Kamień cz. 1

Zaczęło się od tego, że nie chciałem chodzić na wagary. Nie rozumiałem takiej filozofii szkolnego funkcjonowania. Nigdy też nie paliłem ani nie piłem. Byłem raczej outsiderem. Swoje przyjaźnie zawężałem do bardzo wąskiego grona osób. Unikałem konfliktów i ziomali spod ciemnej gwiazdy. Uczyłem się w miarę dobrze. Mama tego pilnowała. Do dziś pamiętam, że jak wróciłem z „czwórką” to słyszałem hasło „czwórka to dobra ocena, ale… dlaczego nie piątka”? Wkurzało mnie to, ale  chciałem, żeby była piątka. No i była piątka. Przynajmniej z przedmiotów humanistycznych. Przedmioty ścisłe nigdy nie były moją mocną stroną.

W pierwszej klasie gimnazjum polonistka zadała na zadanie wymyślić lekturę młodzieżową, którą przeczytamy w grupach, a następnie przedstawimy ją na forum klasy. Zostałem wyznaczony na lidera zespołu. Tak się niefortunnie złożyło, że w grupie miałem jeszcze jednego lidera… Lidera szkolnej mafii.

Zaproponowałem by naszą lekturą młodzieżową był… „Harry Potter i kamień filozoficzny”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że młody czarodziej, którego bardzo polubiłem sprowadzi na mnie problemy. Buła – tak nazywali owego klasowego rzezimieszka – chciał bym mu tę książkę kupił lub pożyczył. Nie było na to mojej zgody, bo wiedziałem że pożyczenie oznaczałoby rozstanie się z książką na zawsze. A kupno z mojego punktu widzenia nie wchodziło w grę.

– Jak jej nie dostanę i dostanę pi**dę to dostaniesz wper*ol!

Cóż…nie dałem się zastraszyć i się zaczęły prześladowania chrześcijan… Trwało to kilka miesięcy, bardzo długich miesięcy. Wbijanie cyrkla na matmie w kolano, kreślanie po zeszytach czy wyzwiska kierowane pod moim adresem z jego strony a później też jego ziomali były czymś powszechnym. Kiedyś też pamiętam, jak szedłem ze szkoły to chłopaki się na mnie zaczaili i  rzucali w moją stronę śnieżkami w których były kamienie. Nie mówiłem o tym w domu.

Nie było mi łatwo. Bić się nie chciałem bo byłem sam na kilkuosobową ekipę. W końcu jednak nie wytrzymałem i opowiedziałem o wszystkim w domu. Tata, który odwoził mnie do szkoły, powiedział że sam się zajmie tematem.

Któregoś dnia jak mnie odwoził do szkoły, miałem mu pokazać Bułę. Zrobiłem o co mnie prosił. Wyszedł z auta, chwycił go za bluzę i…

– poznajesz go?

– Nie znam go!

– On twierdzi co innego! Jeszcze raz go tkniesz i ci nogi z d**y powyrywam!

Tyle słyszałem z tego dialogu, który trwał dłużej. Zakończył się porządnym kopniakiem zasadzonym z wykańczanego blachą budowlanego buta w cztery litery mojego szkolnego wroga.

– Ja i tak tego h**ja zaj**ie! – rzucił Buła na odchodne.

Tak się składa, że tamtego dnia zacząłem nosić okulary. W szkole miałem, delikatnie pisząc, przerąbane. Zaczęło się od mocnego strzała w brzuch na powitanie.

– Mówiłem, że cię k**a zaje***!

Najgorszy był wf. Tamtego dnia nie ćwiczyłem. Usiadłem na parapecie. Zawsze tak siedziałem gdy nie ćwiczyłem. Od parkietu na sali oddzielała mnie siatka zabezpieczająca okna przed wybiciem piłką. Nie przeszkadzało to moim szkolnym wrogom kopnąć jej w moją stronę tak, że omal nie oberwałem. A w trakcie biegów rozgrzewkowych jeden z nich splunął w moją stronę. Do dziś pamiętam taką melę ściekającą po siatce… Aż się nie dobrze robi na samo wspomnienie.

Zszedłem do szkolnej szatni. Tam mnie namierzył dyrektor. Oberwało mi się, że nie jestem na sali gimnastycznej i nie ćwiczę. Wyjaśniłem mu w końcu co się działo od kilku miesięcy. Wyszedł na salę gimnastyczną i sprowadził Bułę. Zadzwonił też po policję i moich rodziców.

Kiedy byłem przesłuchiwany, wtedy po raz pierwszy w moim życiu, czułem się jak gwiazda, która udziela wywiadu.

Buła był w gabinecie. Bał się. Później się dowiedziałem, że dosłownie zesikał się ze strachu. Deal był z nim taki: sprawa nie idzie do sądu pod warunkiem, że on i jego ziomy dają mi spokój i zapewniają ochronę.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta historia wróci do mnie 10 lat później…