Trzy święta

Trudne wydarzenia sprzed roku związane z początkiem epidemii były dla nas dużym  zaskoczeniem, i niemiłą  niespodzianką. Prawie wszystkie dzieci z internatów rozjechały się na wakacje  po skończeniu rocznych egzaminów, a klasy maturalne musiały jeszcze czekać. Docierały pierwsze wiadomości o coraz liczniejszych zakażeniach i zachorowaniach.

Władze podjęły decyzję o zamknięciu całego kraju na 7 spustów w indyjskim stylu. Wyobraźcie sobie tysiące pociągów i autobusów, które stają nagle zatrzymane w szczerym polu, na przypadkowych stacjach i  miliony ludzi, ruszających w dalszą podróż piechotą, często z większym dobytkiem. Życie w miastach zamarło. Zamknięto sklepy i urzędy, fabryki i wszystkie zakłady usługowe.

Było tak dziwnie i groźnie, że każdy szukał jakichś odniesień i możliwości wyjścia z wszelkich trudnych sytuacji. A tu po tygodniu przychodzi do mnie na rozmowę Aghan–Jan Paweł, mój chrzestny syn, nauczyciel w naszej szkole. Przed kilku laty, już po skończeniu studiów, podjął decyzję włączenia się do Kościoła katolickiego, przyjął chrzest św. wraz z przyszłą żoną. Obecnie mają dwóch synków, mieszkają w najbliższym sąsiedztwie w wynajętym mieszkaniu. Jestem naprawdę dumna z niego, ma zawsze sporo różnych dobrych pomysłów. Od 2 lat jest też członkiem Stowarzyszenia Jeevodaya, co – mam nadzieję – przyniesie dobre owoce naszej wspólnocie.

Przyszedł do mnie z niezwykłą inicjatywą: projektem stworzenia placu zabaw, który nazwano „Ogrodem Babci Janiny”. Jeśli w tym miejscu ktoś pomyśli, że – w takiej dramatycznej sytuacji – to jakieś mrzonki odpowiem: też tak pomyślałam.

Kiedy przed laty moi polscy współpracownicy zbierali pieniądze na plac zabaw – byłam sceptyczna. Mieliśmy jedną dużą huśtawkę i kilka desek-równoważni czy zawieszonych na linach opon samochodowych jako miejsce zabaw dla dzieci. Myślałam: na ryż, na ubranie, na pomoce szkolne, tak jak i teraz na wyposażenie do zdalnego nauczania (https://zrzutka.pl/697cc7 ) każdy hojnie da pieniądze. Ale na huśtawki czy zjeżdżalnie? To tak, jakbym prosiła o wybudowanie kina czy teatru dla nas, kiedy po każdej porze deszczowej trzeba reperować kolejne, przeciekające dachy. Ale tym razem…

Ruszyli. Aghan, tak naprawdę czekał tylko na to jedno moje słowo akceptacji, bo wszystko było ukartowane. Okazało się, że zarówno rodziny mieszkające w Jeevodaya jak i sąsiedzi byli już umówieni i gotowi do podjęcia wyzwania sfinansowania przedsięwzięcia. Szeroko otwierałam oczy. Mimo rosnącej codziennie temperatury (na szczęście ubiegłe lato okazało się łaskawe i 45°C to najwięcej, co pokazało się na termometrze), sam pomysłodawca jak i jego koledzy zabrali się do sadzenia drzewek, krzewów i wszelkich zieloności wokół placyka na wprost mojego pokoju. Stara huśtawka została przeniesiona nieco dalej i  pięknie odmalowana nadal służy na wieczorne spotkania młodzieży czy śpiewy na powietrzu. Konieczne było zamontowanie ogrodzenia chroniącego  ogród przez zwierzakami oraz  przeskakującymi małe sadzonki, dziećmi. Ale najważniejsze: wyposażenie, zostało zamówione w 2 miejscach. Nie tylko sprzęt do zabaw, ale i figurki, dla kształtowania poczucia estetyki, zachowania czystości, kontaktu z naturą i jeszcze elementy ewangelizacyjne. I tak mamy Pana Jezusa przygarniającego dzieci. Gdy pytam moich małych hindusów co ta figura wyraża słyszę z satysfakcją: „bo Pan Jezus nikogo nie wyganiał i mówił, żeby pozwalać dzieciom przychodzić do Niego”. Są też dwa anioły strzegące wejścia i bezpieczeństwa bawiących się dzieci. Do dziś nie dojechały wielkie zwierzęta jak słoń czy żyrafa, mimo, że zadatek dawno już został przekazany, za to małe żółwie i rybki pływają w płytkim stawie z małą fonatanną w środku. Nie ma jeszcze ozdobnych koszy na śmieci, więc papierki po cukierkach muszę kazać wyrzucać do mojego osobistego kosza.

Dzień, a właściwie noc, kiedy przywieziono dawno oczekiwany sprzęt, to było nasze pierwsze święto. Od rana wszyscy rzucili się do montowania, ustawiania, wkopywania elementów na placu. Widziałam z rosnącym sercem i dumą jaką radością była ich wspólna praca dla dobra naszych milusińskich. No i zapełnieniem czasu, gdy nauka jeszcze nie była podjęta, a coraz bardziej przedłużały się wakacje.

 Drugie święto nastąpiło po kilku dniach: jadę po terenie i nagle widzę na drodze rusztowanie! A na szczycie stoi uśmiechnięty pan artysta z pędzlem. Znów w absolutnej tajemnicy przede mną wymalowali na ścianie budynku sąsiadującego z placykiem piękny mural, upamiętniający nasz jubileusz i przypominający postać Janiny Michalskiej, której zawdzięczamy założenie Sekretariatu Misyjnego wspomagającego Jeevodaya. Mieszkańcy od jej pierwszej wizyty u nas nazwali ją Babcią Janką. To proste następstwo: skoro ja jestem Mami, to ktoś starszy ode mnie jest Nani czyli Babcią. Malarz tylko nie wiedział, że Babcia Janina od wielu lat miała siwiutkie włosy. Właśnie z myślą o niej powstał „Ogród Babci Janiny”.

Trzecim naszym świętem był dzień inauguracji i poświęcenia ogrodu. Przyjechali goście, oczywiście „zamaskowani”, a ja miałam przyjemność wraz z Aghanem przeciąć wstęgę przy wejściu.

Od tego dnia ogród stale rozbrzmiewa głosami jeszcze nielicznej grupy dzieci. Nawet mali pacjenci przychodni czasem korzystają z huśtawek – to łagodzi nieprzyjemność wizyty u lekarza. Wieczorami starsi lubią tam zasiadać, bo często słyszę ich donośne głosy.

To niezwykle budujący i wzruszający  element w trudnej i przytłaczającej obecnej rzeczywistości. Traktuję go jako pokłosie naszego złotego jubileuszu. Akurat po roku od wybuchu pandemii zaczęły się bardzo trudne chwile w tym kraju. Tym bardziej doceniam wysiłek podjęty przez mieszkańców – dzieciom należy się normalne dzieciństwo!