Wyznania: kręta droga mojego powołania

Tak naprawdę to nigdy nie chciałem być księdzem.

To zawiła historia. Po maturze zdawałem na medycynę. Zabrakło mi dwóch punktów. Przez rok pracowałem w szpitalu, żeby zarobić parę punktów, znowu zdawałem , zabrakło mi trzech tym razem, potem przez rok pracowałem jako nauczyciel w wiejskiej szkole. Latem w sezonie (mieszkam nad morzem) prowadziłem dyskoteki w nadmorskich miejscowościach, zresztą nie tylko latem. Bylem dyskdżokejem. To była druga polowa lat osiemdziesiątych. Wtedy być „dyskdżokejem” to znaczyło mieć pozycje w towarzystwie!! Na brak kasy nie mogłem narzekać. Gdybym powiedział, że nie miałem powodzenia u dziewczyn to bym skłamał. Miałem dwadzieścia lat i żyłem jak Jolero!!

Trwało to parę sezonów. Z kościołem miałem wtedy tyle wspólnego, co banki z dobroczynnością. Potem coś się stało… wszystko zaczęło się sypać. Najpierw relacje z rodzicami, którym się przyczyniłem do wielu siwych włosów, potem rzuciła mnie dziewczyna, w której byłem po uszy zakochany, potem trafiłem do szpitala na onkologie gdzie usłyszałem, że może być fifty-fifty, w końcu zrozumiałem, że życie wcale nie musi być takie różowe!! Do dziś nie wiem jak to się stało. Nie czułem żadnego powołania, nigdy nie słyszałem żadnego wewnętrznego głosu, nigdy o tym nie myślałem!! Pewnego dnia się obudziłem, ubrałem i poszedłem na plebanie. Proboszczowi, który mnie widział pierwszy raz na oczy oznajmiłem, że chce wstąpić do seminarium. Trzeba było widzieć jego zdziwiona minę. Albo moją!

Wiele razy w moim życiu pytano mnie później – dlaczego? Nie wiem. Nie wiem. Tylko jedna osoba trafiła mnie pytaniem. Papiery złożyłem dwudziestego ósmego sierpnia, w dniu św. Augustyna mojego patrona. Zostałem przyjęty. Kiedy wychodziłem z kurii wpadłem na biskupa, którego nie omieszkali zaraz poinformować, że to jest właśnie nowy seminarzysta. Popatrzył tak na mnie jakoś tak szczególnie i chyba wszystko wyczytał z mojej twarzy bo cicho zapytał – ciężko było? Tylko skinąłem głową…bo było ciężko.

Moja mama, która była (jest!) kobietą wykształconą, wierzącą i praktykującą, jak się dowiedziała, że poszedłem do seminarium to mi powiedziała: jak takich jak ty biorą do seminarium to ja do kościoła nie chodzę!! I faktycznie prawie przez rok nie chodziła! Za to moja babcia się cały czas się modliła, żebym wytrzymał te sześć lat, bo tyle trwały studia i duchowa formacja do święceń kapłańskich. Nie wytrzymałem sześciu lat – wytrzymałem trzynaście!!

Na czwartym roku w seminarium zaczęło mi się robić ciasno. Generalnie to było to ale to nie było tak. Chciałem być księdzem ale trochę inaczej. Kiedy wstępowałem do seminarium nie miałem pojęcia jak kościół jako instytucja funkcjonuje. Nie wiedziałem, że są rożne zakony, misjonarze tzn. słyszałem ale nie miałem pojęcia jak to wszystko działa. Na początku piątego roku zabrałem papiery i wystąpiłem z seminarium. To był październik. Wyjechałem do Niemiec do znajomego zakonnika, którego poznałem rok wcześniej, kiedy to szukałem w Reichu mojego wujka, którego parę lat wcześniej wcięło i rodzinka dostała jakieś newsy, że ponoć siedzi gdzieś pod holenderska granicą.

