3 koperty

Moi uczniowie bardzo lubią  tę historię. Ja z kolei lubię ją opowiadać. Posługuję się nią gdy omawiam tematy związane z przenikaniem się dwóch rzeczywistości: tej widzialnej i niewidzialnej. Bo to, że ta widzialna istnieje to my wiemy. W istnienie niewidzialnej wierzymy, ale o ich wzajemnym przenikaniu  niewiele słyszymy. A nawet jeśli, to się tym nie przejmujemy zbytnio. A powinniśmy. Powinniśmy mieć przyjaciół w niebie.  

Na drugim roku studiów podjąłem męską decyzję, że nie chcę dłużej sępić od rodziców kasy na swoje utrzymanie. No.. może nie chcę aż tak bardzo… Poprosiłem kolegę, żeby mnie wkręcił na magazyn w którym pracował jako kierownik. Firma mieściła się wtedy na Placu na Groblach. To rzut kamieniem od Franciszkańskiej na której znajdowała się moja Alma Mater. W zasadzie kawałek plantami i już byłem w pracy. To otwierało możliwość łączenia pracy ze studiami. Tego potrzebowałem.

Z szefem miałem układ taki sam jak ten mój kolega: na wykłady „strategiczne” mogliśmy swobodnie wychodzić. Szef nie wnikał, które są te strategiczne ani ile ich jest. Sam starałem się tak pracować by wykładowcy zbytnio nie ucierpieli na moich nieobecnościach i żeby szef był zadowolony.

Wychodziłem co środę na wkłady monograficzne, które zaczynały się o 11:30. Pewnego razu, nie zauważyłem, że wyszedłem godzinę za wcześnie. Zapewne dlatego, że wtedy na ręce nosiłem jeszcze zegarek z takimi dziwnymi kreskami zamiast cyferek.

Drzwi od sali wykładowej były zamknięte. Wtedy też zorientowałem się, że przyszedłem za wcześnie. Cóż było robić? Zawinąłem się z powrotem do magazynu. Pamiętam jak dziś, że kiedy przechodziłem plantami coś mnie piknęło: „skręć w taką alejkę, którą zwykle nie chodzisz”. Nie wiem, która to była, ale skręciłem odruchowo w pierwszą lepszą. Idę i nagle na chodniku widzę, że leżą trzy koperty. Podniosłem je, żeby się im lepiej przyjrzeć a potem wyrzucić do kosza. Były na nich napisane jakieś obliczenia i imiona. W drodze do kubła na śmieci wyczułem, że są jakoś dziwnie pękate. Rozerwałem je. Patrzę, a tam stówki. Sporo stówek!

W mojej głowie zaczęły się pojawiać różne pomysły: wezmę je i sobie kupię laptopa. Nie, lepiej rozdam ubogim. Nie to głupie! Pójdę z tym na policję. Nie! To też głupie! Wiem! Pójdę pogadać z kimś mądrzejszym od siebie.

Wróciłem do magazynu.

– Sławek! Sławek chodź! Nie wiem co robić. Znalazłem kupę kasy na chodniku. Co ja mam z tym zrobić?

– Kupę znaczy ile?

Przeliczyliśmy i wyszło 1500 zł.

– Jak sobie znalzałeś to jest to twoje! Znalezione nie kradzione!

– Sławku, ale ja bym to chciał oddać. Przynajmniej spróbować. A jak to jest czyjaś wypłata albo rachunki?

– Wiesz co? Głupi jesteś! Ja bym brał! No ale jak chcesz już tak bardzo to napiszemy ogłoszenia i jak będziesz wracał z wykładu to je rozwiesisz tam gdzie te koperty znalazłeś.

„Znaleziono trzy koperty z zawartością” – tak brzmiała treść ogłoszenia. Do tego był numer telefonu Sławka. Wsadziłem ogłoszenia do tylnej kieszeni spodni i wyszedłem na uczelnię. Koperty z pieniędzmi miałem ze sobą.

W trakcie wykładu dzwoni do mnie Sławek. Grzecznie wychodzę z sali.

– Znalazł się właściciel tych pieniędzy. Zadzwonił do mnie a potem tu przyszedł z ogłoszeniem od ciebie.

– Ja żadnych ogłoszeń jeszcze nie wieszałem. Chciałem to zrobić w drodze powrotnej.

– Jak to nie wieszałeś? Nie ważne… Zgadnij kto to jest?

– No nie wiem… nasz wspólny szef?

– Zgadłeś!

Nie wytrzymałem do końca wykładu. Wyszedłem do pracy. Wchodzę do biura i siadam przed biurkiem prezesa. Wyciągam trzy koperty. On z kolei wyciągnął ogłoszenie…

– Ale jak to? – zacząłem

– Nie no to Ty mi powiedz jak to?

Po tym jak mu opowiedziałem swoją wersję zdarzeń, on opowiedział mi swoją. Wracał rowerem z księgarni, którą prowadził przy dominikanach w Krakowie. W pewnym momencie koperty wypadły mu z kurtki. Kiedy się zorientował, że je zgubił, gorąco modlił się do św. Antoniego i szukał ich. Na plantach znalazł ogłoszenie, które najprawdopodobniej wypadło mi z tylnej kieszeni spodni. Zadzwonił pod wskazany numer i dodzwonił się do Sławka, który powiedział mu, że koperty znalazłem ja.

– Patrz! A mówią, ze opatrzności nie ma… – skończył swoją opowieść prezes. Oddałem mu koperty a on wyciągnął wielki, stary kalkulator i wystukał prosty rachunek 10% z 1500. Dał mi 150 zł znaleźnego. Potem bardzo szybko dostałem podwyżkę, a na koniec awansowałem na stanowisko kierownicze.

Przyjaciel w niebie to dobra rzecz, jeśli się ma wiarę. Mój pierwszy były szef miał tej wiary sporo. Jego ulubionym świętym, faktycznie był święty Antoni. On sam codziennie chodził po firmie z dzwonkiem i godzinie 12:00 wszystkich chętnych zapraszał na modlitwę Anioł Pański.  To u niego w firmie po raz pierwszy, na własnej skórze doświadczyłem, że to co niewidzialne ma wpływ na to co widzialne. W tym wypadku ten wpływ był dobry.