Maryja i Wezuwiusz

Kiedy byśmy wzięli do ręki mapę świata i pozaznaczali na niej miejsca gdzie się znajdują Sanktuaria Maryjne, tzn. kościoły w których czci się Maryję w bardzo specjalny sposób, ze względu na tradycje, historie, jej objawienie, lub miejsce gdzie ludzie doznali wielu łask, lub mówiąc prosto, krótko i zwięzłe, miejsce gdzie zdarzyły się cuda, to zauważylibyśmy ze tych miejsc jest bardzo wiele!!!

Kiedy wejdziemy do obojętnie którego sanktuarium, to zobaczymy na ścianach powieszone srebrne, serduszka, krzyżyki czy inne medaliki. Ta są vota. Każdy taki jeden znaczek jest podziękowaniem za otrzymana łaskę. Innym słowem, za doznany cud. Jest tego mnóstwo. Widząc tyle tego, trzeba by być mocno pukniętym, żeby w to nie wierzyć! Tylko, że my właśnie jesteśmy. Jesteśmy dziś tak wyjałowieni przez Internet, telewizje, mass media i pseudo-nauke, nasze środowisko, ze my przestaliśmy wierzyć w cuda!!! Ja lepszy nie byłem. Każdy z nas miał, a jak nie miał to będzie miał, swoje przeżycia z Maryja. Dziś chciałbym dać świadectwo o moich.

Wiele lat temu, kiedy mieszkałem w Wiedniu mój przełożony Ojciec Mario, który był Włochem wysłał mnie na parę miesięcy do swojej rodzinnej Italii na naukę języka, żeby się mógł w końcu ze mną dogadać. Albo jak podejrzewałem, ktoś w końcu zrozumiał głoszone przez niego mądrości. Bo niemiecki wyjątkowo mu nie leżał!! (Zresztą nie tylko jemu). Mieszkałem wtedy jakiś czas w naszym klasztorze w Neapolu, razem z ojcem Gerardem. To było historyczne centrum „Quartiri Spagnoli” Hiszpańska Dzielnica. Serce Neapolu. Za dnia było tam strach wychodzić na ulice, nie mówiąc już wieczorem. Zwłaszcza dla takiego blondasa jak ja co to widać, ze obcy. Dlatego chodziłem zawsze w habicie. Miejsce unikalne. Mieszkałem w starym no…i trochę zniszczonym klasztorze, ale za to jaki miałem widok?! Na Zatokę Neapolitańską i na Wezuwiusza!!! Ten wulkan to tak do końca nie jest wygasły. Czasami to nawet widać takie cieniutkie smużki dymu, jak z papierosa. Na około na stokach tej góry położonych jest wiele małych miejscowości. Ojciec Gerard miał tam znajomych, których często odwiedzaliśmy razem. Mieli oni ogród i tez winnice. Z tych winogron robili bardzo dobre wino. W końcu ziemia wulkaniczna, jakby nie patrzeć. Po tej ziemi to lubiłem chodzić na bosaka. Czasami człowiek miał wrażenie ze to wszystko trochę drży. W końcu łaziłem po wulkanie i to wcale nie wygasłym. Ci znajomi Gerarda mieli takiego małego syna nazywał się Giovanni, po naszemu Jasiu. Kiedyś, łażąc po tym ogrodzie, pytam: ej Giovanni , a ty się nie boisz mieszkać na wulkanie?? Popatrzył na mnie jak na głupka i powoli odpowiedział – nie. A jak wybuchnie?! Zapytałem złośliwie! Jak wybuchnie to Madonna nas uratuje – odpowiedział spokojnie. Madonna znaczy Matka Boga. Tam niedaleko jest słynne sanktuarium Matki Boskiej Pompejańskiej. Teraz ja popatrzyłem na niego jak na głupka! Madonna was uratuje?? Tak, przyleci i was uratuje. Ostatnio jak ten wulkan wybuchł to wyrwało polowe góry. I było tyle lawy i dymu, ze niedaleko położone Pompeje zasypało popiołem na dziewięć metrów!!! Tak, na pewno ciebie Madonna uratuje – dodałem w myślach. Eeeh, mały i głupi. Machnąłem ręka i poszedłem.

