Ostatni krzyżowiec cz. 1 – don Ricardo

W trzeciej klasie liceum przestałem chodzić do kościoła i na lekcje religii. Miałem siedemnaście lat i było mi jakoś nie po drodze z Panem Bogiem. Wtedy te katechezy były w salkach na plebaniach. Chodził kto chciał. Głownie po lekcjach, raz w tygodniu. My mieliśmy spotkania w salce na starej plebani. Piszę spotkania, bo to były właściwie bardziej spotkania i  wolne dyskusje niż takie sformatowane lekcje. Było tak kameralnie. Ale wiek ma, może nie tyle swoje prawa co i też zachcianki. Poza tym jak się ma siedemnaście lat, to się jest najmądrzejszym na świecie (dzisiaj dzięki google dużo, dużo wcześniej) Więc ja również chciałem układać swoje młode życie według moich reguł bez potrzeby innych a już najmniej kościelnych!!

Chwila refleksji przyszła na początku czwartej klasy – maturalnej. Matura to już była poważna sprawa. Jakby nie patrzeć furtka przez która się startowało w życie. A ja znowu nie byłem takim geniuszem, żeby próbować ją zdać polegając tylko na własnych silach. Każde więc wsparcie było mile widziane. Więc właściwie co mi szkodzi zacząć znowu chodzić na ta religie. Najbardziej się bałem tego gderania księdza. Nawet nie wiedziałem, kto tam teraz jest, bo przez rok byłem „izolowany” od tematu. Wiedziałem tylko, że jakiś taki wielki kudłaty, nawet miał ksywę Kunta-Kinte.( jeśli ktoś pamięta, kto to był ?)

Więc, któregoś dnia zebrałem się w sobie i ze spuszczona głowa stanąłem przed obliczem ks. wikarego (rzeczywiście był kudłaty) – będziesz chodził? – zapytał. Skinąłem głową, że tak.  Ani jednego słowa więcej!!! Żadnego ględzenia , mamlania, umoralniania – nic. Tym mnie ujął. Miał na imię ks. Ryszard – don Ricardo.

Kiedy dziś przypominam sobie cala ta historie z jej zakończeniem po czterdziestu latach i parę tysięcy kilometrów od naszej salki katechetycznej, to wierzyć mi się nie chce jak misternymi nićmi była szyta przez Opatrzność. Nie ma czegoś takiego jak przypadki. Dowodem jest Ricardo!!!

W historii ludzkości byli geniusze, którzy się urodzili po to by skomponować symfonie, rozszczepić atom, napisać epopeje, zbudować bombę termojądrowa czy polecieć w kosmos. Ricardo mógłby pewnie to wszystko – ale został księdzem….

Jeździł swoim maluchem jak Niki Lauda. Pomysły też miał…jakby to wyrazić…nieprzeciętne. Kiedyś zorganizował wiatrówkę i płoszył ptaki w naszej Katedrze, Bogu dzięki ptactwo tym się specjalnie nie przejęło i dalej sobie latało. Nasza Katedra to dość duży Kościół. Mieliśmy zakonnice, zakrystiankę. Jak pamiętam ona zawsze tam była, siostra Celestyna. Zawsze zamykała kościół.(no i otwierała) Ale najpierw musiała pogasić wszystkie światła a włączniki były w zakrystii. Potem musiała zamknąć zakrystie i przejść przez cały pusty i ciemny kościół. Wiosna i latem było ok –  ale jesienią? , kiedy było ciemno i wiało, a wtedy potrafiło, (bo blisko morza i te burze…) zrobić te kilkadziesiąt metrów przez pusty i ciemny kościół do przyjemności nie należało. Pamiętam, miała taka wielka latarkę i kiedy wychodziła to świeciła po katach czy ktoś tam się przypadkiem nie zamodlił i nie został. I tak to któregoś burzliwego wieczoru zamknęła zakrystie i wychodziła przez puściutki i ciemny kościół. A w konfesjonale schował się Ricardo, żeby jej zrobić dowcip. No i zrobił!! Kiedy przechodziła koło tego konfesjonału to nagle wyskoczył z niego z wrzaskiem!!! …

Sprawa zrobiła się gruba. Siostra wyjechała w jakieś spokojne miejsce, żeby się podleczyć, a Ricardo po jakimś czasie ogłosił wszem i wobec ze wyjeżdża na misje do Brazylii!!! Nawet mu babki kupiły biały materiał na sutannę. Wiem bo moja babcia była krawcową i sama mi go pokazywała mówiąc, że misjonarze w dalekich krajach chodzą w białych sutannach. Dla mnie to była wtedy jedna wielka egzotyka bo nie miałem zielonego pojęcia ani o misjach ani o misjonarzach ani o dalekich krajach.  No i któregoś pięknego dnia Ricardo wyjechał…tylko nie do Brazylii a do Jarszewa na małą wioseczkę, położoną trzy kilometry od naszej parafii. I tak nasze drogi się rozdzieliły….

