Jubileusz

Wszyscy cierpimy od ponad roku lęk, niepewność, olbrzymie straty zarówno materialne jak i duchowe. To wszystko mocno nadwyrężyło siły fizyczne i psychiczne wielu z nas. Dlatego dziś postanowiłam opowiedzieć coś bardzo budującego. Chodzi o wydarzenia sprzed roku, które były dla mnie czymś wyjątkowymi – chciałabym, aby stały się takie dla czytelników. W 2019 roku postanowiliśmy w Jeevodaya zorganizować spotkanie, aby upamiętnić 50 rocznicę powstania Ośrodka i Założycieli. Oto historia niewiarygodna, jak z filmu…

Ks. Adam Wiśniewski SAC z s. Barbarą Birczyńską po zakupieniu kawałka pola pod zabudowę i uprawę we wsi Gatapar, przenieśli się z Karnataki do Madhya Pradesh, tej części, która poźniej wydzieliła się jako stan Chhattisgarh. Wraz w kilkorgiem dzieci chorych na trąd, którymi zajmowali się na południu Indii, przyjechali do obecnego Jeevodaya 6 grudnia 1969 roku. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że przybyli na pustą, pustynną, czerwoną i nieurodzajną GOŁĄ ZIEMIĘ. Przyjechali i zamieszkali pod namiotami. Te trzy wojskowe namioty są do dziś  herbem Ośrodka wraz z różańcem, trzymanym przez nich bez przerwy w dłoniach.

Każde prawdziwe dzieło  Boże rodzi się w trudach, ale zawsze przynosi dobre owoce – po tym się je poznaje. I Pan Bóg takiemu dziełu błogosławi. Np. choć geolodzy twierdzili, że to pustynna część – już z pierwszego odwiertu trysnęła woda. To źródło do dziś zaopatruje nas w wodę. Potem z pomocą Polonii z całego świata, budynek po budynku, powstawał DOM DLA CHORYCH NA TRĄD JEEVODAYA – „Świt życia”.

Przyjechałam tu półtora roku po śmierci ks. Adama, jedynego lekarza tych nieszczęśników. Dopiero na miejscu zrozumiałam, że będzie to moje miejsce na ziemi, miejsce jedyne.

 Osoby dotknięte trądem są ludźmi, których społeczeństwo chciałoby się pozbyć. Pozbywają się ich własne rodziny. Trędowaty ma opuścić dom i wioskę, ma żyć w slumsach na obrzeżach większych miast. Właśnie stamtąd przybywają do nas chorzy po leki i opatrunki, dzieci – aby móc się uczyć.

Poznawałam ideę Jeevodaya przyglądając się temu co zastałam i ludziom tu mieszkającym. Uczyłam się wszystkiego od początku, jak od 1 klasy podstawówki: języka, mowy gestów i mimiki, sposobu myślenia i reagowania ludzi, ale i medycyny tropikalnej. Adaptowałam się do wszystkiego. A był to świat kompletnie inny, niż ten, gdzie żyłam pierwsze 40 lat mojego życia. Żyję życiem moich pacjentów, moich dzieci, moich indyjskich przyjaciół. Ich świat stał się moim. Początkowo wystarczał kontakt bezsłowny, który udowodnił, że relacje międzyludzkie w istocie opierają się na miłości, a nie na gadaniu. 

Po kilku latach Jeevodaya wyszła „na prostą”, zaczęła się rozwijać. Dzięki Darczyńcom, wtedy głównie z Polski, mogliśmy obejmować opieką medyczną i edukacyjną coraz więcej ludzi. Ilość stałych mieszkańców rosła w miarę, jak przybywało pracy, a liczba dzieci, które przyjeżdżały na rok szkolny do naszych internatów, wzrastała co roku. Te, które odchodziły w świat, zdobywały zawody i kończyły studia wyższe, zatrudniały się na różnych stanowiskach i zakładały rodziny, budowały domy i zaczynały nowe życie tak upragnione przez nas wszystkich.

