OSTANI KRZYŻOWIEC cz.3 – NIEWYKONALNA MISJA

Party zaczęło się kończyć a ja tu cały czas zbierałem siły żeby rozmówić się z naszym konsulem. W tym momencie nie było mianowanego ambasadora. Daneel pełnił wszystkie funkcje. Ale jak to zrobić, kłamać nie chciałem prawdy za bardzo tez nie mogłem powiedzieć. Ale zawsze mogłem poteoretyzować. To był bardzo porządny człowiek i chciałem być z nim uczciwy. Zaczęliśmy o pogodzie o sytuacji na świecie i innych pierdołach. W końcu przeszliśmy na emigrantów. A tak teoretycznie – pytam – jakbym chciał kogoś zaprosić do Polski to co bym musiał zrobić. A kogo? – pyta – Libijczyka? Nie … przeciągam, ale tak myślę o tych chrześcijańskich uchodźcach, jakby można było im pomoc. Po tym wszystkim co przeszli. Oczywiście zgodnie z prawem. – To nie takie proste proszę księdza. No, właśnie wiem ale możliwe? – zagaduje z nadzieja.

Teoretycznie tak, potrzebne by było zaproszenie, później wnioski, potem trzeba by to było wszystko zweryfikować w systemie i może by dostali pozwolenie na wjazd do unii. Ale o to dziś naprawdę jest ciężko. No tak – westchnąłem….a to zaproszenie to jakie? I od kogo?

Oficjalne, potwierdzone – według norm. – Najlepiej by było od jakiejś instytucji ? – pytam. Tak. – Na przykład caritasu czy parafii? Właśnie..

A gdybym tak znalazł kogoś kto by się tego…eee.. podjął i wystawił to zaproszenie? – jeżeli zgodnie z prawem, no to wtedy oczywiście moglibyśmy złożyć wnioski zgodnie z przepisami, nie widzę problemu.

Czułem się jak kretyn, przecież to inteligentny człowiek i widzi jak kręcę.

Całą noc myślałem kto mógłby mi pomóc. Rano spotkałem Samira (ojca …. wpatrzony we mnie jak w obraz – dzwoniła moja córka Nora – powiedział nieśmiało, chciała z tobą abuna (ojcze arab.) porozmawiać. I co ja jej mogę powiedzieć – westchnąłem. Musiałem się przejść.

Zadzwoniłem w parę miejsc żeby delikatnie wysondować szanse ale potem nawet nie próbowałem poruszać tematu. I nie masz się co dziwić – mówiłem sam do siebie. Ludzie traktują życie poważnie a ty sobie nawbijasz do tej głowy jakieś dyrdymały. Człowieku ty się zastanów, bo się zachowujesz jakbyś spadł z księżyca i jeszcze masz pretensje do innych. Weź ty popatrz tak trochę na to co robisz.

Czułem, ze miałem racje. Co ja właściwie sobie wyobrażałem, ze jestem jakiś James Bond. Za dużo filmów!! Zaczęło mi być wstyd przed samym sobą. Kto zdrowo myślący ci pomoże? – musiałby być jakiś mocno szurnięty! Płakać mi się chciało. Co mnie w ogóle podkusiło żeby się tego podejmować. Stałem na ulicy niedaleko byłej katedry przerobionej na meczet. Nagle mnie olśniło!! To nie było jak piorun, to było jak una bomba atomica!! Już wiedziałem do kogo mam zadzwonić..

Don Ricardo!!!…. chwyciłem telefon, sprawdzam czy mam jego numer, ok mam jakiś polski….dzwonie…. odebrał: nooo cześć….tyle czasu, gdzie ty się teraz podziewasz – jestem w Trypolisie – odpowiadam. A co ty robisz w Libanie? – nie Libanie tylko Libii,  no to co robisz w tej Libii?? Do tej chwili to jeszcze sam tak naprawdę nie wiedziałem – odpowiedziałem mu zaczynając wszystko w końcu ogarniać umysłem.  Słuchaj Rysiu – ty pamiętasz jak parę lat temu chciałeś pomagać Irakijczykom?? – pewnie ze pamiętam – odpowiedział.  –  To jest okazja!

