Pustynia

Edytę poznałam jako nastolatka. Czytałam fragmenty jej pism. Od przeszło roku wciąż mi towarzyszy. Stała się niejako moją przyjaciółką.

Urodziła się we Wrocławiu, ale wcześniej rodzina mieszkała w mieście rodzinnym jej ojca, a zarazem też moim czyli w Gliwicach. Innym miastem, które nas łączy jest Kolonia, gdzie Edyta wstąpiła do Karmelu. W Kolonii chodziłam do szkoły średniej i byłam we wspólnocie modlitewnej spotykającej się w ruinach średniowiecznego kościoła św. Kolumby, a właściwie w nowo wybudowanej na tym miejscu kaplicy Maryi z Ruin, bo po bombardowaniu Kolonii w 1943 roku zachowała się tu tylko figura Maryi z XV w. Tak więc na miejscu kościoła św. Kolumby powstała kaplica, w której spotykaliśmy się w czwartki na modlitwie.

Obie przeżyłyśmy nawrócenie w Niemczech. Chodziłam tam do szkoły, najpierw przez pierwsze dwa lata głównie z muzułmanami. Reszta w ogóle na temat religii nie miała nic do powiedzenia. Taka dla nich obca, obojętna rzeczywistość. Mieszkałam w centrum miasta głównie wśród muzułmanów. Edyta wychowała się wśród niemieckich Żydów, później też weszła w środowisko uniwersyteckie. Był to czas rozkwitu antysemityzmu z dojściem Hitlera do władzy i jego wojną na czele. W telegraficznym skrócie – sielanki brak.

Ale Bóg ma swoje ścieżki i sposoby. One są ponad tymi naszymi. My widzimy suchą, martwą pustynię, a Bóg widzi dogodne miejsce spotkania z człowiekiem. Pustynia staje się darem, miejscem błogosławionym, gdzie Oblubieniec chce mówić do serca swej Oblubienicy. Pustynia to też miejsce, w którym mamy szansę zobaczyć jacy naprawdę jesteśmy. Czy w sytuacji kryzysowej, granicznej zamieniamy się w drapieżniki, kierujemy skrajnym egoizmem, dbamy tylko o swoje, przeklinamy winnych naszej sytuacji czy wręcz odwrotnie. Na pustyni rodzi się świętość. Świat jest naszą pustynią. Nie odrywamy się od niego, ale stajemy się w nim znakiem Bożej obecności i miłości. Tak uważała Edyta Stein. Tam, gdzie jestem, mam być znakiem. Nie w idealnym świecie ludzi, którzy myślą i działają jak ja. Tu i teraz.

Bóg jest Panem historii świata. Jest Panem historii życia Edyty i mojego życia też. O powrotach do Kościoła, o nawróceniach z innych religii na katolicyzm mało kto będzie pisał i mówił. Artykuły o katolikach w Niemczech, którzy gromadzą się we wspólnotach, nie będą budzić zainteresowania. Dzisiaj w Kościele dzieją się cuda, ludzie po wielu latach błądzenia, robienia okrutnych rzeczy, po latach życia w uzależnieniach, odkrywają Boga, radykalnie zmieniają swoje życie, wybierają drogę służby Bogu i drugiemu człowiekowi. Dzisiaj siostry, księża i świeccy wyjeżdżają na misje, gdzie świadczą innym o Bożej miłości, o Jego miłosierdziu. Ciężko pracują, by ludzie mogli godnie żyć i godnie umierać. Ale świata to nie interesuje. Bo dobro było i jest dla ludzi mało atrakcyjne. Wciągające jest zło. Nawet, jeżeli wydaje nam się, że mówimy o nim, żeby je napiętnować, żeby poprawić, pouczyć, to jednak mówimy o złu. O. Kloczowski OP powiedział kiedyś, że skupiając się na złu, mówiąc o nim, słuchając o nim, budujemy mu ołtarz i oddajemy cześć. Brak perspektywy Bożego przebaczenia i miłosierdzia zostawia nas z tym złem. Szkoda tylko, że nawet niektórzy księża dają się wciągnąć w machinę głoszenia złej nowiny. Pustynia ich pochłania…

Naprawdę trzeba się cieszyć z tego jednego, który się zagubił, ale odnalazł się, odszedł, ale wrócił, bluzgał, a błogosławi, był umarły, a żyje.

Maryjo z ruin podniesiona, módl się za nami.

Fot. Marcin Stawicki