Dwanaście lat wdzięczności

„Ufaj dziecko! Odpuszczone ci są twoje grzechy” (Mt 9, 1)

Przez całe swoje zakonne życie czułem się dzieckiem Pana Boga. Dzieckiem Jego olbrzymiej dobroci i zmiłowania się nade mną. Zawsze bezradny i niezdarny, którego Bóg nosił na rękach. 

Spotkałem na swojej drodze wielu mądrych ludzi, udało mi się ukończyć teologiczne studia, przeczytałem także trochę mądrych książek, jednak moja wiara nigdy nie była wiarą uczonego, lecz wiarą człowieka, który doświadczył istnienia Boga.

Każdego dnia staram się uczyć tylko jednego: nie polegać na sobie i ufać Bogu jak dziecko.

Dwanaście lat temu otrzymałem miłość, która do mnie nie należy. Na każdej Eucharystii ściągam ją gołymi rękami z nieba. Ta miłość ma Imię oraz jedną specyficzną właściwość: nie można zatrzymać jej dla siebie. Wtedy gaśnie.

Kiedyś myślałem, że Pan Jezus wybiera na księży ludzi, którzy są w czymś lepsi, po święceniach odkryłem, że potrafi wybierać nawet i gorszych. Wielokrotnie zdarzało mi się spotykać osoby, które zawstydzały mnie swoją życiową mądrością, a nawet świętością, ale to one prosiły mnie o sakrament, radę czy rozmowę.

Szczęśliwy jest człowiek, który wie że jest niegodny, a spotyka się z łaską Bożą.

Jest tylko jeden powód, dla którego zostaje się księdzem. Bóg wybiera, ponieważ – z niezrozumiałych dla nas przyczyn – dany człowiek jest Mu potrzebny, aby był z Nim. Na drodze, którą On wyznaczył.

***

Ilość problemów jest w naszym życiu nieskończona. Rozwiążesz jeden, zaraz pojawiają się dwa kolejne. A praca najczęściej jest nie do przerobienia.

Najważniejszym źródłem, z którego czerpię siły jest dla mnie różaniec i adoracja Najświętszego Sakramentu. Najchętniej w ciszy i samotności. Tam oczyszczam umysł z trosk, bez tego ślepnę i usycham. Tam uczę się trwać przed Bogiem bezużyteczny i bez poczucia winy, że przecież tyle jest jeszcze spraw do zrobienia.

Późniejsza aktywność jest tylko dzieleniem się tą bezużyteczną modlitwą z innymi.

Przekonywałem się wielokrotnie, że bez tej cichej łączności z Chrystusem życie zaczyna przypominać człowieka pracującego pod wodą, bez wychodzenia na powierzchnię, aby złapać oddech.


***

Każdy ksiądz żyje w dwóch światach. Zewnętrznym i wewnętrznym. Pierwszy to świat, o którym słychać z mediów: zarażony, nieczysty, pełen podłości, hipokryzji i ludzkich grzechów.

Jest także i świat wewnętrzny: niepoliczalne godziny w konfesjonale i klasztornych rozmównicach, gdzie słucha się ludzkich wyznań i spowiedzi. Ten świat najbardziej przekonuje mnie o żywotności działania Ducha Świętego w Kościele.

Słuchałem ludzi mających wszystko, ale nie mających sensu. Słuchałem małżonków oraz samotnych – bywało, że jedni zazdrościli drugim. Słuchałem ludzi przeoranych przez wojnę, powstanie warszawskie, ciemne czasy stalinizmu, bolesne choroby fizyczne, a nadal świecących Bogiem. Słuchałem kryminalistów, którym łaska Boża wprost kruszyła serce, ale i „sprawiedliwych” którzy z wyniosłością i butą zaręczali: „Ja bym nigdy tak nie postąpił”, niektórzy po jakimś czasie przychodzili ponownie, mówiąc już szeptem: „Zachowałem się podle”. Słuchałem żołnierzy powracających z państw, gdzie po kilka razy dziennie słyszeli wybuchy bomb, a po powrocie do domu nie mogli sobie znaleźć miejsca. Słuchałem ludzi, którzy zatapiali się w swoich interesach niczym muchy w słodkim miodzie, którzy niczym wygłodzone dzieci łapczywie jedli ze stołu tego świata. Potem dziwili się, że nie mogą zaspokoić głodu. Słuchałem osób żyjących prosto i skromnie, by nie powiedzieć ubogo, a mających w sobie tajemniczą pogodę ducha i radość. Przyjemnością było przebywać w ich obecności. Słuchałem ludzi, którzy przez złe decyzje lub czyjąś zdradę tracili majątek sięgający kilkunastu milionów złotych i zostawali z niczym. Jeszcze rok wcześniej czuli się ważni, potrzebni, niezastąpieni, by w jednej chwili w telefonie pojawiła się cisza, a w sercu obezwładniająca pustka.

Setki, tysiące, niepoliczalne godziny słuchania, ale to właśnie one nauczyły mnie jednego. Bez względu na to gdzie człowiek jest i czym się zajmuje, to jeśli odchodzi od Boga – męczy się.

Jan Twardowski powtarzał: „Jest krzyż wiary i niewiary”.

***

„Księża są po to, żeby iść za daleko” – te słowa sługi Bożego biskupa Jana Pietraszki zapisałem sobie na obrazku prymicyjnym, zaraz pod cytatem z Pisma Świętego i dominikańskim herbem.

Na tym przecież polegał dramat Chrystusa, że ludzie ciągle mieli Mu za złe: albo idzie za daleko do grzeszników, albo ucieka za daleko do Boga.

Życie księdza powinno być podobne.

Kraków, 23.V.2009 – Szczecin, Łódź, Warszawa, 23.V.2021. Dwanaście lat wdzięczności.

Kilka intuicji pomógł mi nazwać ks. Jan Twardowski, z którego książki „Myśli o kapłaństwie” korzystałem przy pisaniu tego tekstu.