Wyznania

Kiedy byłem małym chłopcem (i właściwie jak dużym to też) jedną z rzeczy, które robiły na mnie wielkie wrażenie i prowokowały mój jeszcze mały mózg, ale dużą już wyobraźnię do intensywnej pracy były kartki bożonarodzeniowe  na których byli Magowie, Gwiazda Betlejemska na tle nocnego nieba, wielbłądy no i pustynia. Do tego dochodziły jeszcze czytane w tym czasie w kościele ewangeliczne teksty  o narodzeniu Jezusa w Betlejem, pokłonie Trzech Króli, ucieczce Świętej Rodziny do Egiptu. Wszystko to  wprowadzało mnie (i z pewnością wielu z nas) do zupełnie innego świata. Co prawda, ten nastrój nie trwał długo, zaledwie parę tygodni, ale to wystarczało aby co niektórzy dotknęli  rąbka wielkiej tajemnicy i poczuli smak czegoś innego, egzotycznego – co mi zawsze w ten czy inny sposób kojarzyło się z pustynią.

Niestety okres Bożonarodzeniowy nie trwał wiecznie i te nastroje później gdzieś płowiały i pierzchały w szarej rzeczywistości. Ja jednak byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że wychowałem się w Kamieniu Pomorskim… Dlaczego? Nie, tu nie chodzi o patriotyzm lokalny, ale o to że w mojej rodzinnej miejscowości znajduje się Katedra św. Jana Chrzciciela. Piękna i zabytkowa ze słynnymi kamieńskimi organami. W tym kościele zostałem ochrzczony. Moje pokolenie może się uważać za błogosławione. W latach naszego pacholęctwa (w odróżnieniu od czasów nowożytnych) byliśmy systematycznie prowadzani do kościoła czy nam się to podobało czy nie. Role te sumiennie i bez żadnej wysublimowanej filozofii spełniali rodzice lub też często dziadkowie co było ich naturalnym przywilejem.

W moim przypadku była to moja św. pamięci babcia. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te „wyprawy” rano o szóstej, często przez śnieg z lampionami w dłoniach – na roraty. Dziś za przymuszanie do takiego czegoś można by spokojnie zadenuncjować rodziców albo dziadków na policje albo podać do sądu z paragrafu o psychicznym czy fizycznym znęcaniu się nad nieletnimi, (wstawać trzeba było o piątej!), albo o prześladowaniach na tle religijnym. Na szczęście wtedy jeszcze wychowywaliśmy się w mniej złożonym świecie, co pozwoliło nasycić nasze życie normalnością.

Moja babcia miała zwyczaj siadania z przodu po lewej stronie, w trzeciej ławce przy obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, a ja jako mały berbeć automatycznie otrzymywałem miejsce obok- w tej „business class” I to chyba było na moje szczęście, bo się oswoiłem przez lata być blisko ołtarza. W naszym kościele ołtarz został, po zmianach soborowych, sporo wysunięty do przodu i znajdował się w tryptyku. Za nim było prezbiterium. Nie chce tu robić wykładów z architektury kościołów ale to ważne. Tryptyk od prezbiterium oddzielała krata dość wysoka na parę metrów, w kształcie winorośli. Na dole na drewnianej podstawie tej kraty były namalowane cztery sceny biblijne: lud Izraela zbierający mannę, lud Izraela czerpiący wodę wypływająca ze skały, ofiara Izaaka i węże kąsające Izraelitów. Akcja  tych wszystkich scen ma miejsce na pustyni. Gdyby moja babcia nie sadzała mnie koło siebie pewnie nigdy nie zwracałbym uwagi na te malowidła bo bym ich po prostu nie widział.