Dwa dni później dzwoni do mnie konsul – przyszedł fax z zaproszeniem, wszystko w porządku, mogą przyjść i złożyć papiery i musi ksiądz przeczytać to pismo. – czemu? – pytam zdenerwowany – coś nie tak? Nie, wszystko ok, tylko, ze to unikat – skale by wzruszył a co dopiero urzędników. Samir z zona i córka pobiegli wypełniać formalności wszystko sprawnie zostało załatwione , teraz pozostało tylko czekać. Odpowiedz powinna przyjść do dziewięciu dni powiedział mi Daneel. Exit visa była ważna jeszcze dziesięć. Nora, coraka Samira, dzwoniła z Norymbergii codziennie. Irakijczycy codziennie byli u nas. Ja pojechałem na trzy dni odwiedzić polski campus w Garabuli, gdzie nasi budowali port.(ale o tym to innym razem bo tu trzeba parę rozdziałów i to tylko dla ludzi o mocnych nerwach)

Minęło piec dni – nic. Następne dwa – dalej nic. W końcu nie wytrzymałem i dzwonie do Daneela. Cos nie tak – mówi – chyba są na czarnej liście, ale poczekajmy. Amado łaził jak cień, Samir z zona (Azhar) i córka (Soha) wcale się nie odzywali. Ja zacząłem przesiadywać w kościele. Minęło dziewięć dni – nic. Sam nie wiedziałem co robić. Amado – mowie do niego- chodź gdzieś ich wywieźmy albo co,bo jutro czwartek jak nie dostana tej cholernej wizy i jutro nie wyjada to już nigdy nie wyjada. Miałem nadzieje ze Daneel zadzwoni popołudniu ale nie…Nie spałem cala noc. Rano odprawiłem msze sw. Nie bardzo wiedziałem co mowie.. godzina dziewiąta – nic , patrze na telefon, dziesiąta – dalej nic. No szkoda… cholera szkoda !!! dziesiąta trzydzieści dzwoni….Daneel – niech szybko przychodzą do konsulatu…dostali!! Jezu dzięki!!! Zdarza mam nadzieje, potem do biura podroży po bilety, mieli zarezerwowane do Warszawy przez Amsterdam, może się uda.

Nagle aż mnie zmroziło z gorąca. A w Warszawie idioto? Co oni zrobią w Warszawie? Przecież jak ich gdzieś zatrzymają to zaraz wszystko wyjdzie na jaw. Kto w to durniu uwierzy, że oni z Bagdadu przez Trypolis przyjechali do Godkowa?! Jak ja mogłem o tym zapomnieć?! Dzwonie do mojego przyjaciela rodaka Ojca Piotra (który jest sam w sobie legenda)i mowie jak się sprawy maja. Podał mi numer, kazał tam zadzwonić, powołać się na niego i przedstawić sprawę. Patrzę numer warszawski, dzwonie ktoś odbiera i słyszę: Szczęść Boże , siostra Maria – słucham. Zatkało mnie.. zacząłem stękać i coś mówić bez składu, w końcu oprzytomniałem żeby wszystko zrelacjonować. Siostra miała cierpliwość bo mnie wysłuchała i powiedziała – proszę się nie martwić, proszę ojca, wszystko będzie dobrze – Jezus się tym zajmie i się wyłączyła. Jezus się tym zajmie! – łatwo jej mówić pomyślałem. Zadzwonił Daneel i pyta czy oni maja kopie tego zaproszenia bo to trzeba będzie pokazać w Warszawie na lotnisku. Dzwonie do Samira i pytam. Jasne, ze nie maja!!! Dzwonie do Ricardo i mowie żeby na nasz fax w klasztorze w Trypolisi przesłał kopie. Ok, słyszę. Czekam, czekam przy tym faxie i nic. Dzwonie – Rysiu – wysłałeś? – No tak.  Akurat przechodził obok biura Magdy i powiedział, co ty Babuszka tak się pastwisz nad  tym faxem, popsuł się trzy dni temu. No zaraz mnie cos trafi… dzwonie…Samir gdzie jesteś …w biurze podroży… maja tam fax? …tak…dawaj numer. Dzwonie …Rysiu wyślij to jeszcze raz ale  pod ten numer. Jak ja dziś nie zwariuje…Do Samira …i co przyszło coś…? – tak ale nie da się tego czytać…- ok to po polsku. Macie bilety ?? – tak, Abuna już się nie zobaczymy jedziemy prosto na lotnisko. Samir zadzwoń zaraz jak tylko przejdziecie na lotnisku wszystkie bramki ….. i niech Bog was błogosławi…shukran (dzieki) abuna…Aufwiedersehen in Nurnberg…dodałem szeptem

