Ostatni krzyżowiec cz. 2

…I o to po wielu latach stałem na Placu św. Piotra i rozmyślałem nad swoim losem. Właśnie parę miesięcy wcześniej zakończyłem mój kilkuletni pobyt na Kanarach. I co dalej?  (Wtedy byłem jeszcze na tym etapie niedorozwoju duchowego, ze myślałem, ze to ode mnie wszystko zależy…)To miało być inaczej. To cale moje życie religijne i kapłaństwo…było jakieś takie..bezbarwne. Właściwie dlaczego wybrałem tę drogę i wstąpiłem do mojego zakonu?

Mój zakon powstał w dwunastym wieku i jego charyzmatem, to jest celem i zadaniem, był wykup niewolników. To były czasy wypraw krzyżowych i wielu chrześcijan dostało się do muzułmańskiej niewoli. W Ziemi Świętej , Afryce Północnej i całym tym egzotycznym Bliskim Wschodzie. To były czasy straszne ale i zarazem piękne i z pewnością ciekawe. A mnie pociągała przygoda bo się wychowałem na tych opowieściach: Ivanhoe, Król Ryszard Lwie Serce, czy Robin Hood co to zabierał bogatym i rozdawał ubogim. Te jego walki i przygody ze złym szeryfem z Nottingham, który uciskał i grabił biedny lud. To były czasy!! Jeździć po świecie i robić dobre uczynki. Bronić słabszych i prześladowanych. Jak błędny rycerz. Czasy się niestety zmieniły. Ilu dziś jest  gnębionych przez ZUS i skarbówkę ?! I nie ma odważnego, który by był gotowy ich bronić. (No – chyba ze się znajdzie jakiś kamikaze!!)

Moi zakonni współbracia osiem wieków temu byli gotowi rzucić wszystko i iść na krańce świata, żeby ratować swoich braci w wierze. I nie bali się. Przemierzali pustynie, morza byli gotowi sami siebie oddać w niewole, żeby kogoś wykupić i wyzwolić. A ja?! Co ja dziś robię?? Co to za życie?? Takie teoretyzowanie… i jak ten Kościół dzisiaj funkcjonuje i wygląda? Dlaczego tylu ludziom kojarzy się negatywnie? Wiem, że durnie i łobuzy się znajda wszędzie. Ja sam nie jestem lepszy.

Ciężko mi było i na sercu i na umyśle. Musiałem coś wymyślić. Powiedziałem sobie – nie zejdę z tego placu jak mnie nie oświeci co robić!!!

Nie mam szczęścia do tego miasta. Kiedy byłem pierwszy raz w Rzymie wrzuciłem pieniążka do słynnej fontanny di Trevi, żeby móc kiedyś tu znowu wrócić. Te moje pragnienia Ktoś na górze usłyszał i postanowił je najwyraźniej spełnić, tylko po swojemu.

Po paru latach jak zacząłem studiować na Biblicum przechodziłem koło tej szemranej fontanny cztery razy dziennie!! I patrzyłem z politowaniem na tych wszystkich półgłówków co tam wrzucają pieniążki!! Obiecałem sobie, ze na przyszłość będę bardziej ostrożniejszy z tym o co będę prosił.

Nie pomny na to, stałem teraz na środku placu i się żarliwie modliłem.

Boże spraw, żeby to moje życie nie było takie ciapowate! Co mam robić? Panie oświeć mnie!!

No i mnie oświecił… Tak mnie oświecił, ze od tego czasu omijam plac z daleka…

Do Libii przyleciałem dwa tygodnie przed Wielkanocą. To był inny świat. Jeden jedyny kościół – w Trypolisie, w którym odprawialiśmy Mszę św. w ponad dziesięciu różnych językach z koreańskim i wietnamskim włącznie, nie mówiąc już o tagalog (Filipiny) czy malayalam (Indie)..Biskup Martinelli, Włoch urodzony w Libii. Allan filipiński franciszkanin. Amado też filipiński zakonnik. Amado golił głowę na łyso i śpiewał wysokim tenorem. Pierwsze wrażenia jakie wywarł na mnie to takie ,ze bardziej nadawałby się do szydełkowania niż do szwendania się po pustyni.(zgrzeszyłem ciężko tymi myślami) Trzy lata później narażając swoje życie uratował moje. Salim – hinduski franciszkanin, następny – Magdy był z Egiptu i wołał na mnie „babuszka”. Celso, który wtedy był jeszcze w Kairze, gdzie kończył arabistykę, tez filipińczyk i Daniel, który był z Malty. Później dołączył do nas Sandro (Włoch) z Etiopii. No i ostatni Agostino PL.

