Siostra Mary – zakonnica macho

Mary, franciszkańską zakonnice z Malty, (na zdjęciu, pierwsza z lewej, ubrana na szaro w okularach),poznałem kilkanaście lat temu w Trypolisie.

Dwa razy w tygodniu jeździłem do Franciszkanek odprawiać Msze św. W pozostałe dni do innych sióstr z innych zakonów. Miałem cztery takie „punkty”. Pamiętam, ze do Mary jeździłem zawsze we wtorki. To był kawałek drogi od naszego kościoła-klasztoru gdzie mieszkaliśmy. Inni bracia jeździli gdzie indziej, bo takich punktów mieliśmy kilkanaście. Często żeśmy się zmieniali. Właściwie to Allan (filipiński franciszkanin) nas zmieniał i przygotowywał tygodniowy grafik gdzie kto ma jechać, bo to było jego zadanie. Mnie prawie zawsze Wtorek wypadał u Mary. Oprócz niej, w ich konwencie, były jeszcze trzy inne siostry. Polka, Filipinka i Hinduska. Lubiłem do nich jeździć. Wszędzie lubiłem jeździć. Te wszystkie wspólnoty sióstr były międzynarodowe, (nasza męska zresztą tez: trzech Filipińczyków, Maltańczyk, Hindus, Egipcjanin, Włoch i uno Polacco!), wiec Msze święte odprawiałem z reguły po włosku lub angielsku. Za wyjątkiem „Ihijas de caridad” (Córek Miłosierdzia), bo tam były same Hiszpanki. Wszędzie po modlitwach zostawałem na śniadanie. Mary zawsze mi robiła jajecznice. Dzielnica gdzie mieszkały była w miarę bezpieczna, nawet dla cudzoziemców, których zresztą było tam jak na lekarstwo. A to między innymi dzięki Mary bo mieszkała tam wiele lat. Ona i wszystkie siostry bardzo pomagały tamtejszej biedocie. Uczyły młode libijskie dziewczyny czego tylko mogły nawet szycia ciuchów.

Pewnego razu, kiedy już poznaliśmy się dość dobrze, po Mszy przy śniadaniu, Mary opowiedziała mi swoja historie:

Kiedy była młodą zakonnicą, zaraz po ślubach wysłano ja do Libii. Miało być na parę lat ale została tu cale życie. Któregoś dnia rano na ulicy koło ich domu znalazła porzucone niemowlę. Wzięła to dziecko do domu, a że był to śliczny chłopczyk, siostry nazwały go Angelino. (po włosku aniołek). Zaopiekowały się nim i jakiś czas był u nich. Było to jeszcze przed dyktatura Kadafiego. Po jakimś czasie pewien włoski ksiądz wywiózł to dziecko do Italii, gdzie zostało adoptowane przez włoską rodzinę na południu Włoch. Został ochrzczony, wychowany po katolicku, skończył studia ożenił się i potem wyemigrował do Australii. A ze karnacja skory południowych Włochów jest w przypadkach prawie taka jak ludzi z północnej Afryki, nigdy nie przypuszczał, ze nie jest naturalnym dzieckiem swoich rodziców. Tak mi opowiadała Mary. W końcu jednak jakoś się dowiedział. Zaczął molestować swoich rodziców skąd on się wziął. Ci nie bardzo chcieli mu powiedzieć. Tym bardziej ich przyciskał, bo chciał znaleźć swoja rodzinę a szczególnie prawdziwa matkę. W końcu mu powiedzieli, że „dostali” go od księdza. Znalazł tego księdza! Staruszek żył jeszcze niedaleko Salerno. I wziął się za niego. To prosząc to grożąc. W końcu księżulo mu powiedział: dostałem ciebie od pewnej zakonnicy w Trypolisie!

Opowiada mi dalej Mary jak któregoś dnia dzwoni telefon. Po czterdziestu latach dzwonił z Australii jej Angelino. Zaczął ją prosić, błagać, potem grozić żeby mu powiedziała prawdę! Skąd on się wziął bo chce znaleźć swoja matkę – swoja prawdziwa matkę. Nie wiedziałam – mówi mi – co robić, czy mu powiedzieć czy nie. Ja tez bym nie wiedział. Nie wiem co wy byście zrobili. Naciskał mnie coraz bardziej – kontynuuje Mary. Zaczął uporczywie domagać się, w końcu krzyczeć!!! Powiedz mi, powiedz!!

