Czekam – Kolęda na pustyni miłości

Tego miejsca nie ma na żadnej oficjalnej mapie. Wiem o nim tylko ja i może kilku kupców, którzy wysyłali mnie po zagubione owce. Trzymam tam razem z osłem i starym wołem cały ból i otępienie, które wgryzły się we mnie po kolejnym cierpieniu. Na amen. Tego ostatniego dnia, gdy ktoś, kogo miałem za przyjaciela, ukradł mi resztki nadziei, wrzuciłem serce do tej ciemnej groty poza światem, zatrzasnąłem z hukiem drzwi i od tamtego czasu ani łzy, ani słowa. Nic. To mój ostatni wiersz. Wyryty przez samotne walki z rozpaczą. 

czekam 

w dłoni rzeka

płynie

zamiast słów

czekam

w myślach śpiewam

pieśni 

dawnych snów

Mam dwóch kumpli. Nie musimy przed sobą udawać. Niezliczone noce przy ognisku odtajniły wszystko. Obaj płaczą co noc przez sen. Ten młodszy powtarza imiona swoich dzieci. Stracił wszystko przez jeden głupi błąd. Gdy wrócił do domu, nie zastał już nikogo. Ten drugi prawie się nie odzywa. Miał wszystko a teraz nie ma nic. Jakiś wypadek. Zamiast mu pomóc, wyrzucili go z roboty na zbity pysk. Dokuśtykał do mojej groty razem z psem i zapytał czy mam dla nich jakąś pracę. Jego łzy w nocy są największe. Słyszę jak się szarpie, jak krzyczy „dlaczego, dlaczego!?” a następnego dnia mówi jeszcze mniej niż zwykle. Nigdy się z tych ich łez nie śmiałem. Zaczynam im nawet zazdrościć. Ja mam w sobie nagą pustynię.

czekam

nie spodziewam

się niczego

już

czekam

szukam nieba

za zasłonką

burz

A ja? Na zewnątrz jakoś jeszcze sobie radzę. Dostaję fuchę za fuchą. Jest co jeść, mam gdzie spać. Znają mnie tu i tam. Biorę każdą robotę. Nikt mi od dawna nie patrzył w papiery ani w oczy, ja też już właściwie nie ufam nikomu. Czuję pogardę, która mnie otacza, gdy mam coś do załatwienia na mieście. Gram twardziela na ringu, że niby po mnie wszystko spływa. Co mi tam jakaś pandemia, jakaś starość, jakieś przekręty na górze, jacyś zdrajcy, jacyś w coś wierzący i niewierzący, jakieś seriale z uśmiechniętymi rodzinami. Mam w pamięci jedną noc, gdy paliłem wszystkie listy i zdjęcia. To był ostatni raz, gdy wspomnienia dały mi ciepło. Marzę już właściwie tylko o jednym: żeby spłacić dług i żeby mi wszyscy dali święty spokój. Raz na zawsze.

czekam

pod powieką

tylko piasek

i ból

czekam

zmieniam maski

kolejnych głupich

ról

Ostatnio, gdy znowu wilki zaczęły krążyć, wziąłem nockę i siedziałem patrząc w gwiazdy. Pamiętam jak ojciec mi je tłumaczył. Nie wiem dlaczego ciągle wraca ta noc, gdy szliśmy razem na święto. Wtedy też nie mogłem zasnąć. Przytulił mnie i zaczął opowiadać, że Bóg zapisał w gwiazdach jakąś wiadomość, konkretnie do mnie. Taki osobisty list. I że kiedyś go będę trzymał w rękach i zrozumiem, że ta wiadomość jest tylko dla mnie. List do mnie nie dotarł. Ojciec umierał sam na wyspie. Nie pozwolili nikomu się do niego zbliżać. „Jeśli na coś takiego pozwalasz to koniec naszej znajomości” – to była moja ostatnia modlitwa. 

