To nie my zdobywamy szczyty

To szczyty zdobywają nas.. pochłaniają nasze myśli, wspomnienia, później serce całe tak, że już nie sposób nie tęsknić. Kocham góry, kocham ten wysiłek i te chwile na złapanie oddechu. Uwielbiam te „stop klatki” przecudnych widoków, utrwalone gdzieś w głębi serca, bo to nie tylko obraz, to też poczucie spełnienia, wolności i misterium Boga samego.

On sam wybierał góry na miejsce spotkań z człowiekiem, wybierał je, by się na nich objawić w majestacie i mocy. Ja w górach czuję się taka niemocna i mała, że termin zdobywania przeze mnie czegokolwiek w tej rzeczywistości zupełnie tu nie pasuje.

Mija właśnie rok od naszej wyprawy na pięciotysięcznik. Ze szczytu Mount Kenya witałam nowy 2020 rok. Witałam go w ekipie, z którą mogę różaniec odmawiać, choć i pewnie konie kraść, ale nie próbowałam.  Najbliżsi pracownicy i przyjaciele. Cudowny skład uzupełniający sie wzajemnie.  Kto mógł wtedy przypuszczać, że ten nowy rok będzie tak trudny jak wspinaczka na ośnieżony szczyt Mount Kenya…

To był szalony czas, tak samo jak szalona była sama decyzja wyjścia w góry. Bez przygotowania, w kiepskiej jakby nie patrzeć kondycji, w porze jeszcze deszczowej , a my porywamy się na pięciotysięcznik. Ok, dla trekkingu dostępny jest tylko Lenana Point, to odrobine niżej 4985m.  Ale zdobycie drugiego co wysokości szczytu Afryki robi wrażenie. Na dodatek nie spotyka się tam zbyt często sióstr zakonnych, ale do tego powoli przyzwyczajam się, bo przecież nie często też siostry biegają z muzułmanami za stadami wielbłądów, lub kibicują, zarywając noce,  szalonym młodym chłopakom, oglądając ich walki na Fame MMA. Życie.

Wracając do tematu, a  wspomnieniami do wyjścia w góry, widzę dziś jak profetyczna była to wyprawa. Bóg objawiał się w Swej mocy każdego dnia i to dawało pewność, że dojdziemy do szczytu, choć nikt nie wiedział, co czeka nas za kolejnym wzniesieniem, na nowej wysokości, czy tez  po przebytym z trudnością kilometrze. Od 4500m brakowało już powietrza, a my właśnie wtedy dmuchaliśmy świeczki na torcie śpiewając sto lat Michałowi, który z nami wchodził. Ostatnia prosta okazała się najbardziej pokręconą, bo kamienie obsypywały się pod butami i trzeba było iść dosłownie zygzakiem. Mało tego, szliśmy w zupełnej ciemności, by dotrzeć na szczyt o świcie i tam w marsjańskim pomarańczowym poranku, witając pierwsze promienie słońca, przywitać się ze szczytem i z Nowym Rokiem. Wiem też, że bez pomocy przyjaciół nie byłoby tak prosto, nieśli mi plecak, wiązali buty i podawali butelkę wody, gdy opadałam z sil. Mieliśmy tez kapitalnego przewodnika, z którym można iść śmiało po omacku nawet na koniec świata. 

Dlatego  kocham góry, bo choć czuję, że swą potęgą przerastają mnie, choć sprawiają, że nie ufam już sobie i swoim planom, bo nie wiem, co niesie kolejny krok, dają mi jednak pewność, że to tylko kolejny etap, ze dam radę, bo nie jestem sama, a ze szczytu dopiero dojrzymy to, co najpiękniejsze. Rok 2020 był cały jednym wielkim wejściem na szczyt. Wejściem, ale nie zdobyciem go, jednocześnie było to ogromne doświadczenie Bożej mocy tak, że dziś, ze szczytu mogę śpiewać Magnificat, widząc cuda Jego świętej opatrzności.

