Corragio – Odwagi cz. 1

Należę do średnio odważnych. Wiec kiedy nas zatrzymał na pustyni patrol to zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco niż do tej pory. Jechaliśmy z moim filipińskim przyjacielem ,franciszkaninem ojcem Celso do Sebha. Tym razem trochę na około bo przez Zillah. Odwiedzaliśmy tam i w okolicach małe chrześcijańskie społeczności, żeby im odprawić Msze św. i trochę z nimi pobyć. Głownie byli to Filipińczycy, których było w tym czasie w Libii z jakieś czterdzieści tysięcy – rozciapanych po całym kraju. Ale naszym głównym celem było Sebha. Jest to miasto położone dziewięćset kilometrów na południe od Trypolisu. Praktycznie na środku pustyni. Kiedyś przecinały się tu szlaki karawan z Algierii z Nigru czy Cyrenajki. Okolica władali Berberowie.

Dziś też dociera tu wiele „karawan” głownie z południa, z centrum Afryki z nielegalnymi emigrantami. Kadafi, kiedy mu Europejczycy odpowiednio płacili, potrafił ten ruch dość dobrze kontrolować. Z tego właśnie względu i na bezpieczeństwo sporej ilości pól naftowych w tym regionie, w tej części Libii znajdowało się na drogach dużo check-pointów, gdzie uzbrojone po zęby wojsko kontrolowało wszystko to, co mogło. I właśnie na jednym takim check-poincie nas zatrzymali. To że zatrzymali to normalne, ale nam kazali wyjść z samochodu. Jeden, taki kudłaty trzymał w łapach karabin i normalnie w nas celował!! Zrobiło mi się mokro…Pierwsza myśl: tu nas zakopią – piachu dosyć, nikt nas nie znajdzie!! Celso zanim przyjechał do Libii dwa lata studiował arabski w Kairze, więc zaczął coś bulgotać do brodatego. Tylko że, ja miałem problem zrozumieć Celsa angielski, więc wątpiłem, żeby ci tu militarni zrozumieli jego arabski. I tak było, bo ten z karabinem coś warknął i zrobił ruch bronią i nie trzeba było znać arabskiego żeby to zrozumieć.

Kilkanaście metrów dalej stał mały obdrapany barak. Ruszyliśmy w jego stronę. Ręce same mi się podnosiły do góry. Weszliśmy do środka. Za stołem-biurkiem siedział mężczyzna. Gdzieś sześćdziesięcioletni, gębę miał jak Czeczeniec. Na grzbiecie miał skórzany płaszcz, mimo że na zewnątrz było ze czterdzieści stopni. Nawet na nas nie spojrzał. Kudłaty rzucił mu na stół nasze paszporty, które przedtem nam zabrał. Ten wziął niedbałym ruchem paszport Celsa – aaaa Al-falabin (znaczy Filipiny) – powiedział i rzucił go lekceważąco z powrotem na stół. Libijczycy nie bardzo potrafili rozróżniać Azjatów i bali się zadrzeć z Chińczykami. Za to Filipińczyków traktowali jak przedmioty. Robiło mi się coraz bardziej gorąco. Zacząłem dygotać. Wziął mój paszport , patrzy, patrzy… Nagle oczy mu się rozszerzyły i krzyknął Bulanda! (Polska) i zaraz dodał po polsku!!! – ja piec lat w Gdyni studiowałem!!

Myślałem, że mnie trafił meteoryt.  Siadajcie, siadajcie – zaczął gadać, (dobrze bo nogi miałem jak z waty i zaraz pewnie bym upadł), czemu jeździcie po okolicy bez pozwolenia? – zapytał całkiem dobrym polskim.

A to o to im chodziło – pomyślałem, bo mój mozg zaczynał pomału reagować. W Libii można było jeździć praktycznie wszędzie , ale trzeba to było w niektórych regionach zgłaszać i prosić o pozwolenie. Celso zawsze te formalności załatwiał, ale tym razem zapomniał. Spojrzałem na niego wymownie a on przewracał oczami jak Barbie bo nie bardzo wiedział o co chodzi (nie wiedziałem tylko skąd ci o tym wiedzieli, ale pewnie mieli swoje sposoby i wiedzieli też kim jesteśmy).

Komendant wziął nasze paszporty zrobił fotokopie, później podstemplował jakieś druki dal nam je mi do ręki i powiedział – no teraz możecie jechać gdzie chcecie. Ale przedtem napijmy się razem czaju. Po chwili wszedł kudłaty,  niósł na tacy na tacy szklanki i czajnik z herbata, przez ramie miał przewieszony ten swój karabin. Najchętniej to bym trzasnął tym czajnikiem w ten jego kwadratowy łeb! W życiu tak się nie balem jak wtedy!

Jakiś czas potem opowiadałem ta historie w więzieniu w Nowogardzie gdzie czasami, kiedy jestem w Polsce odprawiam Msze św. i biorę udział w spotkaniach Arki, dzięki mojemu przyjacielowi Leszkowi. Po spotkaniu podszedł do mnie jeden z osadzonych, łysy i cały w tatuażach (widać, że wysoki stopniem) i pyta: „i co nie poszczałeś się ze strachu jak mierzył do ciebie z kałacha?” Odpowiedziałem mu dyplomatycznie: „gdybym powiedział, że nie, to bym skłamał.” Odpowiedział mi: „to ci wierze – bo ja tez.” Przynajmniej ten mnie rozumie – pomyślałem.

