Maryja, która ucina więzy zła

„Jeśli żyjesz papierowym życiem, umrzesz papierową śmiercią” – mogłoby brzmieć jego motto. Życie Sebastiana z pewnością nie było papierowe, natomiast o śmierć ocierał się nieraz.

Jest potężnym mężczyzną, którego jeszcze kilka lat temu obawiałbym się spotkać w ciemnej bramie. Zawsze ubrany w barwy piłkarskiego klubu, któremu od lat kibicuje.

Kiedy umówił się po raz pierwszy na spotkanie do klasztoru przyszedł w czarnej kominiarce z wycięciem jedynie na oczy i usta. Na pozostałej części materiału namalowana była trupia czaszka. „Kiedy idę samotnie na obcej dzielnicy ta balaklava jest dla mnie ochroną. Ludzie się boją” – tłumaczył.

W pewnym momencie odkrył, że nie radzi sobie z własną agresją. Choć Bóg, niczym Samsona, obdarzył go olbrzymią siłą, to jednak był w stanie używać jej przeciwko drugiemu człowiekowi, dodatkowo tracąc w tym siebie samego. Kiedyś, jadąc samochodem, kierowca ciężarówki zajechał mu drogę, a gdy zatrzymali się na światłach wypowiedział jeszcze jedno słowo za dużo. Sebastian błyskawicznie wyskoczył z samochodu i gołymi rękami wygiął wejściowe drzwi od tira, aby dostać się do kabiny kierowcy.

To tylko jeden z przykładów.

W końcu żona nie wytrzymała i wykrzyczała, że boi się o jego życie, a sama nie ma zamiaru przedwcześnie zostać wdową z dzieckiem lub odwiedzać męża w więzieniu.

Wówczas zrozumiał. Sam sobie z tym wszystkim nie poradzi. Pewnego dnia kogoś zabije, albo ktoś zabije jego. Potrzebuje pomocy. Przypomniał sobie wówczas kolegę z którym chodził do technikum. „Jeździł na oazę i często  się z niego śmialiśmy. To co jednak zapamiętałem, że on w tym wszystkim był zawsze spokojny i nie był złośliwy w stosunku do naszych zaczepek”.

„Panie Boże, chciałbym mieć taki pokój jak ten kolega z technikum, z którego się tak naśmiewałem. Ty wiesz, że wcale nie jestem silny i nie dam sobie rady ze sobą” – to była jego pierwsza modlitwa. Dziecięca, można powiedzieć, ale z pewnością szczera.

Następnie, kierowany jakimś niezrozumiałym instynktem, zakłada drewniany różaniec na szyję i stwierdza: „To będzie mój kaganiec”.

Po dwóch tygodniach przychodzi otrzeźwienie. Różaniec to przecież nie amulet, potrzeba go używać. Modlić się jednak nie potrafi. Wpada więc na pomysł, aby w drodze do pracy słuchać wspólnego różańca poprzez internet.

Słucha i słucha, aż po kilku dniach uczy się słów na pamięć. Ta prosta modlitwa staje się dla niego niczym oddech. I przede wszystkim: przywraca pokój.

Powoli, dyskretnie, niemal niezauważalnie, Maryja uczy go łagodności, pokory i napełnia radością.

Pewnego razu wyznaje:
– Nie wiem o się ze mną dzieje…
– Co cię Sebastian niepokoi?
– Jadąc do pracy zawsze lubiłem słuchać bardzo ostrej muzyki. Teraz już jej nie słucham, ona mnie męczy…
– To czego zatem słuchasz?
– Kazań z parafii zamieszczonych na stronie. One mnie uspokajają.

Widziałem jego oczy: były uśmiechnięte.

***

Z Maryją już tak jest, że kiedy pragnie związać kogoś ze swoim Synem, jest wytrwała, ale też niewiarygodnie dyskretna. Przyciąga dusze z delikatnością i nieśmiałością właściwą miłości. Widziałem dziesiątki sytuacji, kiedy ucinała więzy zła, wnosiła światło, gdzie panowała ciemność. Uczyła miłości ludzi, którzy oddali Jej się w opiekę. Prostowała to, co zakrzywione, wypraszała łagodność, zmieniała życie. A działo się to bez żadnego przymusu. Oddziaływała wyłącznie swoim wdziękiem i pięknem.

To zresztą oczywiste, ponieważ jest kobietą.

***

Sebastiana nadal widuję w barwach piłkarskiego klubu. To akurat mu się nie zmieniło. W niedzielę odbieram od niego telefon, w którym dzieli się historią sprzed kilku dni. Postanowił, że zamiast słuchać kolejnych informacji, na które i tak nie ma wpływu, po skończonej pracy pojedzie do fryzjera.

Siedząc w poczekalni słyszy rozmowę fryzjerki z koleżanką. Temat wiadomy, kwarantanna, koronawirus, co będzie dalej? W pewnym momencie fryzjerka zauważyła, że klient już czeka, westchnęła i powiedziała jakby do siebie:
– Kochany Panie Jezu, moje zdrowie w Twoich rękach!
– O, widzę, że mamy tego samego lekarza! – wtrąca się Sebastian ze śmiechem.
– Ale jak to? – kobieta patrzy na niego wystraszona.
– Niech się pani nie boi… – mówi wyciągając z kieszeni różaniec.
Fryzjerka patrzy zaskoczona, po czym się uspokaja i również uśmiecha:
– To brat… Dzięki Ci Panie, że w tym dziwnym czasie zesłałeś mi jeszcze brata, abym mogła zarobić.

***

Lubię myśleć, że chrześcijanie są odpowiedzialni za poziom nadziei na tym świecie. Dzięki modlitwie oglądają bowiem rzeczywistość od Bożej strony.

Kiedy dookoła panuje zamęt i ciemność, człowiek przeniknięty obecnością Jezusa, potrafi zobaczyć niewidzialny punkt, w którym rodzi się nadzieja