Zaraz na początku roku pojechałam do Włoch na krótkie spotkanie, trwało trzy tygodnie. Niestety, nie zdążyłam wrócić do Kenii przed pandemią, więc zostałam w Rzymie na siedem długich miesięcy. Nic, zupełnie nic, nie było tak jak planowałam. Nic nie przygotowałam, ani tutaj w Afryce, ani tym bardziej we Włoszech, więc każdy zakręt drogi odsłaniał przede mną nowe widoki i nowe perspektywy. I było cudownie! Choć wielokrotnie brakowało mi oddechu, ze strachu, ze zmęczenia, z niepewności o jutro, z głupoty, bo przecież ON już tam był. On czuwał! Jak bardzo zaskakiwał obnażając moją niemoc i bezradność, to trudno opisać. Przerażał mnie krzyk naszych ubogich, co nie drżeli przed śmiertelnym wirusem, ale przed codziennym głodem. Nie zgadzali się na to, by patrzeć jak umierają i cierpią z powodu głodu ich dzieci, choć bali się wyjść ze swoich lepianek, z obawy przed policyjnym wymierzeniem kary. Wtedy moi towarzysze codziennej wędrówki, moje siostry w Kenii i Tanzanii,  z odwagą i determinacją wyszły do ubogich, dzieląc się z nimi żywnością i środkami czystości, dając nadzieję i pewność, że nie są sami w tej wędrówce. Ja z zachwytem patrzyłam na ich posługę.  

Wtedy kolejni przewodnicy, bez których nasza misja nie nabrałaby nigdy takiego rozpędu i z taką odwagą nie podążałaby do celu, wyszli z heroiczną wprost postawą: jesteśmy blisko, wspieramy, trzymamy za rękę, nie bójcie się!  To nasi darczyńcy, którzy sami w tej pandemicznej rzeczywistości musieli na nowo odnaleźć swoją drogę, stanęli ramię w ramię z nami, byśmy nie czuli się osamotnieni w tej wędrówce. I moje osobiste doświadczenie, ogromny dar i łaska: wyjście do ubogich z Rzymie. Nie umiałam siedzieć, gdy widziałam, że inni idą dalej i wyżej. Napisałam do Kardynała Krajewskiego, jałmużnika papieskiego, czy nie potrzebuje w tym dramatycznym czasie rąk do pracy i serca do kochania. Na jego zaproszenie i z błogosławieństwem Matki Generalnej wyszłam do bezdomnych. Śmieję się, że odtąd moim najpiękniejszym wspomnieniem z Wiecznego Miasta będzie już na zawsze czas spędzony w publicznej toalecie, w oparach z łaźni, w których nasi ubodzy mogli skorzystać z prysznica. Pokochałam ich wszystkich i tęsknię za nim, tak jak się tęskni za najpiękniejszymi widokami ze szczytu. Dużo by pisać o pobycie w Rzymie, historiach niespodziewanych i trudnych po powrocie, o stracie wielu sióstr i niepokoju, który nam w te miesiące towarzyszył. Ale właśnie w tym momencie, gdy już się wydaje że się więcej nie da rady znieść, gdy się idzie w ciemnościach nocy, gdy osuwają się kamienie spod stóp, gdy człowiek pada na pysk, wtedy orientuje się on że jest na szczycie, wschodzi słońce i zapomina się o bólu i zmęczeniu

Taki był ten rok. Tak, jak go rozpoczęłam, tak do końca przeżywałam kończąc dziękczynieniem. Bo to co najpiękniejsze widać ze szczytu.

Dlatego dziękując za wszystkie łaski w tym szczególnym roku razem z psalmistą śpiewam: „Niech góry razem wołają radośnie w obliczu Jahwe, bo nadchodzi” (Ps 98,8).  A jednocześnie, po doświadczeniach roku całego smutnych i bolesnych, pamiętam ostrzeżenie Jezusa, że gdy przyjdą trudności, gdy zaczną się prześladowania i śmierć i chwiać się będą ludzie w wierze…. „Niech uciekają w góry!” (Mt 24, 16).