czekam

z każdą chwilą

coraz większy

chłód

czekam

na chwilę

w której kochać

bym mógł

Wiem, że Bóg jest i że jest wielki. Wystarczy popatrzeć na to co stworzył. Ale skoro pozwala na zło to się chyba nie dogadamy. Mam to zresztą gdzieś. Straciłem wszystko. Wszystko mi jedno przez kogo – przeze mnie, nie przeze mnie. Nie ma nikogo, kto by uleczył ranę mojego serca a Bóg jest daleko, w dodatku za zasłoną, pod strażą przepisów i przykazań. Nikt mnie tam do Niego nie wpuści. A i ja tam się już nie wybieram. Bo i niby po co miałbym iść? Żeby znowu usłyszeć, że mam się wziąć w garść, że jestem do niczego, że wszystko zawaliłem? No zawaliłem. Skoro klamka zapadła to… trudno. Ktoś mnie ostatnio poszczuł psem. Krzyknąłem, że przetrącę psu łeb. Zza winkla wyszło kilku osiłków. Padło tylko jedno pytanie: „A jak myślisz, śmieciu, kto jest ważniejszy – ty czy pies?”.

czekam

znów pod ścianą

ostatnich 

ślepych dróg

czekam

myśl za progiem

jednym ciosem

zwala z nóg

Tej nocy znowu była ta dziwna gwiazda. Większa niż wszystkie. Znowu przypomniałem sobie obietnicę ojca. Przełknąłem tę myśl z goryczą i zasnąłem. Ktoś mnie jednak szarpnął, żebym szybko z chłopakami poszedł do mojej groty. Znałem ścieżkę na pamięć. Zacząłem biec. Na miejscu zastałem jakąś kobietę. Leżała między osłem i dzieckiem na słomie. Mężczyzna, pewnie jej mąż, siedział obok na kamieniu. Miał nieobecny wzrok. Znam ten wzrok z lustra. Widać było, że z kimś walczy. Kobieta nie patrzyła na dziecko, ale na męża. Nagle spojrzała na mnie i z przejmującym pośpiechem powiedziała wskazując na dziecko: „weź Go i mocno przytul” i zerwała się w kierunku męża. Wzięła jego twarz w dłonie i zaczęła szeptać. Pochyliłem się. Coś we mnie zadrżało. Usłyszałem w sobie jakiś huk, jakiś głos, jakby śpiewał cały świat.

Czekam 

w kiedyś pięknym

ogrodzie

cichych nut

Czekam

prosto w serce

łzy znalazły

skrót

Wziąłem małe zawiniątko na ręce. Chłopiec spał. Stałem próbując nie wydawać dźwięków. Posikał się, czułem to na dłoniach. Otworzył oczy. Patrzył długo we mnie a ja w niego. Uświadomiłem sobie, że jest pierwszą osobą od tak wielu lat, która nie odwróciła ode mnie wzroku. „Jesteś Jego a On jest cały twój” – powiedziała kobieta, która – nie wiem od jakiego czasu – stała obok. „To twój Bóg. Odpowiedział na twoją największą tęsknotę, którą zamknąłeś w tej grocie razem z sercem. Trzymasz na rękach twoje usprawiedliwienie. Bezwarunkowe”.

Oto

w brudne dłonie

przyszedł do mnie

cały Bóg

Oto

w brudne dłonie

przyszedł do mnie

cały Bóg

„Już nie musisz się bać swojej niemocy i klęski. Bóg wyszedł ze świątyni, żeby być w innej – w twoim ciemnym, samotnym sercu. Jesteś Jego a On jest cały twój”. Chciałem spojrzeć w jej oczy, ale ona cały czas patrzyła w stronę męża. Siedzieli z nim moi kumple. Płakali jak dzieci. A on z nimi. „Masz trzech kolejnych synów, Józefie” – powiedziała i przytuliła mnie razem z dzieckiem. Przytuliła mnie razem z dzieckiem. Przytuliła mnie razem z moim Bratem – z moim Bogiem.

Oto

w brudne dłonie

przyszedł do mnie

cały Bóg

List dotarł. Dziękuję Tato.