Znam ich

Dzień, który ludzkość chciałaby wyciąć z kalendarza. Przejmująca cisza, którą świat usilnie próbuje zagłuszyć. Cierpiący człowiek, którego omijają tłumy udając, że nie widzą bólu, nie słyszą jęku. Niewinny, którego śmierci domaga się rozwrzeszczany tłum.

Spotykam Jego ślady. Przydrożne kapliczki, krzyże coraz skromniej dekorowane kwiatami. Ktoś czasem o Nim wspomina, lecz z coraz większym zakłopotaniem.

Weronika. Znam ją. Piękna kobieta. Bardzo wrażliwa i odważna. Codziennie myje chorych ludzi, którzy nie są w stanie sami tego uczynić. O takich ludziach mówi się „roślinki”, a ona każdego dnia, z miłością pielęgnuje ich, myje, czesze, obcina paznokcie, myje im zęby, zmienia pampersy. Kiedy ją spotykam, chcę uklęknąć przed jej dobrocią i ucałować jej święte ręce. Znam dużo Weronik. W szpitalach, hospicjach, kuchniach dla bezdomnych, domach pełnych dzieci. Ocierają twarz Jezusowi…

Znam Szymona. Ma sześcioro dzieci, w domu ciągle pełno obowiązków. Pracuje z osobami niepełnosprawnymi. Jest reżyserem w teatrze, który dla nich założył. Ale to nie tak, że on siedzi i jak inni reżyserzy tylko „dyryguje” aktorami. Tutaj reżyser poza dyrygowaniem jest ich opiekunem, przyjacielem, który karmi, przytula, nosi… Kiedyś miałam sąsiada Szymona. Mieszkał na czwartym piętrze bez windy. Miał syna, który chorował na dziecięce porażenie mózgowe. Nosił takiego nastoletniego już syna na swoich plecach na to czwarte piętro. Później druga rundka i jeszcze raz cztery piętra z wózkiem Znam wielu Szymonów. Są ojcami w rodzinach, misjonarzami, pasterzami. Pomagają nieść krzyż Jezusowi…

Znam płaczące kobiety. Nie mają sił. Czują, że życie je przerasta. Wrażliwe, ale zbyt mocno skupione na krzywdzie, bólu,. To wszystko je paraliżuje. Smutek, strach… Już nawet nie są w stanie wyjść z domu. Wszystko widzą w czarnych kolorach. Ból egzystencji. Córki jerozolimskie, nie płaczcie…

Znam ich wszystkich: Judasza, który zdradził za kasę, Piotra, który zaparł się ze strachu, Jana, który był pod krzyżem, bo kochał. Znam Matkę, której serce było przeszyte bólem, kiedy patrzyła na cierpienie i śmierć swojego ukochanego, zupełnie niewinnego Syna. Znam ten tłum. Tych, którzy wtopili się w ten tłum dla swojego bezpieczeństwa, którzy krzyczą albo są całkowicie obojętni wobec cierpienia człowieka. Znam ich, mijam ich co dnia na ulicach, w sklepach, w Internecie…

Znam Jezusa. Wziął na siebie karę za wszystkie nasze grzechy, za wszystkie nasze złości, zazdrości, za naszą pychę i egoizm, za całą ohydę, której się dopuszczamy. On sam nigdy nie zgrzeszył, a został zabity jak najgorszy zbir.

Dzisiaj adorujemy Krzyż jako znak miłości Boga do każdego z nas. Cierpienie i śmierć na krzyżu bez perspektywy Zmartwychwstania są trudne do udźwignięcia. Dlatego ludzie chcą uciekać w aborcje, eutanazje, narkotyki… Uwolnić się od nieprzyjemnego ciężaru opieki nad nieuleczalnie chorym dzieckiem i nad zmienianiem pampersów dziadkowi.

Jezus dał się maltretować i zabić jak niewolnik, by nas wyzwolić do życia, a my krzyczymy o wolność, która prowadzi do niewoli grzechu i śmierci .

Wierzę w inną perspektywę. Krzyż nie jest znakiem końca, ale mojego przejścia do pełni życia. Droga Krzyżowa pozwala mi na refleksję, kim jestem w tych wydarzeniach – Judaszem, Weroniką, Szymonem, Janem czy Piotrem… A może chowam się w tłumie i nie wychylam, bo tak jest najbezpieczniej… Droga Krzyżowa, to moja Droga Życia. Cierpienie może mnie zabić albo nauczyć kochać prawdziwie.

„Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały bijąc się w piersi.” (Łk 23)