Anioł: Camino bez barier

Nie przypuszczałem, że rozmowa z tajemniczym studentem w 2007 roku i jego pamiętne słowa: „Poczekajcie aż naprawdę będziecie chcieć tej pielgrzymki. Zobaczycie, że sama wam się ułoży”, będą mnie prowadzić także 10 lat później.

Rok 2017 był w pewnym stopniu kontynuacją przygody z 2007 roku. Brałem wtedy udział w pielgrzymce osób z niepełnosprawnościami do Częstochowy. W trakcie jednego z ostatnich postojów dołączyłem się do rozmowy na temat planów na kolejne wakacje. Siedzące na schodach szkoły w Nieradzie towarzystwo planowało wyjście do Santiago de Compostela.  W pielgrzymce miały brać udział osoby z niepełnosprawnościami. Pomysł się mi bardzo spodobał, ale wtedy nie myślałem że uda się go zrealizować.

Myślałem o tym, dość intensywnie. Mając doświadczenie z 2007 roku wiedziałem, że jest to do zrobienia. Nie miałem jednak doświadczenia organizacyjnego ani tym bardziej wiedzy na temat potrzeb i funkcjonowania osób z niepełnosprawnościami. Pamiętam, że pojechałem wtedy do mojego przyjaciela Bawera Aondo-Akaa. On sam porusza się na wózku. W organizacji różnych przedsięwzięć jest zaprawiony, więc pewnie mi doradzi jak to zrobić – myślałem.

Okazało się, że początkowo Bawer był bardzo sceptycznie nastawiony do pomysłu. Nie wierzył w powodzenie jego realizacji. Ku mojemu zaskoczeniu wsparcia udzieliła mi jego żona. Tak się składa, że w jej sercu pragnienie zorganizowania takiego przedsięwzięcia grało pewnie jeszcze mocniej niż w moim. Po kilku godzinach rozmów i snucia różnych mniej i bardziej realnych wizji podjęliśmy decyzję, że robimy to. Było jednak pewne zastrzeżenie – to ja miałem być koordynatorem. Bawer z żoną mieli mnie wspierać i dzielić się swoimi spostrzeżeniami.

Tak też się stało. Szybko zorganizowaliśmy ekipę chcącą wziąć udział w projekcie. Były to w większości te same osoby, które szły w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Nie znaliśmy się jednak na tyle dobrze, żeby wiedzieć na co kogo stać. Zawiązaliśmy coś na kształt wspólnoty. Spotykaliśmy się raz w miesiącu na spotkaniach integracyjnych, w trakcie których ważnym elementem był pierwiastek duchowy w postaci wspólnej adoracji.

Podzieliliśmy się też na mniejsze zespoły zadaniowe. I tak w przeciągu kilku miesięcy zaczęliśmy budować nową markę o nazwie Camino bez barier. Każda z osób miała w tym przedsięwzięciu swój znaczący udział. Powołaliśmy do istnienia fanpejdża, stworzyliśmy stronę internetową a w celu sfinansowania projektu założyliśmy zrzutkę. Całość promocji i przedstawiania tego projektu światu oparliśmy o filmiki z naszym udziałem i zaangażowaniem znanych osób w roli ambasadorów.

Pamiętam, że bardzo bałem się o sfinansowanie tego przedsięwzięcia. Mieliśmy co prawda zrzutkę, ale wszyscy wiemy jak to ze zrzutkami bywa. Na początku ludzie wpłacają a potem jest przestój i trzeba myśleć jak ruszyć dalej. Zaangażowałem do pomocy św. Filomenę. Ona jest bardzo dobra jeśli chodzi o trudności z finansami.

Któregoś wieczoru scrollując Facebooka w telefonie natknąłem się na ogłoszenie o castingu do nowego teleturnieju TVP „Rodzina wie lepiej”. Nieśmiało pomyślałem, że w sumie moglibyśmy spróbować wziąć w nim udział. Nie zastanawiając się głębiej nad tym, wrzuciłem propozycję do naszej caminowej grupy zamkniętej. Ku mojemu zaskoczeniu pomysł spotkał się z aprobatą.

Wysłaliśmy zgłoszenie do programu w postaci opisu grupy i filmu castingowego. Dwa, może trzy tygodnie później dzwoni do mnie producentka z zaproszeniem do studia. Nigdy wcześniej, żaden z nas nie brał udziału w teleturnieju! Założeniem „Rodziny wie lepiej” była gra zespołowa. Lider grupy siedział na czerwonym fotelu i odpowiadał na pytania. Pozostali członkowie ekipy siedzieli zamknięci w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Ich zadaniem było oszacować czy lider udzielił prawidłowej odpowiedzi. Maksymalnie można było wygrać 40 tys.

