Hemlal

Minęło już kilkanaście lat, choć przecież, gdy stoję nad grobem Hemlala dominuje we mnie uczucie wdzięczności do Pana Boga i wielkie zdumienie nad TAJEMNICĄ.

Tego ok. 60-letniego mężczyznę, bardzo zniszczonego przez trąd, zobaczyłam pierwszy raz w ostatnią środę listopada. Przywieźli go do nas jego koledzy z tej samej kolonii dla trędowatych w D. Z ich opowiadań (zawsze coś wymyślają, dodają, malują ciemnymi kolorami, żeby mnie przekonać o konieczności przyjęcia pacjenta…) wiem, że mieszkał samotnie, chodził żebrać jak inni, jadał byle co, rzadko sobie gotował, czasem sąsiedzi go dożywiali gorącym posiłkiem, czasem popijał – i tak od wielu lat egzystował. Takie jest życie okaleczonego trędowatego w centralnych Indiach w slumsie na obrzeżu dużego miasta.

Podobno od tygodnia dopiero wiedzieli, że jest chory i potrzebuje pomocy lekarskiej. Na decyzję o przyjęciu Hemlala do naszego Ośrodka nie musiałam mieć więcej niż sekundę. Kiedy odchylił brudny koc, którym był nakryty cały, z głową, buchnął smród taki, że cofnęłam się o krok. Zdążyłam tylko zarejestrować na siatkówce oczu wielką ziejącą, cieknącą ranę zamiast prawej połowy twarzy, obrzęk, zaczerwienienie, ciemne plamy martwych tkanek wokół. Chyba pierwszy raz w kilkudziesięcioletniej mojej praktyce tutaj tak zareagowałam, kilka minut nie mogłam zupełnie dojść do siebie, przeszłam do innego pomieszczenia, żeby się otrząsnąć z pierwszego wrażenia.

Smród przeniknął na długo do moich nozdrzy, był w całym pokoju. A myśl, że za chwilę będę musiała zająć się nim, opatrzyć go, była trudna do przyjęcia. Poprosiłam moich pomocników, żeby go trochę umyli, ale zdawałam sobie sprawę, że to zadanie należy nieodwołalnie do mnie, opatrywania tego chorego nie mogę zlecić nikomu. Dobrze, że mam wrażliwych, myślących, dobrych współpracowników – poza narzędziami, rękawiczkami i fartuchem, wzięli jeszcze czepki i maski operacyjne. Spełniły podwójne zadanie: trochę mniej smród przenikał mi do nosa i chory ani nikt inny nie mógł widzieć mojej twarzy, reakcji na to co widziałam i czego dotykałam. Myślę, że tak wyglądali, chorowali i umierali trędowaci wszystkich nacji w dobie przed antybiotykami; trędowaci którymi zajmowali się św. o. Damian na wyspie Malokai, nasz bł. o. Jan Beyzym na Madagaskarze i wszyscy od tysiącleci. Ale dziś? Aż tak? W środku cywilizowanego kraju?

Pierwszą myślą, która mi przebiegła natychmiast, gdy bliżej już przyjrzałam się ranie było: jeśli robaki, które zżerały tkanki od środka dostaną się do mózgu – chory zginie. A przecież to tak blisko i tak łatwo mogło się stać poprzez nos, którego prawie nie miał. Przez pierwszy tydzień opatrywałam go 2 razy dziennie, po 2-3 dniach udało się usunąć wszystkie gniazda robaków, martwe tkanki, dużo ropy. Jednocześnie dostawał wysokie dawki antybiotyków, inne potrzebne leki, spał na czystym łóżku, pomagali mu się myć, jeść… Zaczął odżywać.

        W najbliższą niedzielę zaczynał się Adwent. Mamy zwyczaj modlić się za siebie wzajemnie w tym czasie, o dobre przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia – losujemy swoje imiona. Kazałam oczywiście dopisać Hemlala, choć wiedziałam, że w jego imieniu ja będę się modlić za kogoś, ale on i tak miał swój wkład cierpienia w przygotowanie do obchodów Narodzenia Jezusa. I tak bardzo potrzebował modlitwy, wsparcia! Jakżesz byłam zaskoczona i wzruszona, gdy moja 4,5-letnia wówczas Patrycja przyniosła mi karteczkę, abym jej odczytała imię osoby, za którą ma się modlić – to był Hemlal! Wiedziałam, miałam pewność: jeśli on będzie żył to za sprawą modlitwy tego Malucha.

