Dlatego wierzę w cuda cz.2

Jakoś na początku listopada, któregoś dnia kiedy siedzieliśmy przy stole Settimio, Luca Serwais i ja unicestwiając wielka michę   capellini aglio olio, zadzwonił telefon. Dzwonił mój przyjaciel „don Ricardo”  (ks. Ryszard).  Słuchaj – mówi – jestem w tej chwili w Wilnie z paroma księżmi – a ty gdzie jesteś ? W Cori w naszym pod-rzymskim klasztorze. A nie chciałbyś przyjechać do Wilna wygłosić rekolekcje? Po litewsku ??!! – no co ty, nie – w polskim kościele! Pewnie żebym chciał. – No to masz tu proboszcza i się z nim dogadaj. No i się dogadałem.

Miałem mieć rekolekcje w kościele Świętego Ducha. Nic mi to nie mówiło. Tak naprawdę to Wilno nigdy mnie nie interesowało. Bardziej Lwów bo stamtąd pochodziła moja rodzina. Urodzony i wychowany w zachodniopomorskim, cale życie ocierałem się o „kresowiaków”. W mojej rodzinnej miejscowości jedna trzecia pochodziła z lwowskiego, jedna trzecia z wileńskiego a reszta z całej polski. Tak naprawdę nie miałem wielkiego sentymentu do Wilna toteż niewiele o nim wiedziałem. Tyle tylko, że mój zakon, Trójcy Świętej miał tam kiedyś dwa wielkie klasztory. Ale były to czasy kiedy Polska graniczyła z Imperium Osmańskim. Jeden kościół i klasztor ponoć przetrwał. Musiałem więc sprawdzić co to jest za kościół do którego jadę. Okazuje się, że w Wilnie mieszkała zanim trafiła do Krakowa, jakiś czas siostra Faustyna Kowalska – ta od mojego obrazka. Tu została namalowana pierwsza wersja obrazu – według jej wizji. W1948 roku obraz trafił ni mniej ni więcej tylko do kościoła Sw Ducha, tam dokąd właśnie jadę. Kilkanaście lat temu został przeniesiony do sanktuarium. I właśnie w tym kościele rodził się i wzmacniał kult do Bożego Miłosierdzia dziś tak popularnego na całym świecie.

Trochę zrobiło mi się ciasno ale pomyślałem jak pięknie będę tu mógł wpasować moją historie. Pod koniec lutego poleciałem do Warszawy a potem do Poznania gdzie tez miałem prowadzić rekolekcje. Cały czas myślałem jak do tego Wilna dojechać. Loty z Berlina są. Są tez jakieś połączenia autobusowe z Warszawy. W końcu wpadłem na pomysł i namówiłem mojego przyjaciela Włodka żeby ze mną pojechał. Ma duży samochód, Voyagera będziemy mogli zabrać ze sobą trochę rzeczy żeby tam zawieść. Powiem w jednym zdaniu !! Jak się moi znajomi dowiedzieli, ze jadę do Wilna to darów i prezentów mieliśmy tyle ze by to nie weszło do Tira !! To jest to co mi się w naszym narodzie najbardziej podoba: może i czasami brakuje nam rozumu – ale serca mamy wielkie jak stodoły!!! Mieliśmy wszystko: od zamrożonych ryb, książek, kiełbas, ubrań, słodyczy po opłatki. WSS Społem!!! Starsi pamiętają…

Jak myśmy to zapakowali do dziś nie wiem. Pojechał z nami tez Łukasz, Włodka syn. Wyjechaliśmy nocą ze Szczecina i w południe szczęśliwie zaparkowaliśmy przed kościołem Św. Ducha w Wilnie. Proboszcz, ks. Tadeusz (w skali poczciwości od 0 do 10, jedenaście!! święty człowiek!) zakwaterował nas u sióstr. Maja swój dom trochę od centrum) Sióstr akurat nie było bo pojechały na jakieś spotkanie i miały wrócić późno w nocy. Poznaliśmy je na drugi dzień, były cztery. O siostrach powiem w ten sposób: myślałem w swoim zadufaniu, ze trochę w życiu widziałem. Zdawało mi się – nic nie widziałem. No, niektóre rzeczy to może jeszcze mnie tak nie dziwiły, bo mnie ciężko zaskoczyć, ale to jak chciały Łukasza umówić na randkę ze swoja znajoma (ale nie zakonnica!) i jak się do tego cwanie zabrały – to przechodzi ludzkie pojęcie!! Ta akcja to zasługuje na osobny rozdział… 

