Nieużyteczny sługa

Od dziecka ojciec wpajał mu podstawowe zasady życia. Nigdy nie okazuj gniewu i nie opowiadaj o sobie, szacunek zdobywa się czynami, nie słowami. Studia medyczne w Anglii, później specjalizacja w Polsce. Lubił swoją pracę, choć bywała stresująca. Aby odreagować, noce zaczął więc spędzać w kasynie, a moralnego zapijać alkoholem. Następnie brał udział w „próbie nerwów”. Z kilkoma kolegami przejeżdżali na czerwonych światłach pędząc rozpędzonymi samochodami przez kolejowe tory i główne skrzyżowania. Kto stchórzy, a kto okaże się twardzielem? Dziś jeden z nich jeździ na inwalidzkim wózku.

To stare prawo duchowe, człowiekowi wystarczy raz się obrócić, aby zupełnie stracić orientację na tym świecie. Pojawiają się finansowe długi, nad którymi przestaje panować, żona od niego odchodzi. Coraz częściej ucieka w hazard i alkohol. Przed samotnością, społecznym brakiem zrozumienia, codziennym kieratem. Na w pół świadomy powoduje samochodowy wypadek, po którym budzi się już w areszcie śledczym. Kilka dni później wysłucha wyroku skazującego  na cztery lata. Tym razem bez zawieszenia.

Traci kontakt z nastoletnią córką, która po serii narkotykowych eksperymentów ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Lekarze podejrzewają próbę samobójczą. Dziewczyna z matką ma sporadyczny kontakt. Prosi, aby jedynie porozmawiać z jego córką. Dla siebie nie chce nic.

– Kiedy zamieszkałem w więziennej celi byłem jakby w amoku, pamiętam to wszystko przez dziwną mgłę. To było tak nierealne, jakby ktoś kciukiem wcisnął przycisk pauzy lub kazał mi odgrywać rolę w niemym filmie. Chciałem to wyprzeć, uszczypnąć się i obudzić. Jednak ten dziwny stan wciąż trwał.

Był zimny listopad, na spacerniaku nie odczuł nawet najlżejszego powiewu wiatru. Pierwszy raz w życiu poczuł wówczas boleśnie, że coś traci. Bezpowrotnie.

Spotkałem się z jego córką. Była już po kolejnym już spotkaniu z psychiatrą, który zasugerował, że skoro jest wierząca,  mogłaby jej pomóc rozmowa z księdzem. Drobna szatynka, której urody wielu mogłoby pozazdrościć, od nad wyraz dużej wrażliwości. Dyskretnie spoglądam na ręce. Na nadgarstkach widoczne są blizny, a w sercu jeszcze większe.

Podczas rozmowy dowiaduję się, że jest już po drugiej próbie samobójczej. Wielka wrażliwość zawsze jest darem, ale z tym darem wcale nie żyje się łatwo. Dziewczyna nie potrafi kłamać nawet w drobnej sprawie. Wówczas milczy. Ale gdy widzi czyjąś krzywdę czy niesprawiedliwość ogromnie to przeżywa, jakby nie miała na sobie ochronnej skóry.

– Gdy umrę, co ze mną będzie? Czy Bóg się będzie na mnie gniewał? – zaczyna.
– On nie przestanie Cię kochać… – zaczynam, ale słowa zatrzymują się w gardle kiedy dowiaduję się, że zamierza sobie odebrać życie właśnie dzisiaj.
– Ja nie pasuję do tego świata. – mówi przez łzy. – Chciałabym już być w niebie, gdzie nie będzie cierpienia, ani bólu.

Jestem zaledwie dwa lata księdzem i sytuacja kompletnie mnie przerasta, towarzyszy mi poczucie ogromnej bezużyteczności. Próbuję coś mówić, tłumaczyć, jednak doskonale wiem, że nie mam w sobie nic co pomóc by mogło. Źródło ratunku jest poza mną, tam widzę jedyną nadzieję.

Siedzimy przez chwilę w ciszy, w której modlę się do Ducha Świętego. Cała ufność w Jezusie, którego tak bardzo proszę, aby to w Jego Krzyżu dziewczyna odkryła sens swojego bólu.

Dla Boga nic nie jest puste.

Od tego wydarzenia minęło prawie dziesięć lat. Mężczyzna wyszedł z więzienia, rozpoczął terapię w grupie Anonimowych Hazardzistów, dowiedziałem się że z córką ma coraz lepszy kontakt.

***

Przed laty, będąc jeszcze klerykiem, w krakowskim klasztorze dominikanów znalazłem stary i poniszczony rachunek sumienia przeznaczony dla księży. Nie wiem kto był autorem, ani kiedy też został napisany. Zapamiętałem z niego tylko jedno zdanie: „Czy masz wiarę w to, że Bóg w całym twoim kapłańskim życiu, może zechcieć cię posłać tylko do jednej, jedynej osoby?”.

Nie mam pojęcia czy taką osobę już w swoim życiu spotkałem? Być może ona dopiero jeszcze gdzieś czeka? Nie wiem także czy zobaczę ją tutaj na ziemi czy może dopiero po tej drugiej, lepszej stronie? To nie ma znaczenia.

Zbawienie świata i człowieka nie zależy ode mnie, ale wyłącznie od Pana Jezusa. Wierzę, że gdybym nawet dwadzieścia lat temu powiedział Bogu: „nie” i nie wstąpił do klasztoru, Duch Święty znalazłby na moje miejsce kogoś innego, nawet znacznie lepszego. I nadal by mnie kochał.

Sługą nieużytecznym się czuję, ale za to bardzo szczęśliwym, że służyć mogę.