Ładnych parę lat później, znalazłem się na Wyspach Kanaryjskich. Mieszkałem w Las Palmas na Gran Canarii. Było nas w parafii dwóch księży. Moj przyjaciel Suso i ja. A, ze było nas dwóch to często do nas dzwonili inni księża prosząc o pomoc lub zastępstwo. Suso zawsze wysyłał mnie, żebym sobie poznał wyspy. Kiedyś zadzwonił nasz wspólny przyjaciel z Lanzarote, czy bym nie przyleciał na weekend go zastąpić bo on w bardzo pilnej sprawie musi lecieć do Madrytu. Nie powiedział ze na mecz Madrytu z Barcelona. Ale ja wiedziałem. A ,ze jestem za Madrytem to powiedziałem, że chętnie przylecę. Z Las Palmas leci się tam niecała godzinkę. Wylądowałem, Juan czekał na mnie na lotnisku. Wsiadaj do samochodu – powiedział, ja mam jeszcze parę godzin do odlotu to ci trochę pokażę wyspę! Ok, powiedziałem, chętnie. Wyspa w końcu taka malutka, ale widok jakbyś wylądował na Księżycu. Czarny piasek, gejzery, zastygła lawa, jakieś dziury w ziemi, kratery…Tak mnie obwoził i zaczął opowiadać historie, która była nawet spisana w księgach parafialnych w parafii, gdzie pracował. Jakieś trzysta lat temu, kiedy populacja wyspy była niewielka, trochę ludzi co wypasało owce i robiło sery. Pewnej nocy wybuchł wulkan. Wybuch był bardzo potężny. Ludzie obudzeni w nocy i przerażeni nie wiedzieli w która stronę uciekać, bo potężne strumienie lawy zaczęły ich otaczać ze wszystkich stron. Wyspa jest tak zbudowana, że z jednej strony jest dość plaska ale z drugiej głębokie przepaście. I ci biedni, przerażeni i zdezorientowani ludzie wpadli w pułapkę. Przed sobą mieli rzekę ognia a za plecami dwustumetrowa przepaść. Rozpalona lawa płynęła wprost na nich i już nie mieli gdzie się cofać i ociekać, jak to opisują kroniki. Zostali na małym jak boisko skrawku ziemi. Wiedzieli, że zginą tylko nie byli pewni jak. Czy się spala w ogniu czy rzuca w przepaść. Wtedy przed płynąca na nich rzeka ognia wbili w ziemie krzyż, klęknęli na ziemi i zaczęli błagać niebiosa o ratunek. Płynąca lawa skręciła przed krzyżem i zastygła!!! Zostali uratowani na malutkim skrawku ziemi. Później w tym miejscu zbudowali mały kościółek (byłem w nim i też na własne oczy widziałem ta zastygłą lawę), pod wezwaniem La Virgen – Reina de los Vulcanes – Matki Boskiej Królowej wulkanów….

Kiedy Juan opowiadał mi ta historie przypomniało mi się jak wiele lat temu byłem w Neapolu i się naśmiewałem z małego Giovanniego kiedy z taka pewnością mi mówił, ze jak Wezuwiusz wybuchnie to Maryja ich uratuje. I uderzyłem się w piersi bo ciężko zgrzeszyłem. Ten mały miał wiele wiary a ja jej nie miałem wcale. Bo Matka Boska jak będzie chciała to zgasi nawet wulkan !!!

