Miłość mi wszystko wyjaśniła…

Święci nie spadają nam z nieba w aureolach ze złożonymi do modlitwy dłońmi. Tak samo jak złodzieje nie wyskakują z piekieł z rogami na głowie i łomem w rękach. Podobnie „ta dzisiejsza młodzież” , która bez względu na to, w którym wieku się pojawia, zawsze jest „zepsuta i najgorsza”. Nikt nie przychodzi z nikąd. Dlatego pasjonują mnie biografie – historie konkretnych ludzi opowiedziane w kontekście ich rodzin, ojczyzn, przeżyć..

Wspomnienia napisane przez św. Teresę Benedyktę od Krzyża (Edytę Stein) noszą piękny tytuł „Dzieje pewnej rodziny żydowskiej”. Nic prostszego nie można wymyśleć. I wszystko, co pisze ta świetnie wykształcona, wysoce inteligentna i niezmiernie bystra święta jest proste. Codzienność. Zapracowana matka – wdowa wychowująca siedmioro dzieci, jej praca, religijność, troska o byt i wykształcenie dzieci, ciepło, zaangażowanie w sprawy rodziny tej bliskiej i dalszej, wrażliwość na krzywdę…

Czytając te wspomnienia, wyczuwa się ogromny szacunek i podziw Edyty dla matki. W pewnym momencie, kiedy opisuje swojego brata pisze tak: „W sprawach zewnętrznych teraz on był odpowiedzialnym i zarządzającym kierownikiem, finalizował interesy i zajmował wśród kupców miejskich zaszczytne miejsce, jakie przystało starej solidnej firmie. Odgrywał więc pewną rolę społeczną, potrzebną zresztą mężczyźnie w dojrzałych już latach, dając mu zrozumiałą satysfakcję i poczucie własnej godności. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że zbiera on żniwo z zasiewów mojej matki i z tego, co ona w największym trudzie swego życia wypielęgnowała i ustrzegla”. Augusta Stein nie tylko znakomicie przez wiele lat prowadziła swoją firmę, troszczyła się o wychowanie dzieci, ale przede wszystkim siała w nich miłość…

Zawsze myślę o wychowywaniu dzieci w kontekście świętości. Emilia Wojtyła nie miała pojęcia o tym, kim zostanie mały Lolek. Dawała mu to, co najważniejsze czyli sumiennie wypełniała swoje matczyne obowiązki. Prosta kobieta, dorabiała jako krawcowa, wątłego zdrowia. Gdyby była naszą sąsiadką, zapewne niczym szczególnym by się nie wyróżniała. A jednak…

Rodzimy ludzi powołanych do świętości. Jedni zostaną wyniesieni na ołtarze, by być dla nas wzorem do naśladowania, inni dołączą do grona świętych bez rozglosu. Jeszcze inni odrzucą tę drogę, wezmą swoją część majątku i odjadą w dalekie strony (por. Łk 15,13). Nie wszyscy wrócą. Ta świadomość jest dla mnie wyznacznikiem w codzienności. Pomaga nie tylko w troskliwym opiekowaniu się dziećmi, w odnoszeniu się do nich z należytym szacunkiem, ale też ćwiczeniu w cnotach, mówieniu o Bogu i Kościele, odkrywaniu ich wrażliwości i obdarowania. Jestem tu, by pomóc im przygotować się do dalszej drogi, w którą wyruszą samodzielnie. Muszę ich wyposażyć przede wszystkim w miłość, która jest fundamentem. Na nim zbudują swoje relacje z Bogiem i ludźmi. Muszę siebie i dzieci uczyć miłosierdzia czyli przyjmowania z miłością tego, co jest słabe w innych, ale też przede wszystkim w nas samych.

Nie jest istotne ile języków obcych opanują moje dzieci, jakie skończą szkoły i jakie zdobędą tytuły naukowe, stanowiska i pieniądze. Najważniejsze jest to, czy jako dorośli ludzie będą umieli kochać. Prawdziwie. Czy będą umieli przyjmować siebie i innych bez makijażu, masek i wyuczonych kwestii. Czy będą umieli spotkać człowieka i wzruszyć się głęboko…

„Miłość mi wszystko wyjaśniła…” (Karol Wojtyła)