniczka w szkolnym sklepiku i nie dał sobie rady…te kilka groszy były pokusą, która obudziła demony.

Wrócił na wakacje do domu, przepraszał, ale sam sobie nie mógł wybaczyć, że tak uległ. Ciągle powtarzał, że jest zły i że nie tak miało być! Nic nie pomogły moje tłumaczenia, że go rozumiem, że stało się i jeszcze wszystko można naprawić. To był ten właśnie najboleśniejszy drugi upadek. On jest konieczny, by zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy bogami, ale nie do przyjęcia, gdy się leży i gdy wszystko boli. Wtedy właśnie, któregoś ranka, podczas tych pamiętnych wakacji, zbudził mnie alarm stróża i nawoływanie policji. Czułam, że wydarzyło się coś złego. Wybiegłam z domu i znalazłam Marka związanego i leżącego na ziemi. Policja oglądała wyłamane deski w naszym magazynie dla ubogich i braki w kartonach z olejem i cukrem. Przy Marku znaleziono worek z jedzeniem. Chłopaki, którzy czekali na łupy, uciekli. Moje serce pękło na milion kawałków. Marka zabrała policja. Poprosiłam tylko, by nie bili i by zrobili wszystko, by skończył szkołę. Po tygodniu szef wioski, inspektor z komisariatu i kurator sądowy przyjechali do nas z Markiem informując, że znaleźli mu miejsce w ośrodku resocjalizacyjnym. Nie wstawiłam się, nie błagałam, by dali mu jeszcze jedna szansę i by wrócił do nas do szkoły, ale przytuliłam go mocno i modliłam się, by to doświadczenie uczyniło go mocniejszym w wierze. Nic więcej nie byłam w stanie zrobić. To inteligentny chłopak, byleby zaufał, że On jest, kocha i pomaga wstawać zawsze.

Mark wrócił po dziesięciu miesiącach, przyszedł na spotkanie dzieci objętych projektem i usiadł cicho w kącie. Przyniósł wyniki ukończenia szkoły podstawowej i zaświadczenie, że został przyjęty do szkoły średniej. Po spotkaniu zaplątał się w tłum i wyszedł ze wszystkimi. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy, ale do dokumentów szkolnych dołączył list. List, który czytam sobie często przed spowiedzią. Siostro, tak, jak kiedyś mi mówiłaś, najtrudniejszy jest drugi upadek i teraz rozumiem dlaczego Chrystus podnosił się trzykrotnie z upadków pod ciężarem krzyża. Specjalnie nie pisze, o tym, że upadał, ale że się podnosił. Takie pewnie będzie całe moje życie, bo do końca będę niósł mój krzyż, ale ważne jest to, że ta droga nie kończy się na upadkach, ale na zmartwychwstaniu. Jego zmartwychwstaniu.