Anioł

Wszyscy chyba kojarzymy ten obraz: dwójka dzieci idąca przez kładkę nad rzeką a za ich plecami anioł. Czuły, troskliwy dbający o to by dzieci bezpiecznie doszły do celu.

O aniołach lubię rozmawiać z dziećmi. Dla większości z nich, istnienie aniołów nie podlega jakimś dyskusjom. Dzieci wierzą prosto. Anioł jest i czuwa.

– Widział Pan kiedyś anioła? – padło kiedyś w jednej ze starszych klas podstawówki.

To pytanie za każdym razem uruchamia we mnie wspomnienie pewnego, niecodziennego spotkania.

Był rok 2007, może 2008… Z kumplem idziemy ulicą Sławkowską w Krakowie i planujemy wyjście do Santiago de Compostela. Od jakiegoś czasu chcieliśmy tam iść.

– Słyszę, że rozmawiacie o Santiago de Compostela? Właśnie stamtąd wracam. – słyszymy.

Za nami szedł przyspieszonym krokiem młody chłopak. Zbliżył się do nas i kontynuuje – dam wam jedną radę: poczekajcie aż naprawdę będziecie chcieć tej pielgrzymki. Zobaczycie, że sama wam się ułoży.

Wymieniliśmy się na szybko mailami.

Pamiętam, że chciałem mu zadać jeszcze kilka pytań. Niestety jego już nie było. Ciekawy człowiek. Pojawił się jakby znikąd i nagle znika – pomyślałem.

Mijały miesiące, a nasza idea wyjścia do Santiago pozostawała w dalszym ciągu w sferze marzeń… Któregoś dnia kolega dzwoni do mnie i mi mówi, że się rozmyślił i nie pójdzie do Santiago. We mnie z kolei ta myśl była ciągle żywa.

2010 został ogłoszony przez Benedykta XVI rokiem św. Jakuba. W Duszpasterstwie Akademickim mieliśmy zwyczaj corocznych zagranicznych pielgrzymek. Postanowiliśmy wyruszyć do Santiago de Compostela. Szybko uruchomiliśmy machinę związaną z przygotowaniami. Jako studenci organizowaliśmy zbiórki przy parafiach, by choć trochę było lżej finansowo.

Dzięki wsparciu dobrych ludzi, dość szybko udało nam się spiąć budżet. Kilkunastoosobowa grupa podzieliła się na mniejsze zespoły. Wyruszyliśmy w lipcu z Oviedo. Część ekipy szła Camino Norte, a część Primitivo. Pamiętam, że szedłem z dwoma koleżankami. Wybraliśmy Norte.

Już w pierwszym albergue poznaliśmy czterech księży z Polski. Do końca już spotykaliśmy ich na noclegach. Niektóre odcinki pokonywaliśmy wspólnie, dzięki czemu zrobiliśmy kiedyś dystans przewidziany na dwa dni w ciągu jednego dnia. Dzięki nim uczestniczyliśmy codziennie w Mszy Świętej. Nie odczuwaliśmy tego eucharystycznego braku, który jest zjawiskiem dość powszechnym w Hiszpanii.

Na trasie spotkaliśmy jeszcze jednego księdza. Z pochodzenia Hiszpan, miłośnik naszego kraju. Ks. Rafael, na prośbę Josemarii Escrivy, zakładał w Polsce Opus Dei. To tu zetknął się z polskimi dziełami literackimi, których część tłumaczył na język hiszpański. Wtedy był w trakcie tłumaczenia rozprawy filozoficznej Karola Wojtyły „Osoba i czyn”. Polubiłem go. Widziałem w nim autentyczny ewangeliczny ogień. Nie przypuszczałem, że dokładnie 10 lat później zacznę pracę w szkole, której filozofia działania opiera się o myśl założyciela Opus Dei. Bóg prowadzi ciekawymi ścieżkami.

Do Santiago dotarliśmy wcześniej niż zakładaliśmy. Tę nadwyżkę czasową wykorzystaliśmy i pojechaliśmy do Fatimy. Nie byliśmy tam nigdy wcześniej. Nie mieliśmy żadnej mapy. Za to wysiedliśmy z wiozącego nas autokaru ok 3:00 nad ranem. Było ciemno… Nie bardzo wiedzieliśmy, w którą stronę iść. Szliśmy więc przed siebie.

Po ok pół godziny zauważyliśmy bryłę wysokiego budynku zakończoną podświetlanym krzyżem. Intuicyjnie szliśmy w tamtym kierunku. Okazało się, że dotarliśmy pod bazylikę. Pamiętam moment jak staliśmy i wpatrywaliśmy się w figurę Maryi zamontowanej  na jej frontowej elewacji. I ten pokój… W Nasze serca, początkowo zaniepokojone obecnością w nowym miejscu, w jednym momencie wypełnił głęboki pokój.

Rozłożyliśmy karimaty i poszliśmy spać koło kaplicy cudu słońca. Kilka godzin snu i o 5:50 pobudka by o 6:00 móc wziąć udział w polskiej mszy. Po jej zakończeniu podszedłem do głównego celebransa z zapytaniem czy nie mógłby nam pomóc znaleźć jakiegoś noclegu. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zostaliśmy przez niego zaproszeni do domu pielgrzyma w którym on nocował ze swoją grupą.

Na miejscu poznaliśmy kapucyna, który był dyrektorem ośrodka. Dostaliśmy od niego darmowe śniadanie i informacje o miejscu gdzie znajdziemy nocleg tańszy niż u niego (reklama konkurencji! Szok!). Poszliśmy pod wskazany adres. Okazało się, że jest to schronisko dla pielgrzymów idących do Santiago. Za okazaniem paszportu pielgrzyma nocleg był za donativo (co łaska).

Wzięliśmy szybki prysznic i trochę się zdrzemnęliśmy. Gdy mieliśmy zamiar wychodzić i zwiedzać miejsca objawień, w holu recepcyjnym poznaliśmy rodzinę z… Polski. Ucieszyli się że widzą swoich. My też się ucieszyliśmy. Ich radość była tak duża, że zaprosili nas na kolację. Podzielili się też informacją o procesji z figurką Matki Bożej.

Następnego dnia wróciliśmy już do Santiago. Stamtąd autobusem do Madrytu, gdzie umówiliśmy się z resztą ekipy z Duszpasterstwa Akademickiego, by wspólnie wrócić do Polski.

Powiadają, że anioły nie istnieją, lub istnieją w wyobraźni małych dzieci i poetów. A ja wiem, że anioły istnieją. Prowadzą nas do celu. Nie widziałem tylko skrzydeł. Ale czy brak skrzydeł oznacza, że anioły nie istnieją?