Usłyszałem kiedyś, że ludzi można podzielić na dwie kategorie: astronomów i astronautów. Astronomowie obserwują gwiazdy przez teleskopy i kontemplują ich piękno, astronauci – chcą tam polecieć. Pomału w tej mojej łepetynie zaczynało się przejaśniać, ze Kościół to nie jest to co ja do tej pory znalem – nie tylko to! To coś dużo więcej. Kościół to szpital polowy, gdzie się ratuje życie i leczy rany cięte i postrzałowe a nie cholesterol czy zapalenie migdałków. Poznałem w Libii ludzi, którzy byli strasznie prześladowani za swoja wiarę ale dalej byli gotowi oddać za nią życie! Kiedy z nimi się spotykałem, rozmawiałem czy modliłem to wstyd mi było za samego siebie, ze mnie taka miernota. Dlatego postanowiłem zostać astronautą.

Któregoś dnia zaczepia mnie Amado – słuchaj mówi – mamy tu mały problem a właściwie nie taki

mały. Widziałeś ta rodzinę co przychodzi tu codziennie? Oni są z Iraku. Uciekli parę lat temu z Bagdadu kiedy zaczęła się masakra chrześcijan. Po roku jakimś cudem dotarli tutaj. Było ich wszystkich siedmioro, ale parę lat temu Magdiemu udało się wywieść stad dwóch najstarszych braci a rok później twojemu rodakowi dwie starsze siostry…nawet nie pytałem jak, bo wolałem nie wiedzieć. Wszyscy czworo są od lat razem w Norymberdze – a tu zostali rodzice z najmłodszą córką. Od lat próbują stad się wydostać. Trzeba im jakoś pomoc. To co? – pytam – mam ich wziąć na materac? Nie wygłupiaj się – mówi – trzeba im pomoc załatwić wizę. Amado !! – a co ja – dobra wróżka jestem ? – krzyknąłem. Jak ty chcesz im wizę załatwić? To robota dla czarodzieja!

Zaczął cicho mówić – widzisz – oni już dostali exit vise ( wizę wyjazdowa, do Libii łatwiej było wjechać niż wyjechać ) ważną na miesiąc czasu i muszą w tym czasie wyjechać, bo inaczej będę nielegalnie i wtedy jak ich złapią to wsadza do jakiegoś obozu na pustyni.

No a potem? – pytam. Wtedy nie ma już żadnego potem.. widzisz.. ciągnie dalej.. ja miałem nadzieje ze mi tu taki jeden pomoże, ale nie dal rady, Aby dostać wizę schengenowska składa się podanie w konsulacie kraju do którego się jedzie, potem oni wpuszczają te dane w komputer i jeżeli nie są na czarnej liście i żaden z kraju Unii nie ma nic przeciw to się ta wizę dostaje.                        

– a ile czasu trwa ten cały proces? – normalnie do dwóch tygodni – a ile czasu jeszcze oni maja – pytam dalej. Szesnaście dni – odpowiada cicho Amado. Ich córka Nora dzwoni codziennie z Norymbergi. Nie wiem co robić. Ja tez nie – pomyślałem.

Całą noc sobie wmawiałem, że nic mnie to nie obchodzi. Cymbał Amado, po jaką  cholerę się brał do tego? – bo chciał pomóc- szepcze mi do ucha jakiś głos. A co mnie to obchodzi? Co ja mogę?! – to taki z ciebie błędny rycerz co to broni słabszych? – wrzasnął mi prosto do mózgu……

Następnego dnia rano wola mnie biskup i mówi – dziś jest święto narodowe Italii. Mamy zaproszenie do konsulatu. Pójdziesz ty ja i Daniel.