Minęło 50 lat. Myślimy o jakichś podsumowaniach. Planujemy uroczyste obchody w Polsce i w Indiach. Plany i realizacja – wszystko własnymi siłami. Patrzę, jak moi byli studenci, dziś mieszkający w pobliżu, tryskają pomysłami. Serce rośnie! Owszem, przychodzą, pytają, dyskutujemy, komitet organizacyjny co i rusz spotyka się, aby podjąć zadania i uzgodnić działania. Zaproszenia, lista dostojnych gości z Biskupem miejsca Henry V. Thakur i ambasadorem RP Adamem Burakowskim na czele. Zakwaterowanie i wyżywienie gości z daleka, również z Polski. Zawody piłki nożnej dla upamiętnienia tej rocznicy. Plan obchodów centralnych na 9 grudnia. Czas nas goni, ale ciągle dopracowujemy szczegóły, żeby rocznicę godnie uczcić.

Pięcioosobowa delegacja leci na obchody Jubileuszu do Polski, zorganizowane przez Sekretariat Misyjny Jeevodaya i księży pallotynów w Tygodniu Misyjnym. Po powrocie wpada do mnie niezapowiedziana, mieszkająca w Raipurza absolwentka naszej szkoły, Uma Sahu. Jest nauczycielką. Najstarsza w osieroconej, 4 osobowej rodzinie. Oznajmia mi, że właśnie założyli specjalne konto bankowe, gdzie absolwenci naszej szkoły i inni chętni mają zamiar zebrać jakiś fundusz na tę okazję.

Zawsze trochę oponowałam, gdy padały propozycje „opodatkowania się” tych, którzy korzystali z naszej pomocy, a obecnie pracują. Uważałam za niesłuszne nawet najmniejsze naciski na wcześniej obdarowanych, żeby jakoś się „odpłacili”. Czym innym jest własne poczucie wdzięczności, wyrażone materialnie czy duchowo, a co innego nawet „delikatna zachęta” w tym kierunku. No i przyszedł czas, kiedy oni sami… Mają okazję, pomyślałam, to ich inicjatywa, niech działają. Zastrzegłam prowodyrce Umie, żeby nikogo nie nakłaniała, prosiłam, żeby przemyśleli, jak użyją tego funduszu. Chcieli okazać wdzięczność  nauczycielom. Na Jubileusz wszyscy byli zaproszeni, a więc wspaniała okazja.

Na 3 dni przed głównym naszym świętem, w dniu św. Mikołaja wieczorem, siedziałam z kilkorgiem przybyłych już gości na mojej werandzie. Niespodziewany, a bliski dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Dużego, półciężarówki. Stanęła przed werandą, z szoferki  i paki zeskoczyło kilku moich studentów. Na końcu, cichutko, nieśmiało – Uma. Nie pytam, wiem. Rzuciła mi się w ramiona, chłopaki do nóg, co za radość spotkania. A oni, kochani, w ciszy kompletnej nagle zaczynają wszyscy na raz: jacy są szczęśliwi, że mogą pomóc, że z tego co zebrali zakupili…

Ile tego było! Poza żywnością na same posiłki w dniach Jubileuszu, z każdym przemyślanym szczegółem w postaci soli, przypraw czy oleju, jeszcze dary, dary… Łzy wzruszenia strumieniem, kiedy to teraz piszę znów… Dobrze, że było ciemno, a teraz sama siedzę przed komputerem! Dary dla każdego mieszkańca, dla wszystkich gości, od wspaniałych szali i ubrań do kosmetyków zużywanych masowo! Pamiętali i o tym, jak szybko niszczą się maty, na których siedząc nie tylko spożywa się posiłki, ale i odrabia lekcje, a czasem śpi. Całe wory prezentów dla dzieciaków, ich następców w Jeevodaya, na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia.  Wdzięczność, piękna cecha człowieka, rozczula i daje nadzieję na ciągle lepsze jutro. Pomaga myśleć, że jednak warto było…