Rano, Niedziela pojechaliśmy do kościoła. W zakrystii poznałem kościelnego. Z kościelnym zawsze trzeba dobrze żyć … więc go zagadałem. A ze był w moim wieku i mojej wadze (!) szybko się dogadaliśmy. Pyta mnie skąd jestem, więc odpowiadam, ze teraz mieszkam w Rzymie ale z Polski pochodzę ze Szczecina ( nie mowie , ze z Kamienia Pomorskiego ) bo pewnie nigdy o nim nie słyszał. Ale dodaje – a właściwie to z Kamienia Pomorskiego – a z Kamienia – odpowiada, ja tam byłem. Już ci, pomyślałem. No ale stara się być przynajmniej miły.

– Mam tam rodzinę – mówi.  

– Taak? A jak się nazywają?

– Aa zapomniałem…

– Ale kręci – pomyślałem

Ale mam tam też kuzyna, jedzie dalej, a jego ojciec i mój to rodzeni bracia.

– No to się nazywa tak jak ty !! – wchodzę mu w słowo

– No właśnie tak samo – mówi z uśmiechem…

– To znaczy jak – pytam

– Iwancewicz….  Mietek!!!-wrzasnąłem

– Tak, Mietek.

– Człowieku ja z Mietkiem osiem lat do podstawówki chodziłem to mój kumpel!!!

Jak się Janek ucieszył, jak ja się dziwiłem, a jak zdziwił się godzinę później Mietek jak do niego zadzwoniłem. No nieźle się zaczynają te rekolekcje – pomyślałem.

Po pracowitej niedzieli wróciliśmy na noc do sióstr. Na drugi dzień rano próbujemy odpalić samochód – nic. Na wszystkie rożne sposoby – martwy. No nic trzeba zorganizować jakiś transport. Rozmawiam z siostrami – a jedna w pewnym momencie mnie pyta: a o czym ojciec chciał dzisiaj mówić? O Bożym Miłosierdziu – odpowiadam, myśląc o tej mojej historii z obrazkami, o mojej babci, Celso, pustyni i całej reszcie. A siostra wtedy – to ogoniasty, bo on bardzo nie lubi jak się mówi o Bożym Miłosierdziu. Popatrzyłem na nią jak przed laty na moja babcie kiedy mi ten obrazek wkładała do ręki…

Wyszedłem na dwór i krzyczę do Włodka – przestań walić tak w ten rozrusznik, nic nie pomoże. – Czemu? To nie rozrusznik – to ogoniasty!  Jaki ogoniasty? – Siostra twierdzi, że to sprawa czarnego…no…diabla!!

Włodek popatrzył na mnie bardzo wymownie…

No co..?! zacząłem się bronić. Od paru lat asystuje Ojcu Settimowi przy egzorcyzmach w naszym klasztorze i nie takie rzeczy widziałem..

Siostry są w porządku – mówi Włodek – ale czasami to jak coś palną… jak się właściwie nazywa ten ich zakon?

Siostry od Aniołów – odpowiadam i nagle zrobiło mi się bardzo bardzo gorąco bo dotarło do mnie…

Pięć minut później jechaliśmy naszym Voyagerem do kościoła a ja szeptem odmawiałem modlitwę, pierwszą modlitwę jakiej się w życiu jako dziecko, nauczyłem na pamięć…Aniele Boży stróżu mój , Ty zawsze przy mnie stój..

Po pierwszej Mszy świętej miałem trochę czasu do następnej więc trochę pospowiadałem, posiedziałem w ławce. Podchodziły babcie żeby porozmawiać. W końcu zmarzłem i postanowiłem pójść do zakrystii. Przechodziłem koło ołtarza w którym był właśnie obraz Jezusa Miłosiernego, kiedy podeszła do mnie niepewnie taka babinka i pyta: a ojciec to jak do Rzymu wraca – samochodem.