Już w poprzednim roku uczyłam ją, jak pamiętać o osobie powierzonej jej modlitwie: chodziłyśmy razem na króciutką osobistą modlitwę do kaplicy, sama o tym mi przypominała i codziennie o to prosiła. Teraz też tak było. W litanii odpowiedź na wezwania do Matki Bożej (módl się za nami) w języku hindi to: „hamare lije prarthna kar”, a Patrycja zmieniła to i konsekwentnie powtarzała „Hemlal ke lije prarthna kar”. Oczywiście musiałam jej powiedzieć, kto to jest, bo nie znała imienia, że jest bardzo chory i raz poszłyśmy go odwiedzić – wtedy już obrzęk zszedł i trochę widział na oczy.

Historia choroby, historia zdrowienia, życia i śmierci – to zawsze Boże tajemnice. Hemlal zdrowiał w zdumiewającym mnie tempie. Na Święta Bożego Narodzenia (niespełna miesiąc po rozpoczęciu leczenia) był w swojej zwyczajnej kondycji sprzed choroby. Rana nie mogła się całkowicie zagoić, pod płatem skórnym policzka i resztką nosa była nadal dziura, która nie miała czym się wypełnić, ale była czysta i prawie sucha, pacjent oddychał i jadł normalnie, widział i poruszał się samodzielnie. Miałam nadzieję, że rana pokryje się delikatnym nabłonkiem i tak Hemlal dożyje swoich dni. Zaraz po Nowym Roku już sobie dobrze radził ze wszystkim i poprosił o pozwolenie pójścia do domu, a ponieważ zasadniczych przeszkód nie było – zgodziłam się. Jakoś się zagapiłam, a przecież powinnam była dla Patrycji zrobić mu zdjęcie po leczeniu. To był jej własny, wymodlony, STARUSZEK.

Trzy tygodnie później ktoś mnie zawiadomił, że Hemlal przyjechał. Pomyślałam, że pewnie skończyły mu się leki i opatrunki. Chciałam teraz zrobić to zdjęcie dla Patrycji… Ale on był znów w bardzo złym stanie, tak dobrze mi znany zapach gnicia buchnął jak poprzednio, byłam zdruzgotana. Był zbyt słaby i chory, by go pytać, jak to się stało. Czyżby spał na ziemi, czy nie ma porządnego posłania w domu? Jak znów mogły zagnieździć się robaki; czyżby wszystkie muchy czekały na niego w D., żeby zaatakować po powrocie? Miałam nadzieję, że już z pewną wprawą szybko opanujemy sytuację. Obiecałam sobie, że go nie wypuszczę zanim nie sprawdzę jego warunków domowych i na pewno już po gorącej porze (kwiecień-czerwiec).

Ale tym razem antybiotyki działały jakby wolniej, Hemlal był bardzo słaby. W przeddzień wyjazdu na konferencję naukową jeszcze go widziałam na nogach, a w nocy nagle wystąpiły objawy neurologiczne, pobudzenie, stracił przytomność. Najgorsze przypuszczenie sprzed ponad 2 m-cy sprawdziło się: robaki dowierciły się do tkanki mózgowej. Agonia trwała kilka godzin, nie było ratunku. Poprosiłam Księdza o udzielenie warunkowego Chrztu św., otrzymał imię Piotr. Modliłam się wraz z Patrycją i moimi pomocnikami – tylko tej pomocy mogliśmy mu jeszcze udzielić. Zanim ruszyłam w drogę Hemlal odszedł do Pana. Nie brałam udziału w pogrzebie osobiście, ale Patrycja opowiedziała mi wszystko. I teraz co jakiś czas wspomina „swojego” staruszka, Hemlala. Modlitwa niewinnego dziecka wstrzymała tę śmierć na 2 m-ce: przeżył radość Narodzenia Pana, dożył swego narodzenia na nowo w Chrystusie przez wody Chrztu św. Wielka Boża Tajemnica, której dane było mi dotknąć własnymi rękoma, którą zobaczyłam na własne oczy, którą moje serce jest umocnione i ubogacone.