Wujka znalazłem a przy okazji tez właśnie ojca Józefa, który mi wtedy dużo pomógł. Był proboszczem w miejscowości gdzie mój wujo zakotwiczył. Pochodził ze Śląska i mówił na szczęście po polsku. Dużo mi opowiadał o swoim zakonie. Ale głównie ujął mnie nie gadaniem a konkretnym działaniem. W porządku chłop. Namawiał mnie, żebym przyjechał do Niemiec i wstąpił tu do seminarium w Munster bo tu naprawdę potrzebują księży poza tym jest bardzo wielu Polaków.

I tak to rok później obrałem azymut na ojca Józefa, który notabene miał ksywę Zeb. Do seminarium w Munster jednak nie wstąpiłem. 17 grudnia w roku  1990, w Wiedniu – wstąpiłem do mojego zakonu. Nowicjat, czyli rok próbny, odbyłem w Niemczech u Zeba i częściowo u naszych Hiszpańskich współbraci we Frankfurcie, gdzie mieli swój klasztor – konwent. Był to taki „latający” nowicjat, bo więcej byliśmy w podróżach niż na miejscu. Po jego zakończeniu pojechałem do Wiednia kontynuować studia teologiczne. Studiowałem na Uniwersytecie Wiedeńskim a mieszkałem w naszym klasztorze na słynnym Mexico Platz, który był centrum „handlowym” dla setek Polaków, którzy trafiali do Austrii a potem próbowali wyemigrować do Australii czy Kanady. Po dwóch latach na uniwerku kontynuowaliśmy studia w Wyższej Szkole Teologicznej w Sant Gabriel, Misjonarzy Werbistów pod Wiedniem. Pisze „my” bo po drodze dołączył do mnie mój brat Pepe i mój przyjaciel Bobi. Kiedy byliśmy już po wszystkich egzaminach zostaliśmy wysłani do United States of America!! Kto wpadł na ten pomysł? Chyba Przeznaczenie. Najpierw musiałem zacząć się uczyć języka, bo znalem tylko dwa słowa po angielsku: whiskey i marlboro!

Po roku nauki na University of Maryland szło mi już o wiele lepiej. Tylko okazało się, że Jankesi mają trochę inny program i brakuje mi parę kredytów, żebym mógł zacząć pisać prace dyplomową. I tak wróciłem na studia. Kontynuowałem na Washington Theological Union jak sama nazwa wskazuje w Waszyngtonie, gdzie zresztą mieszkaliśmy w naszym konwencie. Po roku zacząłem odbywać obowiązkowe praktyki i formacje zakonną po rożnych naszych klasztorach od Nowego Jorku po Corpus Christi przy granicy z Meksykiem w Teksasie. Po trzech latach w Stanach zaliczyłem już praktycznie wszystko co miałem zrobić. Odbywałem ostatnia praktykę w Filadelfii kiedy przyleciał do Ameryki ojciec Generał, główny przełożony Zakonu, na wizytacje. Hiszpan – Jose Hernandez Sanchez. Oznajmił nam radosną nowinę, że w Berlinie otwieramy nową fundację. Arcybiskup obiecał dać nam dom i parafie, jeśli na początek zabezpieczymy chociaż dwóch księży.

Jeden już jest, okazało się – Zeb. Brakuje jeszcze jednego. Po czym spojrzał na mnie wymownie i powiedział: Agostino jesteś praktycznie gotowy do święceń, chcesz wrócić do Berlina? Czasami się zastanawiam jak by się to wszystko dalej potoczyło gdybym powiedział – nie!!! Berlin to dwie.. trzy, godziny drogi od mojego rodzinnego domu w Kamieniu Pomorskim. Jakiś czas potem wylądowałem w Berlinie. Niecały rok później, 20 grudnia 1997 w berlińskiej katedrze św. Jadwigi, po ponad trzynastu latach od chwili wstąpienia do seminarium w Szczecinie, studiowaniu na pięciu rożnych uniwersytetach i tułaniu się po wielu miejscach i krajach –  Kardynał Georg Sterzyński wyświęcił mnie na kapłana!! Wtedy myślałem, ze to koniec mojej Odysei. Ale to był dopiero początek.