Droga na Jasną Górę…

Najpierw przyjeżdżałam z rodzicami, na rękach, za rączkę… Pewnie błagali Matkę Bożą o cud zdrowia i pełnej sprawności dla mnie. Tata spędzał każdy sierpień w pieszej wędrówce do Niej i kolejno dołączało starsze rodzeństwo. Rodzinny różaniec w październiku. Rok Millenijny – dla mnie maturalny. Już osobiste zaangażowanie w obronę wartości: nie zgodziłam się, by moja klasa XIa jak cielęta podpisała list potępiający Biskupów polskich za słynne słowa do biskupów niemieckich: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie…” Potem w pielgrzymkowej grupie „13” poznawanie i zaprzyjaźnianie się z Jezusem. Decyzja na towarzyszenie im w drodze na Jasną Górę: raz rowerem, w następnym roku na kulach łokciowych. Z przerwami, ale doszłam, żeby nic nie zrozumieć z radości tych tłumów przelewających się po jasnogórskim wzgórzu. Może zmęczenie, może jeszcze za małe przygotowanie? Była satysfakcja z dokonania tego, bycia w grupie, ale nic poza tym.

Potem jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu: na plaży w Kuźnicy na Helu. TAK o Matce Bożej może mówić tylko ktoś, kto Ją zna i kocha. Szybkie postanowienie: pojadę, chcę to przeżyć. Chcę Ją, tę naszą Matkę i Królową, spotkać, poznać, pokochać. Muszę sama. I już pierwsza tak wytęskniona wizyta w Kaplicy Cudownego Obrazu to było zatonięcie całkowite w Jej Spojrzeniu. Nie sposób opisać tego ludzkim językiem, chyba dlatego jest Królową aniołów, bo tylko one mogę wyśpiewać to wszystko. Potem jeszcze kolejne nocne adoracje, ciągłe nienasycenie. Pragnienie pobycia dłużej okazało się proste: praktyka w szpitalu powiatowym, jakim był wtedy szpital w Częstochowie, była do załatwienia właśnie po trzecim roku studiów. 

I ta jedyna noc. Mój wzrok przyciągnęła srebrna tuba przy Obrazie zawierająca Akt Oddania Polski w Niewolę Miłości przez Episkopat Polski z 1966 roku i list Papieża Pawła VI zatwierdzający ten akt. Myśl która sama wwierciła się w mózg: Biskupi oddali Polskę w niewolę Maryi za wolność Kościoła świętego w Ojczyźnie naszej i na całym świecie, a ja co? Przecież ja też w tym akcie jestem, choć wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie czułam, nie przeżywałam. Pewność: teraz ja muszę to podjąć, świadomie i dobrowolnie; wiem jaka jest cena i wartość oddania swojej wolności Bogu przez Ręce i Serce Maryi. „Najświętsza Maryjo Panno, Matko Chrystusowa, Matko Kościoła, Pośredniczko powszechna wszystkich Łask i Pani Nasza Jasnogórska…  oddaję się w Twą wieczystą, macierzyńską niewolę miłości…  pozostawiam Ci całkowite i zupełne prawo posługiwania się mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy…” Zrozumiałam, że to Ona Sama woła mnie na swoją służbę; przecież – patrząc wstecz – widziałam, jak prosta to była droga…

Rok przebywania w bliskości Jasnej Góry, pierwszy rok formacji w Instytucie Prymasa Wyszyńskiego, wszystkie dni skupienia i rekolekcje prowadzone przez Czcigodnego Sługę Bożego kard. Stefana. Kolejne lata, gdy każde święto maryjne, a szczególnie 3 maja, 15 i 26 sierpnia mogłam przeżywać w naszym narodowym Sanktuarium – to była wielka łaska. Mieć takie miejsce na świecie, gdzie zawsze biegnie się myślami, gdzie można czuć się jak w domu, bo tam czeka Matka, tęsknić do kolejnych spotkań – to stałe poczucie szczęścia. Zazwyczaj wielkie święta i uroczystości poprzedzały przygotowujące je wigilie, a sama celebra to znów możliwość „bycia blisko”.

Aż przyszedł rok, kiedy 3 Maja, na sumę pontyfikalną wybrałam się sama plac pod Szczyt, gdzie siedziało już od rana, a niektórzy od nocy – mnóstwo ludzi. Na tobołkach, karimatach, kocach, małych składanych stołeczkach – nieprzebrany tłum. Wmieszałam się, przeszłam na środek – z dołu Jasna Góra to monument. Patrzyłam na Kopię Cudownego Obrazu jakby po raz pierwszy. Z oddali… ale z tym ludem Bożym, umęczonym, niedospanym, słabo zorganizowanym: ktoś jeszcze zajadał śniadanie, inny dopiero przecierał oczy, ktoś składał nocne posłanie, inni ogarniali brykające dzieci i dotarło do mojej świadomości, że to dziś jestem tu z katolicką Polską u stóp Naszej Królowej. Plac przed Szczytem jak długi i szeroki z przyległymi parkami i Aleją Najświętszej Maryi Panny niemal po horyzont zajęty przez pielgrzymów. Jeszcze spojrzałam na moje zwykłe, uprzywilejowane miejsce na Wałach jasnogórskich i wreszcie pojęłam czym jest Jasna Góra dla naszej Ojczyzny. To było olśnienie. Na nędznej murawie zgromadzona Polska oczekiwała na Maszę Świętą. Jak oni śpiewali, deklamowali, jak wstawali i klękali, jak pomagali sobie, ustępowali wzjemnie miejsc siedzących, osłaniali parasolkami i płachtami przed palacym słońcem. W jakim skupieniu słuchali słowa Bożego i odczytywanego Aktu Oddania. I Pan Jezus w Eucharystii roznoszony wzdłuż utworzonych szpalerów ludzi. Przeżycie tamtego dnia do dziś pamiętam, jest we mnie – poczucie jedności Narodu i mojej łączności z każdym z tych pielgrzymów.

Dziś jestem daleko, kilka tysięcy kilometrów od Jasnej Góry. W kościele powszechnym wspomnienie św. Apostołów Jakuba i Filipa. Oczywiście mam łączność internetową z Polską. Ale to namiastki. Tyle, że miałam już bilet na samolot do Kraju, akurat w przeddzień Święta miałam tam lądować. I była możliwość dotarcia na ten dzień do Domu Królowej. Lot anulowano, epidemia w Indiach rozszalała się na dobre, zostałam. Ale za to cały świat dziś JEST z Jasną Górą, bo papież Franciszek wezwał nas do maratonu różańcowego o ustanie pandemii i każdego dnia łączymy się z innym sanktuarium we wspólnej intencji! Wraz z moimi dziećmi powędrowałam tam, jak zwykle…

?????????????