Corragio – Odwagi cz. 2

Pierwszych dwóch słowach jakich się nauczyłem po arabsku ( bo po angielsku to były whisky i marlboro ) to inshallah i habibi. Inshallah to znaczy jak Allah pozwoli. U nas też się tak kiedyś mówiło, zwłaszcza ludzie w pewnym wieku: w przyszłym tygodniu – jak Pan Bóg pozwoli, albo – za miesiąc jak Pan Bóg pozwoli. Ja już mam tyle lat że jak mówię w czasie przyszłym nieokreślonym to też to dodaje.

Drugie słowo, habibi – znaczy kochanie! Nie żebym miał tam jakąś narzeczona, nie, ale miałem siostry. To były te od Matki Teresy wychowywał się u  nich taki mały Sudańczyk Alfredo. Jego historia była znana. Jego matka Liliane uciekła z nim jak zaczęto zabijać chrześcijan. Błąkała się miesiącami po pustyni aż dotarła do Trypolisu i tu zmarła z wycieńczenia. Siostry zajęły się tym małym (nie tylko zresztą tym) i jak to siostry zaczęły go przytulać całować no i wołać kochanie – habibi. Może miał pięć latek ale był taki malutki i chudziutki. Ciągle mnie szarpał i ciągał za ubranie bo chciał żebym mu dal krzyżyk albo różaniec. Tak naprawdę to my nie mieliśmy żadnych dewocjonaliów bo tego nie można było wwozić do Libii. Co mieliśmy to już dawno rozdaliśmy.

Jako, że ja ciągle miałem problemy z wizą musiałem co trzy miesiące wyjeżdżać do Italii albo Polski żeby móc potem znowu wjechać. I  tak za którymś razem kiedy znalazłem się w Polsce poprosili mnie żebym odprawił Msze św. w  więzieniu, jak to często robiłem. Do kaplicy przyszła jakaś trzydziestka. To była wyborowa grupa. Prawie same ćwiary („ćwiara” znaczy dwadzieścia piec lat kary). Opowiedziałem im historie o tym małym Alfredzie.

Po Mszy podchodzi do mnie Szczena i mówi: proszę ojca ja tu już długo siedzę i jeszcze będę długo siedział. Zabiłem człowieka. To jest to co mam najcenniejszego – i wyciąga z kieszeni własnoręcznie zrobiony różaniec, niech ojciec da to temu małemu jak tam wróci. Wziąłem ten różaniec pocałowałem i schowałem. Za parę dni miałem lecieć do Rzymu i stamtąd do Trypolisu. Jak mnie złapią z tym różańcem – myślałem, to dostane ćwiarę jak Szczena!! Ale jak już mnie mają łapać to przynajmniej za coś – zdecydowałem bohatersko i zapchałem pól torby obrazkami, medalikami, różańcami. Czym się dało.

Na lotnisku w Trypolisie cala odwaga mi zleciała w piety. Taki byłem wystraszony że kroku do przodu  nie mogłem zrobić. Bylem na zmianę blady i zielony, ze ściśniętym sercem i nie tylko. Podchodzę do odprawy i myślę – co mi też do galowy strzeliło? Jezu! Ten urzędas patrzy na mnie tak jak by miał rentgeny w oczach. Ale nagle jakbym się stał niewidzialny. Po chwili byłem na zewnątrz. Długo oddychałem jeszcze z trudem. Przyjechał po mnie ojciec Daniel ( Maltańczyk ) i pojechaliśmy do klasztoru. Po jakimś czasie znalazłem Alfreda, wyciągnąłem z kieszeni różaniec Szczeny i mu dałem. Wrzasnął z radości założył sobie na szyje i poleciał.

Po jakimś czasie wraca…. ubranie podarte, twarz poobijana, włosy rozczochrane…jak  jego muzułmańscy rówieśnicy zobaczyli co ma na szyi chcieli mu to zerwać. Stoi tak przede mną oczy mu się świecą w zaciśniętej rączce trzyma krzyżyk i mówi:

– Abuna, chcieli mi zabrać, ale nie dałem.

W tym momencie myślałem, że się zapadnę pod ziemie ze wstydu. Parę dni wcześniej widziałem w naszej mądrej telewizji, a później w jeszcze mądrzejszej włoskiej dyskusje na temat krzyża. Czy on ma być czy nie, czy go wynieść ze szkół i szpitali czy go zostawić? To my tu kłócimy się o pierdoły a tam są ludzie, którzy za niego oddają życie. Jak ja temu małemu mogłem spojrzeć w te świecące oczy. A bo krzyż nas dzieli – mówią niektórzy. Dzieli? Gdzie Sudan a gdzie Polska a gdzie Libia?

Liliane, hinduskie zakonnice, polski zakonnik. Ten mały krzyżyk wystrugany przez mordercę w Nowogardzie połączył tyle miejsc, osób i historii w jedno!!