Wieczorem byłem zaproszony na grilla przez mojego przyjaciela Andrzeja. Bylo parę osób z branży, był tez Daneel. Patrzył tak na mnie z uśmiechem. Uciekałem od jego wzroku. Apetytu nie miałem. Samir nie zadzwonił, minęło parę godzin. Jeżeli nie mógł z lotniska w Trypolisie to z Amsterdamu na pewno by mógł. Znaczy, że ich zawinęli. Zrobiło mi się niedobrze. I coś ty człowieku najlepszego zrobił? Ale się ludziom przysłużyłem! Boże co ja narobiłem ! Zadzwonił telefon, patrzę warszawski numer, no tak jeszcze zakonnice, pewnie się niecierpliwią…ciężko westchnąłem i zrezygnowany odebrałem… tak, słucham… tu siostra Maria.. paczka dotarła!

Dwa dni później wieczorem stałem na promenadzie nad morzem, właśnie dzwoniła Nora , nie mogła mówić, tylko szlochała.

Zakonnice chciały swoim gościom pokazać Kraków, ale z roztrzepania, z tego są znane, pomyliły busy i przewoźników i zamiast ich wsadzić do busa na Kraków to wsadziły do tego na Wrocław. A jak się okazało tak naprawdę to ten bus jechał do Norymbergii. Z tymi kobietami to tak zawsze….

Cala rodzina spotkała się po dwunastu latach, długich latach.

Stałem nad morzem i patrzyłem w dal, tam parę tysięcy kilometrów prawie idealnie w linii prostej jest mój dom, moja plaża i mój Bałtyk.

Przypomniała mi się nasza salka katechetyczna. A jakbym tak wtedy nie poszedł na religie i nie poznał Ryszarda?….Nie myślałem, że nasze słowa i to co robimy mogą po latach dać takie efekty.

 Gdzie nasz Kamien, gdzie Bagdad, Trypolis a Norynberga?… a wszyscy ci ludzie i wszystkie te zdarzenia jakie miały miejsce?? Nie ma przypadków!!

Jak to wszystko jest ze sobą powiązane? Ależ precyzja !! Uśmiechnąłem się do siebie.  W końcu coś mi się udało.. A tak swoja droga jeśli się udało raz to dlaczego nie miałoby się udać i drugi..? Tylko, ze … to nie było tak wszystko do końca, takie kryształowo uczciwe.. Przypomniało mi się łkanie Nory. Zrobiło mi się cieplej na sercu i pomyślałem – walić kryształowość!!  

Ps. Na początku klasy maturalnej, zebrało mi się na pobożność (trochę ze strachu a trochę z asekuracji) i wróciłem, po roku przerwy, do uczęszczania na  katechezy do naszej salki na plebani. Ku mojemu zdziwieniu, ks. Ryszard (mój przyszły i obecny przyjaciel) przyjął mnie bez żadnego moralizowania, czym mnie bardzo ujął i zdopingował do praktykowania religii. Dużo mi to jednak nie pomogło. Matury i tak nie zdałem, oblałem matmę, nie tylko zresztą ja. Na szczęście były jeszcze wtedy poprawki. Ja i mój serdeczny przyjaciel ( i sąsiad) Konys, z którym dzieliliśmy przez kilkanaście lat jedna ławkę, (i jedno życie) mieliśmy trzy dni (i trzy noce), żeby przekuć trzydzieści trzy zestawy pytań, każdy z trzema zadaniami. Mieszkał pode mną i u niego rozpoczęliśmy ten maraton. Siedzieliśmy za stołem zawalonym zapisanymi kartkami. Przepytywaliśmy siebie na chybił trafił. Nasze mamy (obydwie nauczycielki) donosiły nam jedzenie. Nasi ojcowie: jego fizyk mój matematyk(!) woleli się chyba nie wtrącać. Drugiej nocy, żeby nie zasnąć, trzymaliśmy nogi w miednicach z zimna woda! Poprawkę z matmy zdaliśmy: śpiewająco!!!

Teraz kiedy po tylu latach wspominam te wszystkie historie, zaczynam rozumieć to co mi kiedyś powiedział w Rzymie Padre Angelo, mój starszy włoski przyjaciel: Aiutati che Dio ti aiuta – Pan Bóg pomaga tym, którzy sobie sami pomagają!!!

Wszystkie osoby, imiona, nazwy i zdarzenia są jak najbardziej przypadkowe 🙂