Kilkanaście lat temu trafiłem do Libii. Mieszkałem wraz z innymi zakonnikami w klasztorze w Trypolisie. Było nas pięciu, sześciu, siedmiu…zależy, bo ciągle któryś z nas musiał wyjechać na jakiś czas, potem wracał, ze względu na problemy wizowe. Pracowaliśmy nie tylko w Trypolisie ale praktycznie w całej Libii, jeżdżąc po pustyni odwiedzając miejscowości, campusy i oazy, gdzie mieszkali i pracowali ludzie z przemysłu naftowego, którzy albo szukali, albo już wydobywali gaz czy ropę.

Odwiedzaliśmy tez miejsca, gdzie przebywali chrześcijańscy emigranci z Nigerii, Sudanu, Erytrei, Czadu. Msze św. Odprawialiśmy w najprzeróżniejszych miejscach. Cały „sprzęt” do odprawiania musieliśmy wozić zawsze ze sobą, bo nie było nigdzie kaplic czy kościołów. Kościół był tylko jeden ( o drugim chce właśnie napisać) w Trypolisie pod wezwaniem św. Franciszka. Mieszkaliśmy tam my i biskup. Był Włochem , nazywał się Giovanni Martinelli. Któregoś dnia opowiedział mi historie. Po rewolucji, kiedy Pułkownik Kadafi doszedł do władzy, zamieniono wszystkie kościoły w meczety. Były to lata sześćdziesiąte. Zostawiono tylko jeden kościół – św. Franciszka w Trypolisie, w którym właśnie mieszkaliśmy. Któregoś dnia władze wezwały biskupa i mu powiedziały: oddamy ci drugi kościół w Benghazi (drugie co do wielkości miasto w Libii na wschodnim wybrzeżu w Cyrenajce), ale pod jednym warunkiem! Jakim? – zapytał biskup. Ma się nazywać – manzil mariaan – dom Maryi. I tak powrócił do Benghazi Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku wybuchły w Benghazi anty wloskie zamieszki sprowokowane tym, że jakiś włoski parlamentarzysta ubrał się w koszulkę z karykatura proroka Mahometa. Zniszczono wtedy w Benghazi wszystko co włoskie. Konsulat, sklepy, urzędy, przedstawicielstwa przeróżnych firm i zabrano się tez za kościół. Za nim im ktoś wytłumaczył, że kościół jest nie włoski, jak myśleli, tylko katolicki to znaczy międzynarodowy – dla wszystkich, było za późno. Zniszczyli wszystko: ołtarz, spalili księgi, ubrania liturgiczne, żyrandole, świece, drzwi, klamki, pomazali ściany, połamali lichtarze, wszystko, dosłownie splądrowali i zmasakrowali wszystko. Jedna rzecz była nietknięta!!! Wielki obraz Matki Bożej na ołtarzu!!!

Kiedy sporo lat potem trafiłem do Benghazi, spotkałem któregoś dnia przy kościele naszego sąsiada, Libijczyka, Muzułmanina. Zaczęliśmy rozmawiać (znal trochę włoski) o tym i o tamtym. W końcu nie wytrzymałem i wracając do tych zamieszek sprzed lat pytam go: Salim, słuchaj, jak to jest? Zniszczyliście wtedy wszystko, cały kościół i to co w nim było. A ten obraz na środku nie. Dlaczego? A on tak popatrzył na mnie i powiedział – Maryja jest nietykalna!!!

Nawet Muzułmanie maja dla Niej tak wielki szacunek.

Kiedy wam będzie smutno, albo będziecie się czuli rozbici i opuszczeni, kiedy będziecie chorzy albo samotni, kiedy będzie wam źle, bardzo źle, kiedy nie będziecie już mogli dłużej wytrzymać, kiedy będziecie stali pod ścianą i myśleli, ze więcej nie dacie już rady, ze to już koniec, prawdziwy koniec, pamiętajcie – macie kogoś!! Kto was kocha, nigdy was nie opuści i zawsze was obroni. Nie tylko Królową ale Matkę.