Nie jest łatwo dziś ludziom wierzącym przyznawać się publicznie do swojej wiary, bo często zostają wyśmiewani. Osoby duchowne, księża czy siostry często są znieważane czy wyszydzane. Trzeba mieć odwagę żeby pokazywać się w miejscach publicznych w habicie. Naprawdę my nie mamy czego się wstydzić.

***

Parę lat temu jechałem z moim przyjacielem Markiem z Międzyzdrojów do Kamienia. Marek był, tzn. jest lekarzem. Było lato i ciepło, więc ubrani byliśmy w T-shirty i krótkie spodenki. Jechaliśmy trasa nadmorska. W jednym z tych małych kurortów stali ludzie na przystankach i machali na stopa. Pamiętacie jeszcze jak się jeździło stopem? My też pamiętaliśmy. Zabraliśmy więc jedną kobietę, taka trochę starsza od nas. Pracowała w jednym z ośrodków wczasowych. Po pięciu minutach wiedzieliśmy już wszystko kto, z kim, gdzie, jak i dlaczego. To był taki typ kobiety, której lepiej się nie narażać bo cię tak obrobi, że suchej nitki na tobie nie zostawi.

Tak nadawała cały czas aż w końcu się zatrzymała i pyta: a wy chłopcy w czym robicie? Patrzyła na mnie więc odpowiedziałem: ja jestem księdzem a on lekarzem. Oczy zrobiły się jej jak spodki, dziób się rozdziawił – zatkało ją. Po chwili wygdakała: ale bajer to macie opanowany! Od tego momentu nigdy się nie wstydziłem tego kim jestem. I daj Boże żeby tak było zawsze.

***

Dawno temu kiedy studiowałem w Stanach miałem przyjaciela, miał na imię Nir. Pochodził z Tel-Avivu, był Żydem. Często mi opowiadał anegdoty o księżach i o rabbich. Któregoś dnia, na uniwersytecie przylatuje do mnie i mówi: słuchaj, ksiądz katolicki poszedł z rabbim żydowskim na mecz bokserski. No i siedzieli zaraz przy ringu. I kiedy bokserzy wbiegali na ring jeden z nich się przeżegnał, zrobił znak krzyża.  Kiedy rabbi to zobaczył puka księdza w bok i pyta: ty, słuchaj do czego to ma służyć i robi znak krzyża. A ksiądz mu odpowiada: do niczego – jak się nie potrafi bić!

Morał z tego jest taki: Pan Bóg swoje zrobił. Dał wam życie, talenty, inteligencje, wyobraźnie, wolną wolę… ale walczyć za was nie będzie!!

O swoje rodziny, o swoja przyszłość o swoje szczęście – walczyć musicie sami!! Nasz Papież kiedy zwracał się do tłumów, gdziekolwiek by nie był, zawsze powtarzał, Coraggio – Odwagi.

I ja dziś mówie to samo – nie bójcie się – Coraggio !!!

Drugie słowo, habibi – znaczy kochanie! Nie żebym miał tam jakąś narzeczona, nie, ale miałem siostry. To były te od Matki Teresy wychowywał się u  nich taki mały Sudańczyk Alfredo. Jego historia była znana. Jego matka Liliane uciekła z nim jak zaczęto zabijać chrześcijan. Błąkała się miesiącami po pustyni aż dotarła do Trypolisu i tu zmarła z wycieńczenia. Siostry zajęły się tym małym (nie tylko zresztą tym) i jak to siostry zaczęły go przytulać całować no i wołać kochanie – habibi. Może miał pięć latek ale był taki malutki i chudziutki. Ciągle mnie szarpał i ciągał za ubranie bo chciał żebym mu dal krzyżyk albo różaniec. Tak naprawdę to my nie mieliśmy żadnych dewocjonaliów bo tego nie można było wwozić do Libii. Co mieliśmy to już dawno rozdaliśmy.

Odważni nie żyją długo – ale tchórze nie żyją wcale!!

Jako, że ja ciągle miałem problemy z wizą musiałem co trzy miesiące wyjeżdżać do Italii albo Polski żeby móc potem znowu wjechać. I  tak za którymś razem kiedy znalazłem się w Polsce poprosili mnie żebym odprawił Msze św. w  więzieniu, jak to często robiłem. Do kaplicy przyszła jakaś trzydziestka. To była wyborowa grupa. Prawie same ćwiary („ćwiara” znaczy dwadzieścia piec lat kary). Opowiedziałem im historie o tym małym Alfredzie.

Po Mszy podchodzi do mnie Szczena i mówi: proszę ojca ja tu już długo siedzę i jeszcze będę długo siedział. Zabiłem człowieka. To jest to co mam najcenniejszego – i wyciąga z kieszeni własnoręcznie zrobiony różaniec, niech ojciec da to temu małemu jak tam wróci. Wziąłem ten różaniec pocałowałem i schowałem. Za parę dni miałem lecieć do Rzymu i stamtąd do Trypolisu. Jak mnie złapią z tym różańcem – myślałem, to dostane ćwiarę jak Szczena!! Ale jak już mnie mają łapać to przynajmniej za coś – zdecydowałem bohatersko i zapchałem pól torby obrazkami, medalikami, różańcami. Czym się dało.