Pamiętam że za każdym razem jak na nie spoglądałem robiły na mnie jakieś nieokreślone, ciężkie do opisania wrażenie. Ba, ciężkie do uchwycenia .Trochę jak jakaś wizja lub mgliste przeczucie czegoś co nadejdzie. Kiedyś przed laty (zresztą dzisiaj chyba też) każdy miał swoje ulubione miejsce w kościele. Po kilkunastu latach ja też znalazłem swoje, tylko bardziej na „rufie” w pobliżu wyjścia. To była ławka w takiej wnęce, w której była gablota. Trochę zaniedbana, żeby nie powiedzieć – bardzo. Jakieś napisy, kartki, stare wycinki z gazet. Nikt tego nie zmieniał przez lata. Zresztą nikomu to nie przeszkadzało.

Pamiętam jeden taki wycinek z gazety, który wisiał tam latami. Zawsze kiedy siadałem na tej ławce spoglądałem na niego mimo woli. Artykułu nie widziałem dobrze ale tytuł rzucał się w oczy „pójdź za mną”. Wtedy nie wiedziałem że to było do mnie i dokąd to mnie po latach zaprowadzi !!

Po skończeniu szkoły podstawowej poszedłem do liceum. Był to koniec lat siedemdziesiątych. Kiedy się ma piętnaście lat to tak naprawdę nie wie się kim by się chciało w życiu być. Bylem w klasie matematyczno – fizycznej, chociaż głowy do przedmiotów ścisłych to ja nie miałem. Wtedy zdanie matury i pójście na studia było sprawa prestiżową. Na studia…tylko na jakie? Po latach wydaje się być to śmieszne ale to były prawdziwe duchowe rozterki: za co się wziąć by kimś w życiu zostać i jakoś w tym systemie ułożyć sobie życie. Miałem swoją pasję, z której jednak ciężko byłoby się utrzymać – to była astronomia. Miałem w domu parę książek o astronomii, kupionych w prezencie przez rodziców albo za własne oszczędności. Niektóre z nich miały kolorowe zdjęcia gwiazd i galaktyk. Mogłem się w nie wpatrywać godzinami. Z moim przyjacielem z ławki Mariuszem próbowaliśmy skonstruować teleskop. Nie bardzo nam to wychodziło ze względu na brak odpowiednich soczewek. No i elementarnej chociażby wiedzy z optyki. Korzystaliśmy z „teleskopu”, zrobionego przez jego tatę, który był nauczycielem fizyki. Łaziliśmy nocami poza miasto i „przeprowadzaliśmy” obserwacje. Nie bardzo tam było co widać ale czuliśmy się jak naukowcy z Mount Palomar Observatory w Kaliforni.

Nie można nie myśleć o pustyni – gdy kogoś pasjonuje astronomia. Dla mnie wspólnym mianownikiem dla  tych dwóch tematów były Baśnie z Tysiąca i Jednej Nocy. Często miałem przed oczyma te piękne i egzotyczne sceny opisywane w przygodach Sindbada czy Alladyna, gdzie to karawany przemierzają pustkowia a nocą kiedy gwiazdy stykają się z pustynia, obozują w oazach. Marzyłem żebym mógł tak kiedyś i ja podróżować, żebym mógł znaleźć się na pustyni i podziwiać nocą to  wspaniale  niebo…

Zrealizowanie tego marzenia zabrało mi parę ładnych lat. Miałem przygotowany misterny plan. Ale dziś po latach widzę, że gdybym wszystko robił po swojemu trwałoby to pewnie jeszcze dłużej,  o ile w ogóle  doszłoby do skutku. Wtrąciła się w to wszystko Opatrzność no i jak zwykle zrobiła to po swojemu. Mój plan był zupełnie inny! Jednak ktoś albo czegoś nie dopatrzył albo ma rzeczywiście szczególne poczucie humoru!? Gwiazdy-tak, pustynia-oczywiście! To moje marzenie! Jednak prędzej bym się spodziewał że dojadę tam na wielbłądzie albo polecę latającym dywanem niż, że po latach wędrówek, bataliach z przeznaczeniem i z samym sobą, wzlotach i upadkach, trafię tam jako… ksiądz.