Komendant nalał herbaty i podał nam naczynka. Wzięliśmy po łyku a on popatrzył na mnie i powiedział: Abuna (ojcze) każdy wasz krok z Trypolisu do Sebhy jest błogosławiony przez Allaha. Bo jedziecie ludziom zawieść radość i nadzieje….

Radość i nadzieja. Do dziś słyszę te słowa. Musiałem daleko pojechać, żeby niektóre rzeczy zrozumieć. My dzisiaj zaczynamy się wstydzić naszej wiary i naszej religii. Nie mamy czego się wstydzić, możemy być z tego dumni.

Kiedyś nasza pobożność towarzyszyła nam cały czas. Jak ktoś rano wstawał to pierwsze co robił to znak krzyża, kiedy siadał do stołu to się najpierw przeżegnał. Przy drzwiach były kropielnice z woda święcona, jak ktoś wychodził z domu to tez się zegnał. Nikomu to nie przeszkadzało ani nikt się tego nie wstydził. I taki piękny zwyczaj jak ktoś się udawał w podroż to zanim ruszył autobus czy pociąg to się zegnał znakiem krzyża , żeby szczęśliwie dojechać do celu. Zróbcie dzisiaj znak krzyża, to zobaczycie, popatrzą na was jak na idiotów i bedą komentować: ale mohery, ale średniowiecze , jedzie pendolino i się modli! Tak będą mówić.

Ja nie lubię latać, bo się boje. Nigdy nie lubiłem latać a czasami muszę. Wiec jak już lecę to się szczerze modle. To znaczy zawsze się szczerze modle ale jak lecę to podwójnie. Kiedyś leciałem z Mediolanu do Berlina. Kiedy samolot był na pasie i zaczął startować to się przeżegnałem. Siedziała koło mnie Niemka, taka XXXL jeszcze większa ode mnie, taka prawdziwa Helga. Niepotrzebnie się przyznałem że znam niemiecki, bo zaczęła mnie ironicznie pytać po co ja to zrobiłem, tzn. przeżegnałem się. Wiec jej odpowiedziałem: po pierwsze jestem wierzący, po drugie jestem księdzem a po trzecie to nie wiem czy zauważyłaś, że jesteśmy dziesięć kilometrów nad ziemia. Ona mi odpowiedziała drwiąco, że pochodzi ze wschodnich landów to znaczy z byłego DDR. Tam nie było kościołów ani księży i ludzie jakoś sobie żyli. Pomyślałem właściwie czemu nie. Czy można żyć bez księży? Pewnie, że tak, a po co i na co jest komu potrzebne to ich ględzenie. No a bez kościoła? A czemu nie. Ile ludzi nie chodzi do kościoła i tak ma potąd wszystkiego w życiu. Ale czy można żyć bez Boga…?! No.. niektórzy próbują.

Z Mediolanu do Berlina leci się nad Alpami, bo innej drogi nie ma. I tam często są turbulencje. Ja o tym wiedziałem – Helga nie wiedziała. I się zaczęło… Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak człowiek się potrafi szybko nawrócić. I to z jakim krzykiem i dramatyzmem…. Zrób coś – wrzeszczała Helga. Niby co? – pytam. Jakąś modlitwę!! Nie wiem czy zdążę…to coś krótkiego – piszczała. Najkrótsze i najlepsze jest to: w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…..

Kiedy wylądowaliśmy w Berlinie na Teglu, Helga była już i wierząca i praktykująca.

Tu nie chodzi o to żebyśmy się Pana Boga bali. On nie chce, żebyśmy się go bali, chce żebyśmy go kochali. I mamy za co. Często nie doceniamy tego co mamy. My nie doceniamy samych siebie!! Ile razy ja to w życiu słyszałem: a proszę ojca co ja mogę? Ja nie jestem ani jakiś wpływowy ani w układach ani przy kasie. No co ja mogę zrobić? …no jasne. Jak chcecie wiedzieć co Pan Bóg myśli o pieniądzach – to wystarczy tylko popatrzeć na tych, którym je daje!!!

Lubię chodzić na Plac św. Piotra. Kiedy patrzę na Bazylikę i te tłumy z całego świata, myślę jak to się wszystko zaczęło. Było ich tylko dwunastu. I to nie była górna polka. Apostołowie. To nie byli ludzie z elity, uczeni czy bogacze. To były młode i proste chłopaki z prowincji. Pomocnicy rybaków z jakiś wioch zabitych dechami. Ani dobrze ułożeni, ani nawet duchowo i moralnie na jakimś poziomie nie mówiąc już o odwadze. Kiedy przyszedł moment to wszyscy pouciekali. Pod Krzyżem na Golgocie były kobiety i tylko św. Jan. A gdzie byli Apostołowie? Pochowali się jak szczury w norach, ze strachu, ze może im się coś przytrafić złego.

W godzinie próby – śmierci swojego Mistrza uciekli. Tchórze! – No to co się stało, ze parę dni później ci prości i przerażeni ludzie zamieniają się w herosów! I ruszają w świat głosić prawdę i zmieniać historie i nic i nikt nie jest w stanie ich zatrzymać!! Co się stało, ze z tchórzy zamieniają się w tytanów; św. Tomasz dotarł do Indii, św. Jakub (hiszp. Santiago) do Compostelii nad Atlantykiem, św. Marek do Etiopii. Mało tego wszyscy oddają swoje życie i nawet im powieka nie drgnie. Co ich tak zmieniło!!??

…..Wiara.

Jeśli ich tak zmieniła – to nas tez może.