Jako Vicariat Apostolski czyli przedstawiciele Watykanu, zawsze byliśmy zapraszani przez wszystkie ambasady (z Arabia Saudyjska włącznie) na wszystkie rauszty. Ja chodziłem głównie na europejskie i latynoamerykańskie i tez afrykańskie. Magdy na arabskie. Daniel na wszystkie, biskup na żadne. I dobrze pomyślałem, bo muszę pogadać z konsulem niemieckim. Chciałem zacząć w soboty odprawiać msze św. po niemiecku i prowadzić katechezę dla dzieci. Bedzie okazja żeby poprosić konsula, żeby to swoimi kanałami ogłosił. Przebrałem się za księdza to znaczy w koloratkę i poszliśmy bo włoski konsulat znajdowali się dosłownie dwieście metrów od kościoła Daniel mi pokazał, który to niemiecki konsul i że ma na imię Jens. Podszedłem przedstawiłem się i powiedziałem po niemiecku, że mam właśnie taki zamysł utworzyć duszpasterstwo niemieckojęzyczne i czy ewentualnie mógłby jakoś to upublicznić. Spojrzał na mnie jak na robaka i powiedział po angielsku(!), ze jego to nie interesuje bo ma inny światopogląd ale ewentualnie może wywiesić jakieś ogłoszenie na tablicy  konsulacie. Był wysoki i chudy i chamowaty. Nie to nie – gebelsie jeden – pomyślałem i poszedłem szukać baru.

W Libii jak i całej reszcie krajów muzułmańskich obowiązuje prohibicja ale nie na przyjęciach w ambasadach ( za wyjątkiem arabskich – dlatego tam chodził Magdy). Dlatego zawsze przed tymi barami były długie kolejki bo wielu chciało się napić. Ja akurat nie musiałem tam sterczeć i czekać pół godziny, bo bar i catering obsługiwali wszędzie Filipińczycy, którzy przychodzili na msze św. po angielsku w piątek o dziesiątej, która ja często celebrowałem. Zaraz tez jeden jak mnie zobaczył od razu się uaktywnił i przyleciał ze szklanka. Zimny i podwójny – proszę ojca i błysnął zębami. Rzeczywiście był zimny aż go przytuliłem do policzka. No nareszcie jakiś pożytek z tego duszpasterstwa – pomyślałem.

Wtem prawie wlazłem na tego Niemca. Zaczęliśmy rozmawiać, tym razem po niemiecku. Pytam się skąd on jest, a ten mi odpowiada ,ze z tej wschodniej części. Ale dokładniej – ciągnę –  a nie będzie pan wiedział, niedaleko granicy z Polska. Ja tez – mowie, mieszkam niedaleko granicy. A miasto – pytam. Volgast. Volgast?!  To niedaleko Świnoujścia bo ja z Kamienia Pomorskiego! Z Kamienia?!! – wrzasnął – ja tam na regaty jeździłem.

Dwa tygodnie później, w sobotę, Jens przyprowadził swojego syna i córkę do kościoła podszedł do mnie i powiedział: Gustav ja się wychowałem bez Boga ale chciałbym żebyś moje dzieci nauczył modlić się po niemiecku. No to nauczyłem. Pozostawała sprawa Irakijczykow, Samira i jego rodziny. Mialem tydzień żeby ich stad wyciągnąć. Jeśli nam ten numer nie wyjdzie to oni tu zgniją gdzieś w jakimś obozie na Saharze. Sam tu nic nie wymyślę. Musiałaby się wtrącić Opatrzność.

Kiedyś moja argentyńska przyjaciółka w Rzymie, bardzo oddana pobożności do Bożego Miłosierdzia, kiedy pełen obaw i tremy jechałem na adwentowe rekolekcje do kościoła Świętego Ducha w Wilnie, powiedziała mi: calma te, Dio e molto matematico – spokojnie, Pan Bóg jest dobrym matematykiem. To, że jest dobrym to wiedziałem, ale że aż tak wyrafinowanym, to nie miałem pojęcia. Wrzucił ziarno w glebę a potem sobie spokojnie usiadł i czekał trzydzieści pięć lat aż to wszystko dojrzeje… Jak można moje miasto Kamień, małą wiochę Godków w powiecie Pyrzyckim połączyć z Bagdadem i Trypolisem, stolica Libii, w jedno??? A można! A ja nawet nie miałem zielonego pojęcia…jak bardzo.  

Cdn.