Polska Matka Teresa i dar wspólnoty.

Była już dosyć późna godzina, bo dochodziła północ, gdy dotarł do mnie artykuł z Niedzieli, w którym udzielałam obszernego wywiadu o naszej posłudze w Afryce. I choć znałam jego treść, bo przecież tam były moje słowa, zrobiło mi się gorąco. Tytuł usłyszałam po raz pierwszy. Polska Matka Teresa. Przeraziłam się, do tego jedna ze znajomych sióstr podtrzymała od razu na duchu mówiąc: „no grubo, ja bym tego ciężaru odpowiedzialności nie uniosła”. Tylko, że ja na tytuł nie miałam żadnego wpływu, mało tego, autor artykułu zapewniał, że też według jego autorskiej propozycji miało być dużo skromniej. Że w planach było: Każdy może być misjonarzem. No bo fakt, misjonarzem może być każdy, ale Matka Teresą?! Któż by śmiał!!!

Napisałam do Matki generalnej, do Rzymu, tłumacząc się, że to nie ja, że to tak mnie nazwali w Niedzieli itd. Matka z całą swą matczyną miłością pomogła, jak chłodny okład na rozgrzane czoło. Alicja, spokojnie, do świętej to ci jeszcze bardzo, bardzo daleko!! Mam nadzieję, że wiesz o tym? Alicja kochana powiedz mi, która tam u was godzina? Pierwsza w nocy? No widzisz!.. odetchnęła głęboko i sennie. Wiesz co matka Teresa robiłaby o tej porze? Spałaby, bo ona o 4,30 byłaby już w kaplicy…ja się modlę żebyś ty w ogóle wstała na poranne modlitwy. Kładź się, kochana i nie stresuj się, jesteś jeszcze daleko, daleko w tyle!… Pomogło.

Rano siostry ze wspólnoty rozwiały mi do końca wszelkie wątpliwości  i zgniotły zalążek pychy w zarodku. Między jednym a drugim tostem przy śniadaniu opowiedziałam im jak się zestresowałam, bo tu takie porównanie do tej wielkiej świętej, a tu jedna rzuciła mimochodem popijając spokojnie kawę:  Ty dziękuj Bogu że Matka Teresa już nie żyje…..bo mogłaby Cię oskarżyć o zniesławienie! I tak jak Matka generalna przyszła z chłodnym okładem, tak ta wylała bez znieczulenia kubeł zimniej wody. Pokusa, by porównywać się do świętej odeszła, pozostawiając ogromną wdzięczność za dar wspólnoty. Jak ja kocham te moje siostry! Jak one mi pomagają stawać w prawdzie i trwać w pokorze! Znamy się jak łyse konie, żyjemy pod jednym dachem i znosimy się w cierpliwości i miłości z całą gamą naszych wad i słabości, ale jest coś co nas łączy!

Często, gdy młodzi zastanawiają się nad życiem zakonnym wskazuje im na wspólnotę. Wspólnotę jako dar i zadanie. Zadanie chyba najtrudniejsze, bo uczące kochać pomimo tego, że wywlekamy w szarej codzienności wszystkie nasze słabości i wady.  Dar, bo to nie w naszej mocy ta miłość, by to wszystko unieść i nadal kochać się jak siostry. Dar ten i zadanie jest jednocześnie największą tajemnicą życia zakonnego. Coś w tym jest, bo ślubami można żyć i w pojedynkę, pozostając osobą świecką. Wiele osób obiera taką właśnie drogę spełnienia, żyjąc w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie Kościołowi bez wstępowania do zakonu.

Dzieła miłosierdzia, którym się poświęcamy, posługi które pełnimy w Kościele, ba,  nawet wyjazd na misje dziś jest na wyciągnięcie ręki dla osób świeckich i szczerze mówiąc, to właśnie świeccy mają tu ogromne pole do popisu i niesamowite możliwości. Więc to, co nam zostaje, czego nie doświadczymy poza życiem zakonnym jest życie wspólnotowe. Najpiękniejsze z doświadczeń jakiego przyszło mi kosztować, ale i najtrudniejsze zarazem. Ja bez wspólnoty ginę, cokolwiek czynie, robię to dzięki temu, ze nie jestem sama i wiem, że jeśli świętą zostanę, a pragnę tego całym sercem, to tylko dzięki i razem z moją wspólnotą zakonną.