Bezdomni i cud ikony

Obładowany ciężkimi torbami i dużym plecakiem szedłem na dworzec w Szczecinie, skąd miałem połączenie do siebie na Wolin. Po tygodniu spędzonym z ósemką bezdomnych w klasztorze sióstr “kalkutanek” wracałem do ciszy mojej pracowni, próbując ułożyć sobie w głowie i w sercu to wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dni.

Pomysł, żeby zorganizować w Szczecinie rekolekcje z pisaniem ikon dla osób bezdomnych, od początku budził wątpliwości. Zaproszenie osób żyjących na ulicy, często z problemem alkoholowym, do czynności wymagającej dużej dyscypliny, zaangażowania, a przede wszystkim pewnej konsekwentnej, duchowej postawy, było eksperymentem, którego wyniku nikt nie był w stanie przewidzieć.

Podczas pisania ikon korzysta się co prawda z technik pomocniczych i szablonów, które ułatwiają pracę, więc nie tyle chodzi tutaj o talent czy jakiś zdolności plastyczne, a bardziej o dokładność, staranność i wiarę w to, że te czynności złożą się w końcu na efekt. Jednak codzienna msza święta, godzina adoracji Najświętszego Sakramentu i sześć godzin spędzane każdego dnia w pracowni – czy to nie było ponad ich siły i możliwości? 

Siostry jednak uwierzyły że takie rekolekcje mają sens i zaprosiły ósemkę swoich podopiecznych, którzy przychodzą do nich na zupę. Wyjaśniły ogólnie o co chodzi i przygotowały dla nich łóżka. Jak się domyślały, byli zainteresowani głównie ciepłym miejscem do spania i codziennym wyżywieniem.  Znalazł się sponsor który pokrył koszty potrzebnych narzędzi i materiałów, a ja postanowiłem zainwestować tydzień mojego czasu.

Dźwigając nieporęczny bagaż na pociąg wcale nie czułem jego ciężaru. Moje serce wypełniało poczucie dobrze spędzonego czasu i wielka wdzięczność, za ten niezwykły czas spędzony z niezwykłymi ludźmi. Owoce tych niezwykłych rekolekcji przekroczyły oczekiwania nas wszystkich. Czułem się hojnie obdarowany.  

Po wejściu do wagonu zająłem miejsce przy oknie w wagonie bez przedziałów. Z trudem umieściłem na półkach mój ciężki bagaż, który mieścił całą “ruchomą” pracownię.

Moimi towarzyszami podróży okazała się trójka młodych, ludzi którzy bardzo żywo dyskutowali na jakiś temat. Zajmowali miejsca po drugiej stronie korytarza, więc wyraźnie słyszałem ich głośną rozmowę. Dwóch chłopaków i dziewczyna w wieku około 25 lat, nie zważając na moją obecność, głośno krytykowali Kościół i księży, używając przy tym bardzo ostrych określeń, jak: “Watykańska mafia” “czarni przestępcy”, “prymitywne średniowiecze” i podobnych.  Ich wzburzenie były tak silne, że co jakiś czas padały wulgarne słowa na ch… i k…. Wściekłość budziło w nich “odbieranie im przez Kościół wolności”, “wtrącanie się w prywatne życie”, “pogarda dla ludzkiej odmienności” itd.

Próbowałem skupić się na krajobrazie za oknem, ale mimowolnie byłem uczestnikiem kolejnych głośnych ataków na Kościół i księży.

Pokój, jaki miałem w sercu, owoc rekolekcji z bezdomnymi, gdzieś się ulotnił. Patrząc w okno próbowałem zachować spokój. Walczyłem z sobą żeby nie odwróćić się w stronę trójki młodych i nie powiedzieć im co myślę. Ale czy to miało sens? Znałem dobrze te emocje. Wiedziałem, jakie jest źródło ich gniewu. Zanim przeżyłem nawrócenie sam przez wiele lat byłem „po tamtej stronie”. Próbowałem opanować złość i chęć gwałtownego zareagowania.

Chłopak wykrzyknął:

  • Gdyby ten ich Bóg istniał, już dawno spaliłby ich za pychę i obłudę. Piekło to dobre miejsce dla tych zakłamanych zboczeńców.

Odwróćiłem głowę w ich stronę. Próbowałem mówić wolno i bez emocji:

– Przepraszam, że się wtrącam, ale słyszę, że mówicie na temat Kościołą i księży. Tak się składa, że ten temat dotyczy mnie osobiście, więc pozwólcie że coś wam powiem.

W moją stronę zwróciły się trzy pary zdziwionych oczu. Wykorzystując efekt zaskoczenia, kontynuowałem:

– Kiedyś żyłem zwyczajnie, bez religii, i myślałem o Kościele mniej więcej to, co wy teraz. Byłem przekonany że jestem wolnym człowiekem. Byłem jednak głęboko zniewolony i przekonałem się o tym dopiero wtedy, gdy moje poukładane życie zawaliło się z hukiem i trafiłam do więzienia. Musiałem stracić wszystko, co kiedyś miało dla mnie wartość, żeby dostać tą jedną rzecz, która teraz jest dla mnie najcenniejsza: wolność. Prawdziwa wolność. Poczułem ją po raz pierwszy w więzieniu.

