Droga życia cz.2

– Znaleziona, odnaleziona owca. – powiedział do mnie przy drugim spotkaniu ksiądz Leszek Kasperowicz.

– Czarna owca – dodałam

– Zagubiona !!! – dobitnie powiedział – Przeczytaj Łk. 15 1-7, wróć, powiesz co zrozumiałaś i zaczynamy !

Miałam wtedy niecałe 40 lat i dłużej już nie chciałam żyć. Tym razem wiedziałam, że się uda. Nie wiedziałam jednak, że od jakiegoś czasu podążał za mną ON. Szukał mnie…

Dla siebie nie byłam już warta ani dnia dłużej. Ale nie dla NIEGO !

Będąc wyemancypowaną i wojowniczo nastawioną do życia samotną matką, by stworzyć lepsze i zasobniejsze życie, pełna determinacji rozpoczynam prywatną działalność. Projektuję i szyję unikatowe kreacje i marzę o rozwoju mojej firmy. Lata 80 te to trudny czas dla małego biznesu. Ja z impetem otwieram każde zamknięte przede mną drzwi, byle by dążyć do realizacji swojego celu. Zamówienia sypały się „jak z rękawa”. Czasem tylko spragnione czytania dziecko przerywało twórczy amok. Stan wojenny krzyżuje moje plany. Zamykam pracownię. W sklepach nie ma nici, tkanin, akcesoriów. Rodzi się lęk o przyszłość. Wkrótce emigruję zarobkowo „na zachód”, zostawiając z rodzicami swoje dziecko. Kierunek Berlin. 140 km od domu. Blisko a tak daleko, gdyż z [paszportu wydanego na pół roku, wycisnąć się chce każdy dzień wielogodzinnej pracy. Wyjazd z dzieckiem nie był możliwy, bo samotne matki nie wracały.  Za wiele lat takiego życia ceną będzie utrata więzi z córką i rodzicami.

Berlin był koktajlem, w którym ten co się nim zachłysnął, przepadał lub tonął. Kusił unikatową, kosmopolityczną wolnością, pięknej, wielokulturowej metropolii. Wyzwolonej zachodniej wyspy w środku politycznego zamordyzm i komunistycznej szarości. Czyhały tam nieznane dotąd pokusy. Dlatego rozpadały się małżeństwa, więzy z bliskimi. Zdrady były powszechne i wszelki upadek możliwy. Wielu emigrantów przepadało na zawsze w zachodnim stylu życia, zapominając o rodzinach, bliskich i ojczyźnie. Byłam świadkiem niejednego takiego upadku… Bezpieczeństwo finansowe stawało się z czasem bezpieczną przykrywką dla dzikiej wolności. Tych co zarabiali pieniądze ale i tych co na nie czekali w kraju. Moje też miało swoją cenę…

W tym świecie Pana Boga nie było. Nikt nigdy nie chodził do kościoła. Nawet Ci, którzy przyznawali się, że są wierzący,  upadali, i żyli często jak zdziczała wataha. Niewierzącym zawsze było wszystko jedno.

Ale nawet tam w Berlinie, ciężko pracując i zmieniając styl życia i środowisko, nie mogłam zapomnieć i poradzić sobie z emocjami nagromadzonymi przeze mnie przez lata, gdy od szkoły podstawowej odbierali sobie życie moi najbliżsi przyjaciele. Ela – 7 klasa, Tomek – 3LO, Bogdan – 23l. Sąsiad , p. Bosman – 45l., Michael – 21 l. I moja najukochańsza siostra cioteczna Barbara – 33 l. Czasem zapominałam, że mogłam być wśród nich. Czasem chciałam do nich dołączyć..

Na mszach pogrzebowych zawsze stałam sama, z dala od innych, przy drzwiach kościoła, by móc w każdej chwili chwycić klamkę. Stałam tak, gdy inni klęczeli. Stałam gdy się modlili.