Na lotnisku w Trypolisie cala odwaga mi zleciała w piety. Taki byłem wystraszony że kroku do przodu  nie mogłem zrobić. Bylem na zmianę blady i zielony, ze ściśniętym sercem i nie tylko. Podchodzę do odprawy i myślę – co mi też do galowy strzeliło? Jezu! Ten urzędas patrzy na mnie tak jak by miał rentgeny w oczach. Ale nagle jakbym się stał niewidzialny. Po chwili byłem na zewnątrz. Długo oddychałem jeszcze z trudem. Przyjechał po mnie ojciec Daniel ( Maltańczyk ) i pojechaliśmy do klasztoru. Po jakimś czasie znalazłem Alfreda, wyciągnąłem z kieszeni różaniec Szczeny i mu dałem. Wrzasnął z radości założył sobie na szyje i poleciał.

Po jakimś czasie wraca…. ubranie podarte, twarz poobijana, włosy rozczochrane…jak  jego muzułmańscy rówieśnicy zobaczyli co ma na szyi chcieli mu to zerwać. Stoi tak przede mną oczy mu się świecą w zaciśniętej rączce trzyma krzyżyk i mówi:

– Abuna, chcieli mi zabrać, ale nie dałem.

W tym momencie myślałem, że się zapadnę pod ziemie ze wstydu. Parę dni wcześniej widziałem w naszej mądrej telewizji, a później w jeszcze mądrzejszej włoskiej dyskusje na temat krzyża. Czy on ma być czy nie, czy go wynieść ze szkół i szpitali czy go zostawić? To my tu kłócimy się o pierdoły a tam są ludzie, którzy za niego oddają życie. Jak ja temu małemu mogłem spojrzeć w te świecące oczy. A bo krzyż nas dzieli – mówią niektórzy. Dzieli? Gdzie Sudan a gdzie Polska a gdzie Libia?

Liliane, hinduskie zakonnice, polski zakonnik. Ten mały krzyżyk wystrugany przez mordercę w Nowogardzie połączył tyle miejsc, osób i historii w jedno!!

Nie jest łatwo dziś ludziom wierzącym przyznawać się publicznie do swojej wiary, bo często zostają wyśmiewani. Osoby duchowne, księża czy siostry często są znieważane czy wyszydzane. Trzeba mieć odwagę żeby pokazywać się w miejscach publicznych w habicie. Naprawdę my nie mamy czego się wstydzić.

***

Parę lat temu jechałem z moim przyjacielem Markiem z Międzyzdrojów do Kamienia. Marek był, tzn. jest lekarzem. Było lato i ciepło, więc ubrani byliśmy w T-shirty i krótkie spodenki. Jechaliśmy trasa nadmorska. W jednym z tych małych kurortów stali ludzie na przystankach i machali na stopa. Pamiętacie jeszcze jak się jeździło stopem? My też pamiętaliśmy. Zabraliśmy więc jedną kobietę, taka trochę starsza od nas. Pracowała w jednym z ośrodków wczasowych. Po pięciu minutach wiedzieliśmy już wszystko kto, z kim, gdzie, jak i dlaczego. To był taki typ kobiety, której lepiej się nie narażać bo cię tak obrobi, że suchej nitki na tobie nie zostawi.

Tak nadawała cały czas aż w końcu się zatrzymała i pyta: a wy chłopcy w czym robicie? Patrzyła na mnie więc odpowiedziałem: ja jestem księdzem a on lekarzem. Oczy zrobiły się jej jak spodki, dziób się rozdziawił – zatkało ją. Po chwili wygdakała: ale bajer to macie opanowany! Od tego momentu nigdy się nie wstydziłem tego kim jestem. I daj Boże żeby tak było zawsze.

***

Dawno temu kiedy studiowałem w Stanach miałem przyjaciela, miał na imię Nir. Pochodził z Tel-Avivu, był Żydem. Często mi opowiadał anegdoty o księżach i o rabbich. Któregoś dnia, na uniwersytecie przylatuje do mnie i mówi: słuchaj, ksiądz katolicki poszedł z rabbim żydowskim na mecz bokserski. No i siedzieli zaraz przy ringu. I kiedy bokserzy wbiegali na ring jeden z nich się przeżegnał, zrobił znak krzyża.  Kiedy rabbi to zobaczył puka księdza w bok i pyta: ty, słuchaj do czego to ma służyć i robi znak krzyża. A ksiądz mu odpowiada: do niczego – jak się nie potrafi bić!

Morał z tego jest taki: Pan Bóg swoje zrobił. Dał wam życie, talenty, inteligencje, wyobraźnie, wolną wolę… ale walczyć za was nie będzie!!

O swoje rodziny, o swoja przyszłość o swoje szczęście – walczyć musicie sami!! Nasz Papież kiedy zwracał się do tłumów, gdziekolwiek by nie był, zawsze powtarzał, Coraggio – Odwagi.

I ja dziś mówie to samo – nie bójcie się – Coraggio !!!