Pierwsze spotkanie

Wielkimi krokami zbliża się czas długo oczekiwanej beatyfikacji. Długo, bo minęło 40 lat od śmierci Prymasa Tysiąclecia, a wielokrotnie przyspieszano procesy kanoniczne z uwagi na znaczące postaci Kandydatów na ołtarze. Stefan kard. Wyszyński kimś takim jest niewątpliwie. Ale to właśnie stało się powodem przedłużenia procesu: im więcej lat działalności, im więcej wymagających zbadania wypowiedzi włącznie z pisanymi, im więcej żyjących świadków życia tym więcej można znaleźć różnych powodów do wnikliwego badania sprawy. Niemniej do beatyfikacji wszystko co konieczne jest już zatwierdzone, potwierdzone przez kolejne komisje, a i tak jeszcze nagły stan zagrożenia epidemiologicznego zdołał zepsuć już ogłoszony termin. Wreszcie doczekamy…

Chciałam się podzielić pierwszym z wielu spotkań z Czcigodnym Sługą Bożym. Pochodzę z diecezji warszawskiej mogę więc powiedzieć, że od zawsze był moim biskupem; urodziłam się właśnie w roku, gdy naszą diecezję objął swoją posługą.  Z dzieciństwa pamiętam jedyną dozwoloną uliczną procesję Bożego Ciała i przemówienia ks. Prymasa, Błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem spod kolumny Zygmunta. Tata mój zawsze był w asyście podczas tych procesji i często prowadził niosącego Monstrancję Prymasa pod rękę. Obrzędy Wielkiego Czwartku z umyciem nóg starszych panów w Katedrze to było wyjątkowe przeżycie dla takiego brzdąca: naprawdę Biskup całuje te nogi? Modliliśmy się gorąco w latach uwięzienia ks. Prymasa i ta radość, euforia na Miodowej, gdy wreszcie go przywieźli z Komańczy do domu. Wszystkie wielkie programy duszpasterskie, nawiedzenie Ikony Jasnogórskiej, obchody milenijne w poszczególnych diecezjach i sławne „aresztowanie” Obrazu, modlitwa pod oknem zakrystii katedralnej. Głos Prymasa zawsze w moim pojęciu grzmiał! On mówił mocno, akcentował ważne przesłania i chciał, by treści przenikały do świadomości ludu Bożego.

Na początku studiów spotkałam grupę duszpasterstwa służby zdrowia. Jeszcze nieopierzony medyk brałam udział w dniach skupienia i rekolekcjach organizowanych dla tego środowiska. Spotykaliśmy się u ówczesnego duszpasterza medyków ks. Tadeusza Fedorowicza w Izabelinie. Po spotkaniu, które kończyło się wczesnym popołudniem, postanowiłam wstąpić do Lasek, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. Znany zakład dla niewidomych to dystans kilku kilometrów od Izabelina. No i tam wielka niespodzianka. Miałam zamiar po prostu wstąpić, popatrzeć, zapoznać się z miejscem, a tu od drogi szło sporo ludzi w tym samym kierunku. Jakoś razem z innymi znalazłam się w pięknej Kaplicy. Ale niewiele mogłam zobaczyć – kaplica była zatłoczona! Po chwili tłum jeszcze się zagęścił, bo zrobiono szpaler, którym od wejścia szedł przez środek do ołtarza Prymas Wyszyński. Wysoki, w mitrze, więc widoczny nawet dla mikrusów, witał się, rozdawał uśmiechy i błogosławił. Nie miałam pojęcia co to za okazja, ale już po chwili zorientowałam się, że to bardzo wyjątkowa uroczystość. Miałam wyjątkowe szczęście, że przypadkiem trafiłam na święcenia kapłańskie! Tak, nie jak zwykle z katedrze, ale indywidualne święcenia wieloletniego współpracownika Matki Elżbiety Czackiej w Laskach, p. Antoniego Marylskiego. Zapewne byłam jedyną całkiem przypadkową osobą w tym zgromadzeniu.

Pierwsze osobiste spotkanie z Ojcem, jak w Instytucie nazywaliśmy Księdza Prymasa, było właśnie w tej wspólnocie. Na Jasnej Górze, po sumie pontyfikalnej w święto Matki Bożej Jasnogórskiej 26 sierpnia, założycielka Instytutu, Maria Okońska, przedstawiła mnie jako kandydatkę. Błogosławieństwo i kilka słów zachęty to było też mocne przeżycie. Tak zaczęła się moja droga jako osoby konsekrowanej, która doprowadziła mnie do Indii. Czy uda mi się wziąć udział w beatyfikacji Stefana kard. Wyszyńskiego i Matki Elżbiety Czackiej? Chciałabym…