Moja odpowiedź – fiat

Kiedy zaczynałam poruszać się w rytm mojego serca na modlitwie, nie przypuszczałam, że ten taniec stanie się sposobem dzielenia się miłością Bożą w tak wielu miejscach. Pragnienie, które zapłonęło w mojej małej izdebce, oddane Panu i zawierzone Maryi, było ziarenkiem, z którego wyrósł piękny kwiat…

W przestronnej sali z lustrami rysuję stopami ruch, który staje się życiem. Ręce wznoszone w górę podążają za biciem serca. Odczuwam więź i jedność oddechu Ducha z moimi braćmi i siostrami tańczącymi obok mnie. Jest wolność. Czasem jest w niej radość, czasem jakiś ból. Po prostu jestem. Istnieję w ruchu nawet, gdy odpoczywam. Bo w ruch wprawia miłość, jej pragnienie i wiara w nią. Bo nie zawsze ją czujemy.

Potem staję na scenie. Światło reflektorów ogrzewa twarz, a zapał serce. To samo poczucie czułego spojrzenia Boga na swą córkę dodaje odwagi. To spojrzenie popycha mnie, by moim ruchom nadać kształt miłości – dla Niego i dla tych, których On kocha. Jednocześnie wyzwala mnie z presji oceny. Przecież w sercu jestem nadal tylko z Nim, choć nie zatrzymuję Go dla siebie. Wystarczy tchnienie. Chwila złączenia, spotkania, kontaktu… Jesteś, nie boję się. Wykonuję pierwszy gest. Dalej On mnie niesie. Jakbym płynęła, tańczyła po wodzie… Na końcu zmęczenie jest odpoczynkiem. Przepełniona Nim z radością oddaję ukłon. Ale jeszcze długo nie mogę zasnąć… Wciąż chcę się dzielić. Dopóki nie wyleje się ostatnia kropla potu miłości, którą On chciał znowu wylać…

Wszystko zaczęło się cztery, a nawet pięć lat temu, gdy Maryja odpowiedziała na moje pytanie o to, co mam zrobić z pragnieniem tańca dla Jezusa. „Co robisz w Boże Ciało?” – zapytała mnie koleżanka tuż po adoracji na Jasnej Górze, w dniu zawierzenia. Wtedy jeszcze nic nie robiłam. Ale od tamtego momentu zaczęło się bardzo dużo dziać, choć nie od razu widziałam, do czego zmierza bieg wydarzeń. Najpierw przygotowałam krótką inscenizację taneczną do koncertu uwielbieniowego organizowanego właśnie w dniu Bożego Ciała. Potem pojawiły się propozycje warsztatów, które później poprowadziłam. Wreszcie poproszono mnie o przygotowanie krótkiego przedstawienia tanecznego o Maryi z okazji setnej rocznicy objawień fatimskich. Ośmielona pomocą choreograficzną przyjaciółki zaczęłam tworzyć: zwiastowanie, narodziny, ból męki Jezusa… Muzyka sama się nasuwała. A ruchome obrazy?… To owoc wielu godzin spędzonych na rozważaniu tajemnic różańcowych jeszcze przed jakąkolwiek myślą o powrocie do tańca po nawróceniu…

Było nas pięć dziewczyn i chłopak grający rolę Jezusa, do trzech praktycznie gotowych scen, gdy otrzymałam informację o tym, że koncert, na który mieliśmy przygotować ten mini-spektakl, jednak się nie odbędzie. Moment konsternacji: czy już tego nie chcesz, Panie? Czy w ogóle chciałeś?… Wtedy Duch Święty poruszył nasze serca, żebyśmy zapragnęli iść dalej, nie przerywać tego, co rozpoczął, mimo że okoliczności zdawały się przeczyć natchnieniu. Ta sytuacja pokazała mi, że czasami natchnieniu nie towarzyszy jasno nakreślona droga i że warto „zaryzykować”. Chociaż chyba nawet nie myśleliśmy wtedy ani o zyskach (owocach), ani o stratach. Po prostu chcieliśmy razem dalej tworzyć, spotykać się, tańczyć, modlić się, uwielbiać Boga… On temu błogosławił. I miał już dla nas plan.

Zdecydowaliśmy się kontynuować nasze próby. Spektakl powstawał dalej, mimo że nie mieliśmy żadnej perspektywy, że on kiedyś ujrzy światło dzienne. Cieszyłam się rosnącym kwiatem, który od Maryi został nazwany Lilią. Na modlitwie. Pamiętam, jak przychodziły natchnienia – obrazy poruszające się w rytm serca. Zwykle nagle, z zaskoczenia. Bez spoilerów. I bez wizji całości. Sceny jedna po drugiej układały się w tajemnice różańca… A my tańcząc, nadawaliśmy im realny kształt. Poznawanie Serca Maryi zjednoczonego z Sercem Jezusa było kluczem. Tak powstały trzy taneczne części: radosna, bolesna i chwalebna. Potem ludzka pomoc z różnych stron i Boże cuda, dzięki którym pokonywaliśmy trudności – zdrowotne, finansowe, wewnętrzne, relacyjne…

Dzieło poczęło się w dniu Niepokalanego Poczęcia, po 9 miesiącach oczekiwania. Wdzięczność i uniżenie przepełniały moje serce. Podobnie jak przy każdym kolejnym występie – niezależnie od tego, czy tańczyłam przed garstką osób, czy przed tłumami. On jest zawsze ten sam we mnie. Zawsze z tą samą miłością chce przychodzić. Dlatego nie mają znaczenia liczby. Dlatego zawsze daję z siebie wszystko. To Jego skandal miłosierdzia. Od Słomnik po Panamę, od najuboższych do najbogatszych, od najmłodszych do najstarszych… Tańczyliśmy. Wszyscy mamy głód miłości.

Dziś nie wiem, gdzie będziemy jeszcze występować. Ale dziś jesteśmy wspólnotą, która przetrwała już razem wiele. Mamy piękne relacje, które wspólnie staramy się budować i opierać na Bogu. Dzielimy się talentami, zapraszając do wspólnej modlitwy i odkrywania siebie przez pryzmat relacji z Jezusem w poruszaniu się – na sali i w życiu, ale zawsze w Nim. Bo widzę, że tylko w Nim możemy znaleźć całą prawdę o nas.

Czasami jest ciężko. Bywa, że słabości policzkują, trudności zniechęcają, a walka o cierpliwość i wytrwałość, kiedy nie widać jeszcze owoców, staje się ciężką próbą. Ale coś głęboko w sercu nie pozwala mi przestać Go uwielbiać. Głęboko w sercu jest wiara w Jego dobroć i wszechmoc, która może wszystko.

Co za rogiem? Ufność, w której jest moja odpowiedź – fiat.

Fot: archiwum Autorki