– Nie –  odpowiadam – samolotem.

– Ach to nie , to nic, to nic…

– A o co chodzi – pytam. 

– A bo chciałam żeby ojciec wziął trochę obrazków bo mam i to w różnych językach – dodaje taka zadowolona.

– No nie wiem – myślę głośno, bo ja zawsze latam tylko z podręcznym bagażem.

– Aaaa tak to szkoda…mówi. Bo ja kazałam nadrukować i po francusku i po angielsku i po innemu.

– A jak ty masz na imię pytam?

– Bożena. 

– A ile tego masz ?

– A taki kartonik..i po francusku i…

– Cos zaczyna kręcić – pomyślałem.

– Ale zanim do Rzymu to jadę najpierw do Polski – samochodem to mogę je wziąć – mowie.

– Ooooo. Dobrze !!  Bożena – pytam po co ty je kazałaś nadrukować w innych jęzzykach!!??

– Bo mi Jezus powiedział !! No tak, pomyślałem to załatwia sprawę. A nie powiedział Ci co masz z nimi zrobić – zapytałem trochę złośliwie.

– Nie – powiedział tylko, że kogoś po nie przyśle… Zrobiło mi się nagle duszno. Staliśmy pod tym obrazem. Ja tyłem, ale jakbym czuł że się na mnie patrzy. Poczułem się jak emisariusz. Dobra – pomyślałem – wezmę je, gdzieś ten kartonik się rozda. W końcu zrobimy też przyjemność starszej kobiecie. 

– Bożena – w porządku, dawaj te obrazki – powiedziałem.

– Ooo jak dobrze!! – zaczęła się cieszyć

– ok. ok podrzuć je do zakrystii. 

– Wszystkie ???-  pyta

– Tak wszystkie.

– Naprawdę? – jeszcze się upewniała.

– Tak, tak, dawaj je tam po Mszy Świętej.

Kiedyś w naszym sanktuarium rozmawiałem z Patrizia. Myślałem, że jest Włoszką bo mówiła bez akcentu ale jest Argentynka. Ma wielką pobożność do nabożeństwa Koronki Bożego Miłosierdzia. Kiedy jej powiedziałem, że jadę do Wilna na rekolekcje bardzo się ucieszyła. To tam gdzie była siostra Faustyna i gdzie powstał pierwszy obraz i gdzie tak naprawdę wszystko się zaczęło – powiedziała – to na pewno nie jest przypadek, że tam jedziesz.

Dio e molto matematico – Pan Bóg jest dokładnym matematykiem – dodała z uśmiechem.

Wracaliśmy nocą naszym Voyagerem do Polski. Łukasz kierował, Włodek siedział cicho, ja myślałem… Bożena się „przejęzyczyła”. To nie był jeden kartonik to było dwanaście kartonów po pięć tysięcy w każdym!! Po francusku, hiszpańsku, angielsku, portugalsku i polsku. Mieliśmy na pokładzie sześćdziesiąt tysięcy obrazków!!!!! Przed laty jak uciekałem z Trypolisu kiedy wybuchła wojna, też miałem w kieszeni na piersi obrazek i bardzo go przyciskałem. Zostałem uratowany…

– Ty wiesz – mowie do Włodka – ile można uczynić  dobra takimi obrazkami?

– Gorący towar – odpowiada Włodek – „ogoniastemu” może się to nie spodobać…

– Spoko – nie jesteśmy sami i pomyślałem o siostrach i o Aniołach.

– Gutek – co my z tym teraz zrobimy – zapytał mój przyjaciel

Przypomniała mi się babcia, pustynia, pola naftowe, Hindusi, Celso, wszystkie te lata przedtem i potem, a teraz Wilno, Bożena… pomyślałem o tym wszystkim co możemy jeszcze przeżyć – aż mi się gęba uśmiechnęła…. Poza tym – dodałem- nasz Pan Bóg jest  – molto matematico.