18 lat chodzenia po wodzie

Poprosiliśmy księdza, żeby na naszym ślubie przeczytał Ewangelię o Piotrze idącym po jeziorze.

„Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił (…) ” (Mt)

Gdybyśmy nie patrzyli na Jezusa, już dawno zatopiłyby nas wody nie tylko jezior, ale mórz i oceanów. Widok silnego wiatru, ilość sytuacji, które próbowały nas powalić i zatopić, trudności, które wydawały się nie do pokonania, mogły budzić lęk, a nawet przerażenie. Ale On nieustannie czuwa nad nami. Patrzę na Niego – nie boję się. Patrzę na problemy – ogarnia mnie lęk, a nawet przerażenie. Czasem słyszę swój wewnętrzny krzyk i czuję, że zaczynam tonąć. I nagle Ktoś chwyta mnie za rękę, wyciąga na powierzchnię, łapię oddech, wraca moje spojrzenie na Niego, wraca pokój, poczucie bezpieczeństwa, ufność…

Kiedy Maciek zapytał mnie, czy zostanę jego żoną, odpowiedziałam, że podejmę to ryzyko. To nie była łatwa decyzja. Znałam jego historię. Byłam zupełnie z innej bajki. I od początku wiedziałam, że tylko Bóg jest gwarantem czegokolwiek dobrego i trwałego. Zobowiązałam się, coś postanowiłam i komuś obiecałam, ale moje śluby zakończyłam absolitnie kluczowymi dla mnie slowami: „Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci”. Bez tego zdania chyba bym się nie odważyła…

Nasłuchałam się jako nastolatka o tych słynnych wymarzonych dwóch połówkach pomarańczy, o stworzeniu dla siebie i idealnym dopasowaniu. Później wśród znajomych oglądałam owoce tych teorii – rozczarowania kończące się rozwodami. Bo nagle po paru latach żona odkrywała, że o wiele lepiej rozumie ją kolega z pracy, a mąż widział, że bardziej pociąga go koleżanka. Nagłe „olśnienie”, że mąż/żona nie jest żadną drugą połówką pomarańczy, ale przeszkodą do osiągnięcia szczęścia. Znam takich, którzy co parę lat w kimś innym widzą swoją drugą połowę. A po drodze zostają malutkie niedojrzałe owoce, już poobijane rozwodem rodziców…

Przez minione 18 lat nauczyłam się doceniać wytrwałość tych, którzy ślubowali i ślubów dochowali. Małżeństw, księży, sióstr, tych wszystkich, którzy do czegoś się zobowiązali przed Bogiem i ludźmi, i mimo kryzysów, przeciwności, czasem bólu i osamotnienia, trwają, nie zawodzą, nie rozczarowują, nie uciekają…

Odkryłam też, że małżeństwo nie leczy z samotności. To jest cudowne, że nie jesteśmy tymi połówkami pomarańczy. Wszystkie nasze niespełnienia, nieprzyległości wypełnia Bóg. To Jego przestrzeń. Jest tam też miejsce dla innych ludzi, dla naszych dzieci, dla przyjaciół, znajomych, tych, dzięki którym uczymy się wrażliwości, otwartości, i z którymi możemy dzielić się błogosławieństwem.

Każde małżeństwo jest inne, bo każdy z nas jest inny. Każde, wcześniej czy później, przechodzi kryzysy Nie oceniam, nie dzielę na lepsze i gorsze. Tu nie ma miejsca na pychę, pewność i poczucie wyższości. Czym więcej pokory, tym większe szanse przetrwania razem aż do śmierci. Pouczanie, dobre rady, poradniki, konferencje to grząski teren. Można stać i głosić dobre rady nie zauważając, że samemu powoli się zapada (małżeństwo, które współprowadziło kurs przedmałżeński, w którym brałam udział, krótko po nim, rozpadło się). Jesteśmy powołani do świętości, do świadczenia naszym życiem o Bogu, który nas umacnia, który wyciąga do nas rękę i chwyta nas, kiedy sobie nie radzimy. I uczy nas kochać. Tu nie ma pomarańczy. Jest krzyż – moja ostoja. Gwarancja, że nie ucieknę, kiedy przyjdzie bieda, choroba, rozrzucone skarpetki, niezrozumienie, przemęczenie nocnym wstawaniem do płaczącego dziecka, problemami w pracy, wkurzającymi nawykami, których nie dostrzegliśmy przed ślubem…

Znosić siebie nawzajem w miłości. Wiem, romantycy złapią się za głowę, ale niech się łapią. Znam zbyt wielu romantyków rozwodników. W małżeństwie nie ma szans na życie pozorami. W końcu kiedyś trzeba zdjąć maski, stanąć w prawdzie o sobie, zmierzyć się ze swoją przeszłością, całym balastem, który wnieśliśmy w nasz związek i dać się Bogu ociosać. Mimo czasem bezsilności, złości, irytacji to właśnie w małżeństwie doświadczam miłosierdzia, przebaczenia, oczyszczenia i miłości. Sakrament…

„A zatem zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój.” (Ef)

Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. Amen.

Świętujemy!