Streszczając, lata później wstąpiłem do mojego zakonu w Wiedniu. Ale nowicjat ( taki rok przygotowania ) mieliśmy zrobić ( było nas trzech ) w Niemczech. W malej miejscowości osiemdziesiąt kilometrów na północ od Munster przy granicy z Holandią. Dwa miesiące wcześniej upadł mur w Berlinie.

Naszym przełożonym był ojciec Joseph. Mówił po polsku bo pochodził ze Śląska. (matka – Polka , ojciec – Niemiec). My nazywaliśmy go Zeb.

Któregoś dnia przy kolacji powiedział, że był dziś na spotkaniu księży z okolicy i poznał tam też Polaka. Zaprosił go do nas żebyśmy sobie mogli pogadać po polsku. Ale kto on i skąd jest to nie bardzo wiedział, tyle tylko, ze na razie robi kursy niemieckiego i pracuje jako kapelan w szpitalu. W przyszłym tygodniu postara się go do nas przywieźć.

No i jakież  było moje zdumienie kiedy parę dni później zawitał do nas mój były wikary i katecheta don Ricardo (ks. Ryszard, przyp. Autora:)). 

Tego się nie spodziewałem (jak zresztą wielu innych rzeczy). Nowicjat trwał rok czasu. Przez ten czas Ricardo był u nas parę razy. Nawet przeszliśmy na „ty” no bo łączyły nas już inne relacje. Ale nasze ścieżki znowu się rozeszły. Po zakończeniu nowicjatu nasi przełożeni wysłali nas do Wiednia byśmy kontynuowali nasze studia. No to je kontynuowaliśmy (!!!). Jakimś cudem po czterech latach prawie je ukończyliśmy. Wtedy nas wysłali do Stanów Zjednoczonych of Ameryka. Wiec musieliśmy znowu kontynuować nasze studia (God bless America!!!)

Przez cały ten czas nie miałem żadnego kontaktu z Ryśkiem. I kiedy byłem już gotowy z moimi studiami w systemie amerykańskim, zjawił się w Filadelfii – gdzie mieszkałem w tym czasie – Ojciec General naszego zakonu Jose Hernandez…Jak się okazało nasi otwierali nowy klasztor w Berlinie ale brakowało im personelu. A ja skończyłem studia i praktycznie byłem gotowy, żeby mnie wyświęcić, więc może bym przemyślał mój powrót do Europy a konkretnie do Berlina. Nie było co myśleć. Moi Amerykańscy współbracia zegnali mnie jakbym jechał na wojnę!!

Tak więc znowu zamieszkałem razem z Zebem. Niedługo potem zostałem wyświecony na księdza  przez Arcybiskupa Berlina Kardynała Georga Sterzynskiego. (często się zastanawiałem czy on tak do końca wiedział co robi…?)

Jak się okazało Zeb miał cały czas kontakt z Rysiem, bo ten wrócił do Polski i był aktualnie proboszczem w jakiej wiosce nad Odra przy granicy. Sto km w linii prostej od nas. Nie byliśmy wtedy jeszcze w Unii ale te granice były już poluźnione. Wiec zaczęliśmy się znowu odwiedzać. Często zaopatrując się u niego w dobre i zdrowe wiejskie jedzenie. Nic się nie zmienił. Któregoś razu jak byłem u niego zaopatrzyć się w ziemniaki, buraki i marchew, siedział w jadalni przy stole i czytał jakąś gazetę. W pewnej chwili podniósł na mnie oczy, jakieś takie smutne, i powiedział jakimś takim miękkim głosem: wiesz co?? – Chodź!! – pojedziemy z misja  do Iraku, tam przebierzemy się za pielęgniarzy i będziemy ratować  chrześcijan!! Przypatrzyłem mu się dokładniej, cala twarz miał jakąś taka smutnawą. Wiedziałem ze się leczy – ale na biodro, a nie na głowę. Ty wiesz – oczy mu zabłysły – jak duża jest wspólnota chrześcijan w Bagdadzie?! – A ty wiesz – zacząłem spokojnie – gdzie leży Bagdad?

Ale ciągnął dalej – a wiesz jak oni są dziś bardzo prześladowani? – Ktoś im musi pomoc!! – A pamiętasz – pytam – ze nie pracujesz dla ONZ tylko jesteś proboszczem w Godkowie??

Wracałem do Berlina zamyślony. Przy kolacji powiedziałem Zebowi:

z Ryśkiem nie jest dobrze. – A co? – zapytał. No ma już takie odloty, wiesz co sobie wymyślił? Jechać do Iraku ratować Chrześcijan… A tam takie papalapa – podsumował Zeb w swoim śląskim stylu.

… Rok później wysłali mnie na studia do Salamanki. Do Berlina nie wróciłem już nigdy (chyba, że na lotnisko) Na wiele lat urwał mi się kontakt z Ricardo. Nie myślałem, że nasze drogi jeszcze się kiedyś skrzyżują. Aż do pewnego dnia, kiedy stałem zrozpaczony przy meczecie  Gamala Abdela Nasera w Trypolisie i nie wiedziałem co robić. Potrzebowałem pomocy. Właściwie to potrzebowałem cudu….            cdn.