Dzieci Boga

Bywają takie spotkania z całkiem obcymi ludźmi, podczas których od zadawanych pytań rośnie serce: widać prawdziwe zainteresowanie, próbę szukania rozwiązań trudności i autentyczną chęć udzielenia pomocy w tym, co robię. Ale były i takie, gdy zadawane pytania dodatkowo raniły, mroziły, obezwładniały i zniechęcały. Najgorsze są zawsze stereotypy myślenia i mity oraz wszelkie nieprawdziwe informacje. Staram się zawsze wyjaśniać, ale czasem czuję, że to nie przemawia do rozmówców. Jednym z takich bolesnych pytań było: po co matki w Indiach rodzą tak dużo dzieci? Czy to troska o przeludnienie świata przemawia przez moich rodaków? Czy dbałość, żeby żywności, wody, powietrza właśnie nam nie zabrakło?

Kiedyś zapytałam ojca czworga dzieci, gdy żona przyszła na badanie, a właśnie oczekiwali piątego potomka, ile dzieci chcą mieć. Nie wyglądał na krezusa, więc odpowiedź, że ośmioro trochę mnie zdziwiła. Zapytałam, czy stać go na wykarmienie i wykształcenie takiej gromadki, a on ze spokojem wyliczył mi: dwoje umrze w niemowlęctwie, kolejnych dwoje nie dożyje dorosłości, dwoje pójdzie w świat, a dwoje na starość ich utrzyma. Prosta kalkulacja… Bo tak wygląda sytuacja ludnościowa w tym wielkim kraju, tak wynika z  obserwacji życia w najuboższych warstwach społeczności indyjskiej. Tu umiera wiele dzieci, ale i młodych matek z braku właściwej opieki okołoporodowej. Jest to głęboko uzasadnione: niedożywienie od pokoleń powoduje, że ze słabych matek rodzą się słabe dzieci, anemia, brak mikroelementów w diecie, wywołują wiele niedomagań. Karmienie naturalne jest właściwie jedynym karmieniem do około 1 roku, ale jeśli mama umrze wkrótce po urodzeniu, niemowlę też ma słabe szanse na przeżycie. Podobnie, gdy słaba mama nie ma własnego pokarmu. Sztuczne mleko, wszelkie wyroby mleczne, są bardzo drogie. Z tego powodu trafiają do mnie dzieci, często w stanie skrajnego zagłodzenia.

 Małą, dwumiesięczną  Zosieńkę mama zostawiła nam po prostu, bo miała kłopoty ze zdrowiem. Żywiona sztucznym mlekiem zmarła z powodu pierwszej infekcji wirusowej – mogłam jej dać swoje ramiona tylko na 53 dni i 52 noce. Filipka przyniósł tata tego samego dnia, gdy mama zmarła wydając go na świat. Był wcześniakiem, nie miał odruchu ssania, wlewałam mleko kroplomierzem, strzykawką – na szczęście połykał. Pierwsza infekcja jelitowa zabrała to życie 30 dni później. Zdążyłam go, podobnie jak Zosieńkę, ochrzcić, jego tata przyjechał rano i jeszcze się pożegnali…

 A 10 dni później tata i wuj przynieśli Małą, choć już czteromiesięczną dziewuszkę, ważyła 1850 g. Pierwsza myśl: jak przeżyję śmierć kolejnego Malucha, jeśli moje ręce nie zdołają utrzymać jej przy życiu? I zaraz następna: we wsi zginie na pewno. I trzecia: to nie moje ręce, to Dawca życia daje mi jeszcze jedną osieroconą Kruszynkę. Spróbowałam płynu z butelki, z której ją karmiono: osłodzona woda, lekko zabielona proszkiem mlecznym. Na tyle było ich stać! Było ciężko. Dziewczynka miała tak ściśnięty żołądeczek, że wypijała 20-30 ml mleka i zasypiała, żeby po 2 godzinach budzić się i wydzierać wniebogłosy, w dzień i w nocy! Gorączkowała, kasłała, miała wrzody na skórze, nie miała siły unieść rączek ponad materac… Nawet jej włosy były chore, sterczały i nie dawały się ugłaskać – ogoliłam. Pediatra zleciła antybiotyk domięśniowy, ale Mała nie miała mięśni! Potrwało zanim waga zaczęła rosnąć, świętowaliśmy każde pół kilograma więcej… Podawanie leków doustnych to był prysznic na mnie, obcinanie maleńkich paznokietków – prawdziwa tragedia, nawet zdarzyło mi się zasnąć podczas karmienia i złapać Maleńką już zsuwającą się z moich kolan… Ale dostałam podgrzewacz do mleka z Polski i trochę szybciej mogłam zaradzić tym głodom, utulić płacz, zaspokoić pragnienie. Rosła i rozwijała się jak inne dzieci. Dałam jej na imię Patrycja, jakoś nie mogłam zapamiętać jej własnego. No i pieluszki, ubranka, już były poznaczone literką P (Philip)…

Patrycja ocalała. Zaczęła chodzić samodzielnie mając 1,5 roku. Przeszła jeszcze w dzieciństwie gruźlicę węzłów chłonnych, którą (prawie) sama sobie wykryła, ospę wietrzną oczywiście powikłaną wielkimi pęcherzami i strupami. Do dziś wiosną miewa napady astmy, różne inne uczulenia, choruje czasem, ale żyje i jest moją wielką radością.  W przepisowym czasie zaczęła uczęszczać do szkoły, skończyła kolejne etapy, teraz ma przed sobą dokończenie nauki na poziomie magisterskim. Była przez pół roku w Polsce na nauce języków, teraz pomaga w internacie dziewczynek i jest moją największą pomocą w codziennych, domowych i biurowych, zajęciach.

Trzeba próbować ratować każde dziecko, każdego człowieka, każde życie. Taka jest rola lekarza, choć wiemy, że jesteśmy tylko wykonawcami woli Pana Boga w dziedzinie zdrowia. Towarzyszenie w chorobie – to nasze zadanie. Na naszym cmentarzu jest wiele grobów, ostatnio przybył jeszcze jeden… Mamy też dużo grobów dzieci – może właśnie dlatego wiem, jak wielką wartością jest życie i zawsze będę walczyła o nie do końca.

Zosieńka, Filipek, Patrycja i wiele, bardzo wiele innych dzieci i dorosłych dzieci Boga – każdy otrzymał swe życie od Dawcy Życia, na czas określony Jego wolą. Za to należy dziękować Mu nieustannie.

HP