Zmartwychwstanie

„ja już nie muszę wierzyć w Zmartwychwstanie…  ja widziałem zmartwychwstanie…”
(o.Adam Wójcikowski OSG)

Takie szokujące zdanie wygłosił o. Adam podczas spotkania z Ofiarodawcami po odwiedzinach w Jeevodaya kilka miesięcy wcześniej. Miłośnik gór, zanim zjawił się u nas zaplanował zobaczenie Dachu Świata. Spotkaliśmy się w Nepalu. Dla mnie była to jedna z niewielu okazji do chwili oddechu od codzienności. U stóp Annapurny podziwialiśmy dzieło Pana Boga, a ksiądz wybrał się na krótki trekking. A potem autobusami, jeepami, rykszami, przez kilka różnych miejsc, gdzie posługują chorym i opuszczonym katoliccy misjonarze, dotarliśmy pociągiem do celu podróży. Na miejscu przywitała nas gromada uśmiechniętych, rozkrzyczanych, rozśpiewanych, roztańczonych dzieci, które siedziały nad talerzami z górkami ryżu, a wieczorami pilnie odrabiały lekcje zwyczajnie, na podłodze, albo na łóżku, gdzie tylko sięgały kręgi światła. Dla nas, polskich wolontariuszek i Janiny  Michalskiej, ówczesnego kierownika Sekretariatu Mysyjnego Jeevodaya z Warszawy, jego wizyta była wielką radością: miałyśmy kilkudniowe rekolekcje adwentowe w ojczystym języku. Dopiero kilka miesięcy później dowiedziałam się czym pobyt u nas był dla o. Adama.

Tak, ja też widziałam „zmartwychwstanie”…

Kiedy przyjechałam przed 32 laty do miejsca, o którym słyszałam tylko same ogólniki: ośrodek dla trędowatych, ksiądz-lekarz umiera, kilkanaście tysięcy biedaków zostanie bez opieki, przeżyłam niejeden szok.

W domu kobiet od niedawna mieszkała Videszni, młoda, zaledwie 19. letnia dziewczyna, z różnymi okaleczeniami jako powikłaniami z powodu nieleczonego trądu. Przywiózł ją z odległej wioski w dżungli kuzyn i… zostawił. Mówiła językiem i dialektem, którego nikt dobrze nie rozumiał, a mieszkanki domu raczej zgadywały, co ona mówi. A Videszni najwyraźniej miała zamiar zagłodzić się, może nawet umrzeć. Zawodziły wszystkie metody: prośby, groźby, krzyki, płacz i próby karmienia forsownego. Podłączałam kroplówki, żeby się dziewczyna nie odwodniła za szybko, ale jej waga spadła do 19 kg. Nie znałam języka miejscowego, więc po polsku, ale tonem, który przecież każdy rozumie, próbowałam codziennie przez kilka godzin nakłaniać ją do przełknięcia choć części posiłku. I wtedy przywieziono do nas starszą, mocno zdeformowaną przez trąd kobietę, która doznała dodatkowo udaru mózgu.

Trąd okalecza ciało: ręce, nogi, twarz, ale też dotkliwie rani duszę. Ludzie dotknięci tą chorobą są dziś podobnie jak w czasach biblijnych, całkowicie wykluczeni ze społeczności. Przepędza się ich z domów i wiosek. Mieszkają na obrzeżach miast w byle jak skleconych szałasach, namiotach, barakach. Slumsy-kolonie trędowatych żyją swoim własnym życiem, mieszkańcy chodzą po ulicach i placach miasta, żeby użebrać trochę na wyżywienie rodziny. Ich dzieci nie mogą uczyć się w szkołach publicznych. A jak ktoś zachoruje, nawet na błahą chorobę – nie ma gdzie skorzystać z pomocy medycznej. Dla takich osób polski Pallotyn, lekarz z wykształcenia, ks. Adam Wiśniewski utworzył ośrodek Jeevodaya. Nazwa ta z sanskrytu dosłownie znaczy: „dający życie”. ŚWIT ŻYCIA dla ludzi, którzy utracili wszelką nadzieję. Nie ma bowiem dla nich miejsca w rodzinnej społeczności, szansy na człowieczą egzystencję. Jeevodaya to dom trędowatych; nie dla nich, ale ICH WŁASNY DOM. Uczyłam się, poznawałam ideę założyciela tu, na miejscu już po jego odejściu do Domu Ojca. I to właśnie Videszni uzmysłowiła mi pewnego razu, czym jest ZMARTWYCHWSTANIE.

Osobiście musiałam zająć się fachowo i całościowo ową kobietą przywiezioną do nas z udarem. Machnęłam ręką na Videszni i powiedziałam do niej: teraz zajmę się tą bezradną staruszką, a ty musisz dać sobie radę sama. Potem wielokrotnie czyściłam rany, myłam i opatrywałam odleżyny mojej pacjentki. Było bardzo gorąco, bo tutejsze lato to temperatury dochodzące do 50°C. Jednego z upalnych dni, gdy po zabiegach pielęgnacyjnych zaczęłam ją karmić widząc, że jesteśmy w domu tylko we trzy zwróciłam się do Videszni, oczywiście gestem, wskazując na szklankę: przynieś mi wody! Nigdy nie zapomnę tego, co się wydarzyło! Usłyszałam pompowanie wody na podwórku i po chwili Videszni przyniosła wodę i podała mi ją z pięknym uśmiechem. Szczęśliwa! Tak, ona poczuła się POTRZEBNA i kochana! Teraz, tylko gdy cierpi, przestaje się na chwilę uśmiechać…

Od tamtej pory zaczęła jeść, odżyła, włącza się w różne drobne prace, służy innym, niańczy dzieci, pomaga w kuchni. Jest z nami do dziś i myślę, że dla niej, jak i dla wielu innych mieszkańców Jeevodaya, to miejsce i ta nazwa oznaczają NOWE ŻYCIE. ZMARTWYCHWSTANIE.