Fot. TVP VOD

Ja jako lider siedzący na czerwonym fotelu myślałem tylko żeby wygrać cokolwiek, żeby nie wyjść z pustymi rękoma i nie zbłaźnić się do reszty. W końcu kiedyś moi uczniowie będą mnie oglądać w telewizji… Nie znałem odpowiedzi na wszystkie pytania. W zasadzie znałem odpowiedź na 2 pytania z 7. Prawidłowo jednak odpowiedziałem na trzy pytania. Udzielenie odpowiedzi na ostatnie z nich było z mojej strony totalnym strzałem. Jak się później okazało – strzałem trafionym. Wygraliśmy 19 000. Po odliczeniu podatku zostało nam ok 17 000.

W ramach promocji naszego przedsięwzięcia braliśmy udział w różnych programach radiowych i telewizyjnych. Na nasz temat powstawały artykuły w prasie i Internecie. Bardzo nam zależało by ten projekt miał też wymiar duchowy. Zwróciłem się z prośbą do krakowskiego arcybiskupa o błogosławieństwo dla Camino Bez Barier. O to samo poprosiłem… papieża Franciszka. Z tym ostatnim pomógł mi kardynał Konrad Krajewski, do którego kontakt zdobyłem od zaprzyjaźnionego prawnika.

Miesiące przygotowań przyniosły owoce w postaci dobrze opracowanej logistyki pielgrzymki. Kolega zakupił na ten cel starego Volskwagena. Nazwaliśmy go „Kuba”. Z uzbieranych pieniędzy doposażyliśmy wózki w niezbędne przystawki, dzięki którym osoby z niepełnosprawnościami mogły bezpieczniej podróżować po niewygodnym terenie. Mieliśmy też firmowe koszulki z logiem naszego projektu.       

  

Na szlak wyszliśmy w sierpniu 2018 roku. Wcześniej za pomocą Facebooka i spotkań z wiernymi na parafiach zebraliśmy pełen kosz intencji modlitewnych. Trasa którą zaproponowałem grupie, było – Camino Norte – ta sama którą szedłem w 2007 roku. Jak się później okazało, zaproponowałem jeden z bardziej wymagających dla poruszających się na wózkach szlaków.

Było ciężko, czasem bardzo ciężko. Nie brakowało różnego rodzaju napięć w ekipie. Ja też wiele razy czułem, że rzeczywistość mnie przerasta, że psychicznie i fizycznie wysiadam. Z drugiej strony, trzeba było trzymać fason. Lider zespołu ma w końcu być wsparciem  dla ekipy. Tak wtedy myślałem. I było to myślenie błędne. To nie lider ma być wsparciem – to grupa sama ma się wspierać w trudnych sytuacjach. Niezależnie od tego jaką kto pełni funkcję. Wszyscy jesteśmy słabi. Wszyscy upadamy. Wszyscy potrzebujemy pomocy.  

Na szlaku poznaliśmy wiele osób które nam pomagały. Była Natalia z Grzegorzem – para. Obecnie małżeństwo. Do dziś utrzymujemy kontakt. Był też Konrad. Człowiek petarda, którego dusza była pełna ewangelicznego żaru. Wystartował ze swoją ekipą z Francji, a więc miał już za sobą o wiele dłuższy dystans. Kiedy nas spotkał, podjął decyzję o odłączeniu się od swojej ekipy. Dołączył do nas i szedł z nami większą część drogi. Odłączył się od nas ok 50 km przed Santiago i szedł dalej by móc dołączyć się do swojej ekipy.

Do Santiago dotarliśmy w planowanym przez nas terminie. „Kuba” towarzyszył nam dzielnie na całej trasie. Dobrze, że jego kierowca Dominik na bieżąco reagował gdy po drodze zdarzało mu się niedomagać.

Po powrocie przygotowaliśmy wystawę w Bibliotece Jagiellońskiej ze zdjęciami z naszej wyprawy i zaczęliśmy snuć plany kolejnej edycji Camino Bez Barier. Tym razem za cel obraliśmy sobie Fatimę. To jednak temat na zupełnie inny tekst.

Na zakończenie myśl indyjskiego filozofa i poety z którą w pełni się utożsamiam: Wierzę, że jesteśmy wolni, w pewnych granicach, ale jestem przekonany, że istnieje niewidzialna ręka, przewodnik anioła, który jakoś jak zanurzone śmigło popycha nas do przodu. (Rabindranath Tagore)