A śluby, chrzty, komunie, msze święte za członków rodziny? Stałam ! Nic nie rozumiałam. Ani co to spowiedź, ani rozgrzeszenie, ani pokuta. Czemu to wszystko miało służyć.  Mój światopogląd nie uginał mi kolan. Stałam więc obecna – nieobecna. Trudno zapewne zrozumieć, że nawet gdy po raz pierwszy poleciałam do Nowego Jorku,  zwiedzając  Manhattan nie weszłam do słynnej katedry św. Patryka. Stałam tak wszędzie jak zahipnotyzowana i dokładałam do coraz cięższego plecaka własnych grzechów lęk, ból, cierpienie, smutek, strach… Bliscy się spowiadali i zostawiali swe ciężary, swoje grzechy. Tylko nie ja…

Jak niewierzący ma pojąć co dzieje się w kościele? Jak ma cokolwiek zrozumieć, gdy ma zabetonowane serce i umysł? Jak ma zrozumieć śmierć i zmartwychwstanie???

Po paru latach los przyniósł wreszcie upragnioną miłość, i wkrótce zabrał. Zginęła wraz z Nim w wypadku samochodowym. W Wielki Piątek… I znów stałam. Rozpadałam się na kawałki. Wróciłam do Polski. Nastąpiły 2 lata izolacji od życia. Pustka. Rozpacz. Załamania nerwowe. Depresja. Terapie.

Niedaleko mnie mieszkała wielodzietna cztero pokoleniowa rodzina. Gości witał krzyż nad drzwiami. Mama czwórki dzieci zapraszała mnie do siebie, chętnie ją odwiedzałam. Na środku dużego pokoju stał wygodny pokój. Na nim zasiadała 90 letnia prababcia. Wokół niej bawiły się prawnuczęta. Za jej plecami wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. „Szczęść Boże” wybrzmiewało non stop. Pani domu znaczyła chleb znakiem krzyża zanim ukroiła pierwszą kromkę chleba. Radosny, szczęśliwy dom, pełen miłości i szacunku. Żyjący Bożym rytmem. Enklawa spokoju i bezpieczeństwa. Gdy wchodziłam do nich, przed oczyma stawały mi moje babcie i różne twarze Matki Bożej z ich domów. Czułam wtedy czasem lodowaty ból przeszywający moje serce tęsknotą za nimi.

W tym czasie terapie nie odnosiły żadnego skutku. Depresja się pogłębiała. Wróciły myśli samobójcze. Kolejny raz planowałam odfrunąć z tego świata. Przyjęłam ostatnie zaproszenie do tego domu. Wewnętrznie czułam, że będzie to to ostatnia wizyta. Pani prababcia wpatrywała się we mnie przenikliwie. Co widziała??? Poprosiła bym podeszła do niej i włożyła mi do rąk swoją małą, bardzo starą i mocno zniszczoną, czarną książeczkę do nabożeństwa i Pismo Święte wraz z obrazkiem Matki Bożej do której się modliła. To dla Ciebie, dziecko – powiedziała.

Czułam, że muszę wyjść, uciec stamtąd. Nigdy nie dostałam od nikogo nie dostałam takiej wymodlonej małej świętości. Nie był to dobry moment. Szlochałam już wchodząc do siebie. Byłam jedną wielką raną. Poddałam się… Nie chciałam dłużej żyć ! Jeszcze tylko jeden dzień.

Następnego dnia nie byłam w stanie zwlec się z łóżka. Gasła chęć życia. Żegnałam się z nim… Wieczór był dobrym momentem by to zrobić… Nagle pukanie, walenie do drzwi ! To była mama dzieci. – Marzenka otwórz ! Pilnie ! Proszę ! – krzyczała. Pomyślałam, że stało się coś w jej domu, z babcią. Otworzyłam. Popatrzyła na mnie. Weszła. Podała mi coś do ubrania – Chodź ze mną ! Szybko ! To pilne !  W jej domu, przy pustym fotelu stał jej brat. Coś mu szepnęła, a do mnie: Nie pozwolę Ci tego zrobić ! Brat Ciebie zawiezie. – Gdzie?! – Zobaczysz !

Wziął mnie za rękę. Zaprowadził do auta. Po 10 minutach zatrzymał się przy drzwiach parafii na Witkiewicza. – Naciśnij dzwonek. – Który ? ( było kilkanaście) – Wybierz. Wybierz sama. I tak Pan Bóg pokieruje Twoją ręką – powiedział. Zadzwoniłam. Wyszedł ksiądz.

  • Ona potrzebuje natychmiastowej pomocy – i odjechał.

Ksiądz Leszek, długim korytarzem prowadził mnie do swojego pokoju, posadził i powiedział: – Mów.  To spotkanie na zawsze odmieni moje życie…

ks. Leszek Kasperowicz