Nowe osiedle

To wszystko zaczęło się bardzo dawno, aż nie potrafię precyzyjnie odtworzyć daty. Społeczność Jeevodaya rosła w liczbę, a to – wiadomo – siła. Odbywały sie wybory w gminie i nasza kandydatka wygrała. A że obiecała uwłaszczyć ziemię gminną, stojącą odłogiem tuż za naszym terenem, był to czas wyjątkowy. Piękna uroczystość: władza gminna wymierzająca skromne działki budowlane, nadająca prawo własności dorosłym mieszkańcom Jeevodaya. Większość z nich to wyleczeni trędowaci, którzy zostali w ośrodku by służyć w nim kolejnym potrzebującym. No i niewątpliwie dotychczas bezdomni. Mieszkając u nas mieli zapewnione skromne pomieszczenia, ale przecież trzeba też myśleć o przyszłości dzieci. Jednym słowem – szansa na przeskok do innej rzeczywistości. To był dzień radości. Niewiele dni później okazało się, że nie wszystkim to się podoba. Zazdrośni mieszkańcy wsi złożyli skargę na tę decyzję do sądu. I zaczęły się wędrówki na kolejne rozprawy przed oblicze majestatu prawa. Kto nigdy nie zetknął się z problemem działalności sądów indyjskich nie będzie skłonny uwierzyć, że czasem proste sprawy trwają latami. Mieliśmy nadzieję, że ponieważ chodzi tu o sporą społeczność, w miarę szybko uzyskamy jednak potrzebne zezwolenia. Szukaliśmy poparcia tej idei u kolejnych polityków przyjaznej partii i u kogo się dało. Minęło kilkanaście lat, sprawa trwa, nikt oficjalnie nie jest właścicielem swojego kawalątka ziemi.

                Jednak życie toczyło się dalej, nie było przestojów, szykowały się śluby 2 moich wychowanków, obaj mieli wyznaczone działki. Postanowiłam, że trzeba działać i jak to bywa przy silnej determinacji – pierwszy dom stanął w szybkim tempie i zasiedliły go 2 pierwsze rodziny. A tak całkiem prywatnie to wójt poinformował nas, że trzeba koniecznie coś zacząć na działce, żeby było widać, że ludzie tego bardzo potrzebuję. Przynajmniej zarys budynku, fundamenty żeby było widać… No to po kolei inni też się odważyli. Ktoś miał jakieś zasoby, niektórzy zaciągali pożyczki, inni sprzedawali swoje rodzinne pola, do których już i tak nie mieli powrotu, ktoś ofiarował pieniądze dla najbiedniejszej rodziny. Wzajemna pomoc, doradztwo, wykorzystywanie niewykorzystanych resztek, powstawały kolejne domostwa. I przyszedł dzień, gdy złość ludzka usiłowała wprost zaatakować: przyjechali władcy, żeby rozliczyć się z „niepokornymi”, którzy budowali na „nie swoim”, bo wioskowym gruncie. Wjechał buldożer i zniszczył co tylko mógł. Okazało się, że zamieszkałego domu niszczyć bez nakazu nie wolno. Kisun klęczał na progu z gromadką dzieci wokół i wyciągał swoje okaleczone ręce – dobrze, że tylko ogrodzenie mu rozjechali. Dwa niedawno rozpoczęte budynki zniszczyli całkowicie, dwa prawie skończone naruszyli mocno, rozjechali kilka fundamentów i ogrodzenia. Dopiero po akcji powiedzieli mi o tym. Pojechałam, płakałam oglądając zniszczenia, dorobek życia tych, którzy tak bardzo pragną powrotu do normalności. I to właśnie tę szansę, na poczucie się częścią społeczności, brutalnie rozwalił buldożer zazdrości i niechęci. Kiedy spytałam czemu mnie nie zawołali od razu usłyszałam rzecz tak niedorzeczną, że nie mogłam uwierzyć: BYŁOBY GORZEJ. Dlaczego? Przecież nie stanęłabym na drodze buldożera – ominąłby mnie. Nie, to chodzi o to, że ja „jestem winna” temu wszystkiemu. Bo pomagam, bo jestem z nimi, bo to „przeze mnie” oni ośmielili się mieć takie same pragnienia jak inni mieszkańcy wioski. Tu kończy się moja tolerancja dla tak myślących: bo ja jestem dumna i szczęśliwa właśnie z tego, że moi podopieczni poczuli cię LUDŹMI, że znają swoje prawa i umieją upomnieć się o nie.

                Żeby nie nudzić dochodzę do ostatniego aktu. Mieszkańcy, coraz liczniejsi tej sąsiedniej ulicy, nazwali się oficjalnie kolonią ks. Adama, ku czci Założyciela Ośrodka. Mimo, że nadal nie mają oficjalnych zezwoleń realizują swoje marzenia, czasem z przejściowymi trudnościami. A w święto Nawiedzenia Matki Bożej dokończyli budowaną własnym wysiłkiem Grotę i umieścili w niej Figurę Matki Bożej z Lourdes. W procesji z naszego terenu doszliśmy do ich miejsca, mówiąc po drodze różaniec. Na zakończenie Litania Loretańska, poświęcenie Groty i umieszczenie Figury, ozdobienie kwiatami i światełkami. Tradycyjne rozbicie orzecha kokosowego jako znaku poświęcenia przypadło mi w udziale. Myślicie, że to łatwe? A potem jeszcze poczęstunek dla wszystkich.

Wielka radość, że powstał wyrazisty znak przynależności mieszkańców kolonii ks. Adama. Niech ich strzeże przed zakusami wszelkiego zła.