Wtedy mu powiedziałam…Angelino….ja ciebie znalazłam na ulicy. Cisza w słuchawce, po jakimś czasie cicho powiedział …to ty jesteś moją prawdziwą matką …

Mary zmarła parę lat temu na Malcie. Przeżyła w Libii ponad pięćdziesiąt lat siejąc dobro na prawo i lewo. Była matka dla wielu. Dodawała wszystkim otuchy i odwagi. Pamiętam jak którejś Wielkanocy, Pułkownik Kadafi „zaprosił” wszystkie zakonnice i zakonników na świąteczna wycieczkę. Oddal nam do dyspozycji jeden ze swoich samolotów. Odtransportowali nas autokarem na lotnisko. Szliśmy, poubierani w nasze habity, przez terminal jak w procesji. Tłumy ludzi kiedy nas zobaczyły to były w szoku. Nie spodziewali się zobaczyć w takim miejscu i to w tym kraju, tyle osób duchownych naraz. Myśleli, że to deportacja. My zresztą tez. Wszyscy byliśmy niepewni. Nie wiedzieliśmy tak do końca czy samolot którym mamy lecieć to nie jeden z tych które wybuchają. Ja szedłem z Mary, trzymała mnie za rękę. Ale to ja się balem a nie ona.

Kiedy studiowałem w Salamance, mieszkałem w naszym klasztorze a na posiłkach siedziałem koło naszego byłego Generała Zakonu. Nazywał się Jose Gamara. To był bardzo ascetyczny i święty człowiek. Miał może metr pięćdziesiąt i bardzo drobniutki. Był bardzo uduchowiony, dobrze się orientował w „tamtym” świecie ale słabo w tym. Zadawał mi kuriozalne pytania. Kiedyś mnie pyta czy w Polsce jest corrida? (?) Była – odpowiadam, w latach siedemdziesiątych – w mięsnym u Paszkowskiej, dużo bardziej brutalna od tej waszej… Kiedyś mnie pyta ..aa w Polsce to jaki jest, no taki jak to powiedzieć, typ ludzi. Jest takie słowo hiszpańskie macho. Oznacza ono twardego faceta, który jak wejdzie do domu i walnie pięścią w stół to wszystkie kobiety się chowają bo się go boja, łącznie z teściową!!  Noo, właśnie a jacy są mężczyźni ? General w kocu wydusił z siebie. W Polsce to wszyscy są macho! Odpowiedziałem gromko. Bo co miałem powiedzieć? Moj tata tez był macho. Jak chciałem gdzieś wyjść to pytałem: tata! Mogę iść do kina? – zapytaj się matki. Ale mi czasem pozwolił. Mama! Idę do kina! –  coooo ??? Tata mi pozwolił. – Ja ci pójdę!

A może to i lepiej, ze tak jest. Bo z drugiej strony…

Opowiadał mi kiedyś mój przyjaciel franciszkanin jak chciał dziecku, którego tata był inżynierem a mama zajmowała się domem, wytłumaczyć działanie Ducha Świętego, którego to działania my często nie dostrzegamy:

Twój tata pracuje? – Tak. A mamusia – Nie.  A kto gotuje? – mama, a kto sprząta? – mama, a kto pierze? – mama. I co? Mamusia – pracuje? Nie! Tata pracuje , mama nie pracuje !!

Ładnych parę lat temu kiedy byłem w Benghazi, drugie co do wielkości miasto w Libii, odwiedziłem włoskie siostry pracujące w szpitalu jako pielęgniarki, żeby im odprawić Msze św. W kaplicy, która jakimś cudem zachowała się na terenie szpitala. Bylem w szoku kiedy usłyszałem jak sanitariusze, młodzi Libijczycy, Muzułmanie wołali na nie per „mamma”.

Mary była prawdziwym macho. Duchowym i moralnym. Pisze dzisiaj o niej nie tylko dlatego, ze niedawno obchodziliśmy Dzień Matki ale tez dlatego, ze rano jadłem jajecznice. A jajecznica zawsze mi się będzie z nią kojarzyć.

Historie Mary opowiadałem kiedyś w więzieniu. To było ciężkie więzienie. Na mszy świętej były prawie same ćwiary. Ćwiara to dwadzieścia piec lat. Takiego wyroku nie dostaje się za napad na Żabkę. Ci wielcy, karczyści, wytatuowani faceci mający niejedno na sumieniu płakali jak bobry. Jest takie słowo które rozwala ich wszystkich – mama. Nie tylko zresztą ich. Nas wszystkich. I dobrze. I bardzo dobrze.