Beduin

Kiedyś wybrałem się z moim przyjacielem, filipińskim franciszkaninem, Celso, do Ghat. Ghat to dziś mała oaza na południu Libii przy granicy z Algieria i niedaleko granicy z Nigerem. Ojczyzna groźnych Tauregów. W przeszłości ważny węzeł komunikacyjny dla karawan trans-saharyjskich. Znany z odkryć prehistorycznych malowideł skalnych ale przede wszystkim jako teren zamieszkały przez złe duchy, demony i dżiny!!!

Siedząc nocą w zasypanym do polowy przez piach domu na skraju oazy usłyszałem tam historie, wcale zresztą nie straszna ale za to mądrą:

Pewien Beduin pomyliwszy drogę na pustyni, szedł przez kilka dni o głodzie i spodziewając się już najgorszego, szykował się już, że przyjdzie mu z głodu i samotnie umrzeć wśród piasków. W pewnym momencie, a było to przy zachodzącym słońcu, kiedy widoczność nie była już zbyt dobra, spostrzegł leżący na szlaku woreczek. Podniósł go, macając i … uczucie ulgi wlało mu się do serca bo w woreczku poczuł okrągłe groszki Już chciał się modlić do Allaha i dziękować za uratowanie życia kiedy spojrzał do środka…

Opowiadał później wielokrotnie:

Nigdy nie zapomnę tej uciechy, tej rozkoszy, jaką uczułem sądząc, że to groch, i znów nigdy nie zapomnę mojej goryczy i rozpaczy, kiedy zobaczyłem, że to były tylko perły…

Osiemdziesiąt kilometrów na wschód od Trypolisu – stolicy Libii, znajduje się miejscowość Garabuli. Tam Polacy budowali port. Zawsze w czwartek do nich jeździłem a raczej to oni po mnie przyjeżdżali. Zostawałem do Piątku żeby trochę z nimi posiedzieć i się sobą wzajemnie nacieszyć. Tak poznałem i zaprzyjaźniłem się z Kierownikiem tej budowy moim serdecznym przyjacielem Markiem, notabene z którym w Polsce mieszkamy parę kilometrów od siebie; on w Dziwnowie a ja w Kamieniu Pomorskim, mało tego mamy bardzo dobrych wspólnych znajomych i na pewno słyszeliśmy o sobie nie raz. Jednak żeby się spotkać i poznać musieliśmy wyjechać parę tysięcy kilometrów od własnych domów. Ale to oddzielna fascynująca historia. Na tej budowie pracowali również nurkowie. Z nimi tez się zaprzyjaźniłem serdecznie. Jednemu z nich po latach miałem przyjemność pobłogosławić związek małżeński. Te sympatyczne chłopaki nawet próbowały mnie nauczyć nurkować!! któregoś razu, kiedy byłem w Garabuli, przynieśli mi rzecz, którą znaleźli w wodzie kilkadziesiąt metrów od brzegu, gdzie akurat pracowali. To była biblia. Wysuszyli ja i mi przekazali. Była bez okładek, napisana po angielsku, zniszczona…ale w innym sensie. Nie przez wodę tylko przez czytanie. Widać było, ze ta biblie ktoś często ”używał”. Wiele zdań było podkreślonych długopisem a w środku było kolorowe zdjęcie malej Afrykanki, może sześcio-, może siedmioletniej, z warkoczykami i w czerwonej  sukience. Z tylu na zdjęciu był napis po angielsku: I love you daddy, kocham cię tatusiu.

Niedaleko od tego miejsca gdzie nasi budowali port, był cypel z którego odpływały nocami barki z nielegalnymi emigrantami na Maltę czy Lampeduzę. Niektórzy z nich ”zostawali” po drodze. Nie docierali niestety do celu. Ich podróż kończyła się w morzu. Praktycznie nie mogli wziąć ze sobą nic. Mały zawiniątek. Wielu z nich to byli tez Chrześcijanie prześladowani za wiarę w swoich krajach. Zostawiali wszystko, swoje ojczyzny, domy, rodziny i po tysiącach kilometrów straszliwych momentami przeżyć docierali na libijskie wybrzeże. Szli z nadzieja znaleźć nowe życie. Nie mogli ze sobą wziąć nic, tylko tyle co się zmieści w ręce, co dla nich było najcenniejsze. Ten wziął biblie….Wstyd się przyznać ale kiedy dwa lata później ja uciekałem z Libii jak wybuchła wojna i miałem może minutę żeby zabrać rzeczy, bo na dole przy bramie w samochodzie czekał na mnie mój filipiński przyjaciel, ojciec Amado, żeby mnie, ryzykując własne życie, zawieść do Polskiej Ambasady, chwyciłem dokumenty mały, plecak i…laptopa.

P.S. Wziąłem jednak coś jeszcze. W ostatniej chwili z mojego biurka obrazek Matki    Bożej, żeby mnie szczęśliwie doprowadziła do domu. I mnie szczęśliwie i ..cudownie doprowadziła…

Ludzie podróżowali od zawsze, przez pustynie, po morzach. Nie zawsze docierali do swoich upragnionych celów. Każdy z nas ma takie miejsce swoich marzeń dokąd chciałby dotrzeć. Ale wielu z nas boi się, ze nie da rady. Nigdy się o tym nie przekonamy jeśli nie wyruszymy! Im pamiętajmy: pierwszy krok to polowa drogi…