Dziś mam pracownię ikon. Piszę ikony dla osób prywatnych i kościołów, ale także uczę tego innych. Ikona to nie sama praca plastyczna. To przede wswzystkim modlitwa. A modlitwa to dla mnie stawanie przed Bogiem i otwarcie się na prawdę, na tą trudną prawdę o mnie samym, jaką zna tylko Bóg.

Chcę wam powiedzieć, że ostatni tydzień spędziłem z ósemką bezdomnych. Pokazywałem im na czym ta modlitwa pędzlem polega. Nie wierzyli, że może im się udać, że są w stanie stworzyć tak trudne i skomplikowane obrazy. Jednak zaufali moim zapewnieniom, że to nie kwestia talentu czy zdolności, tylko posłuszeństwa i wiernego podążania za wzorcem. Rozumiecie? Nie rozumieli, ale poszli tą drogą. Trochę jakby mechanicznie, wbrew sobie.  Weszli w ciemność. I trzeciego dnia ich czynności na desce zaczęły pokazywać owoce. Z ikony spojrzały na nich oczy Chrystusa. Byli wstrząśnięci. Odtąd przykłądali się jeszcze bardziej. Wręcz dopieszczali swoje ikony. Poczuli że naprawdę są prowadzeni. Okazywali wielką wdzięczność, że ktoś zaprosił ich do tej drogi, że ktoś w nich uwierzył.  W pracy i na posiłkach towarzyszyła nam cisza. Z początku myślałem, że nie wytrzymają. Codzienna msza święta, osiem godzin w pracowni, potem jeszcze godzinna adoracja… Jednak wytrwali. I ta droga ich odmieniła. Z wyjątkiem jednego wszyscy poszli do spowiedzi. Jeden po 30 latach, drugi po 25.

W końcu każdy z nich ukończył swoją własną ikonę. Podczas mszy, na której ksiądz poświęcił ich ikony, byli naprawdę wzruszeni. Tak naprawdę ikona na desce była tylko pretekstem, bo prawdziwa ikona żywego Boga była pisana w ich sercach. Na tym to polega prawdziwa wolność. Nie na zewnętrznych formach tylko na czystości serca, na sercu otwartym na prawdę o mnie. Że jestm kochany. Że jestem wartościowy. Że dla kogoś się liczę. Że jestem zdolny do pięknych rzeczy. I oni w to uwierzyli. W żywego Boga działającego w nich. Na tym polega prawdziwa wolność.

Patrzyli na mnie osłupiali. Nikt mi nie przerywał.

– Oni postanowili te ukończone, piękne ikony, komuś podarować. Mogliby je spieniężyć, np. na papierosy, a jednak nie. Chcieli uczynić z nich dar. Jeden z nich chce podarować ikonę swojej córce, której nie widział od wielu lat. Ale pięciu z nich swoje ikony zapragnęło przekazać dla dziecięcego hospicjum. Sami nie mając nic chcą te ikony ofiarować na aukcję dla cierpiących dzieci.     

Wiecie po co wam to mówię? Bo ten cud nawrócenia dzieje się w Kościele. Sakrament to żywy Bóg. W to wierzą chrześcijanie. A sakramenty sprawowane są przez ręce kapłanów. Księża mogą być grzesznikami, jak każdy z nas tutaj , ale to przez ich ręce sprawowane są sakramenty. Więc jeśli wy głośno atakujecie Kościół i kapłanów, to pamiętajcie, że w ten sposób możecie zniechęcić kogoś do Kościoła. Możecie zamknąć komuś drogę nawróćenia. Możecie kogoś pozbawić nadziei i szansy na odzyskanie prawdziwej wolności. 

Patrzyli na mnie cały czas. W końcu dziewczyna bąknęła coś w rodzaju, że oni nie mają nic do ludzi wierzących, tylko oburza ich postawa kłamstwa i obłudy. Chłopak spytał, czy ja rozmawiałem kiedyś z ofiarą molestowania w Kościele, czy poznałem z bliska krzywdę wyrządzoną komuś przez księdza.

Przyznałem, że nie i że modlę się za te ofiary, ale też za sprawców.

Na tym rozmowa się skończyła. Młodzi ludzie wróćili do swojej rozmowy, ale już ciszej i bez wulgarnych słów.  Zbliżała się moja stacja. Wstałem, założyłem kurtkę i sięgnąłem po moje bagaże. Wtedy dwójka chłopaków szybko wstała z miejsc i wyręczyła mnie ściągając z półek ciężkie torby.

Podziękowałem za pomoc, na co odpowiedzieli z serdecznym uśmiechem:

– Wszystkiego dobrego! Życzymy panu dobrego dnia!