Kapłan

Ładnych parę lat temu kiedy mieszkałem w Libii pewnego dnia wola mnie do siebie monsignore Martinelli biskup Trypolisu i mówi: Agostino, pojedziesz do Hun, tam jest taka mała grupa chrześcijan, odwiedzisz ich i odprawisz im Msze Świętą. Szukam na mapie gdzie jest to całe Hun. W końcu znalazłem. Tę mapę to chyba robił jakiś satelita szpiegowski! To będzie, tymi ich pustynnymi „drogami” jakieś…osiemset kilometrów!! Jak ze Świnoujścia do Przemyśla! Osiemset to w jedna stronę – trzeba jeszcze wrócić! Taki kawal drogi?! Ale z biskupem się nie dyskutuje. Zapakowałem samochód i pojechałem. W czasie jazdy nie myślałem zbyt ciepło o Jego Ekscelencji. No bo jaki tu jest sens jechać osiemset kilometrów dla dwudziestu Filipińczyków. Rozumiem dla dwustu!

Po wielu godzinach w końcu dojechałem To nawet nie była miejscowość, tylko jakaś oaza. Znalazłem moich „parafian” na środku placu. Przyjechali z pobliskiego pola naftowego, gdzie pracowali. Przywitaliśmy się i stoimy jak te sierotki. Co teraz? Gdzie tę Mszę Świętą odprawić? Staliśmy tak z pół godziny kiedy z pobliskiego baraku wyleciał jakiś mundurowy i na nas z gębą co my tu robimy? Znam tylko parę słów po arabsku, ale niektórzy z „moich” trochę znali więc zaczęła się skomplikowana dyskusja z Mudirem to jest komendantem tego miejsca (bo to wszystko zmilitaryzowane).

– Co wy tu robicie? – wrzeszczał.

– Stoimy.

– A czemu stoicie?

– Bo się chcemy modlić!

– No to czemu się nie modlicie?

– Bo nie mamy miejsca! Jak mu wytłumaczę, że aby odprawić Mszę Świętą. To potrzebne jest miejsce: ołtarz i wszystkie utensylia liturgiczne (które zresztą przywiozłem ze sobą). Popatrzył na nas podejrzliwie i powiedział: na modlitwę zawsze musi być miejsce i zabrał nas do swojego „biura”. Pierwszy i ostatni raz w życiu i chyba jako nieliczny jeśli nie jedyny ksiądz – odprawiłem Mszę Świętą w muzułmańskim „urzędzie”. Ale do końca życia będę pamiętał co mi ten Mudir powiedział: na modlitwę zawsze musi być miejsce!! 

Kiedy wracałem do Trypolisu to się biłem w piersi bo ciężko zgrzeszyłem. Jak się żegnałem to ci ludzie mieli łzy w oczach. To byli twardzi faceci, którzy bardzo ciężko pracowali miesiącami na polu naftowym, w niesamowitym upale i w towarzystwie skorpionów. To nie były jakieś wrażliwe bubki, które by się wystraszyły pająka. A oni płakali wzruszeni bo byli po wielu miesiącach w końcu na Mszy Świętej. Wtedy zrozumiałem, że warto by było przejechać nie osiemset – ale osiem tysięcy kilometrów i nie dla dwudziestu – dla dwóch, dla jednego!! Taką to ma wartość!! A my? Mamy wszystko podane na tacy! Na wyciągniecie ręki! I często tego nie doceniamy.

Nigdy nie chciałem być księdzem. Kiedy byłem młody to była chyba ostatnia rzecz o której myślałem. Chciałem studiować medycynę nie dostałem się więc dorabiałem punkty w szpitalu jako sanitariusz. Rok czasu uczyłem w wiejskiej szkole. A latem, w sezonie pracowałem jako dyskdżokej w nadmorskich dyskotekach. Po wielu perturbacjach (delikatnie mówiąc) życiowych, ku mojemu własnemu wielkiemu zdumieniu wstąpiłem do seminarium. Wielu mnie pytało: dlaczego? Powiem szczerze – nie wiem. Jedna jedyna osoba zadała mi mądre pytanie, był to biskup Majdański, który mnie przyjmował popatrzył na mnie uważnie i cicho zapytał: było ciężko? Również cicho odpowiedziałem: tak.

Moja mama, kobieta wykształcona i pobożna, kiedy się dowiedziała że wstąpiłem do seminarium powiedziała: jak takich jak ty biorą do seminarium to ja do kościoła nie chodzę!! ( i przez parę miesięcy nie chodziła). Po trzynastu latach odysei, studiów i formacji w rożnych miejscach na świecie zostałem w końcu wyświęcony w Berlinie. Arcybiskup Berlina kardynał Sterzyński mianował mnie kapelanem emigrantów niemieckiego pochodzenia z Rosji (znałem trochę rosyjski). Było to krótko po upadku Muru Berlińskiego i do Niemiec na pochodzenie dziadka czy babci przyjeżdżały cale trzypokoleniowe rodziny z Kazachstanu, Rosji czy Ukrainy.

Pewnego wieczoru dzwoni telefon i kobieta łamanym niemieckim pyta czy bym nie przyjechał wyspowiadać jej ojca bo jest umierający. Pewnie że tak. Była to typowa, kilkunastoosobowa trzy pokoleniowa rodzina. Właśnie przyjechali dwa tygodnie temu z Kamczatki. Dziadek, bardzo słabiutki, leżał na łóżku, a dzieci i wnuki otaczały go w około. Wszyscy wyszli….dziadek się wyspowiadał i….zmarł! Ale jak?! Wyspowiadał się, otrzymał rozgrzeszenie, uśmiechnął się…i zmarł! Pięćdziesiąt lat nie widział księdza!! Miał te swoje grzechy jak my wszyscy. Może dla nas nie byłoby to nic wielkiego czy strasznego. Ale dla niego tak. Nosił tego swojego „garba” przez pięćdziesiąt lat. Zostawił wszystko co miał i ze swoją rodziną przeleciał jedenaście tysięcy kilometrów do obcego kraju. Tu spotkał po wielu latach księdza i w końcu pojednał się z Bogiem i ze sobą. Z tej radości uśmiechnął się …i zmarł.

Do tego momentu nie miałem pojęcia jakim wielkim darem jest kapłaństwo.