Kamień cz. 2

Trudne doświadczenia z Bułą i jego spółą, podobne sytuacje z udziałem innych „kumpli” spod znaku ciemnej gwiazdy w połączeniu z dość wybuchowym temperamentem mojego ojca, sprawiły że dość często bolała mnie głowa. Jeździłem na konsultacje neurologiczne i do zielarzy po ziółka z Tybetu, a głowa nieraz dosłownie puchła z bólu.

Przyszedł czas liceum. Nie wiem co takiego w sobie miałem, ale zaraz na początku I klasy, jeden ze starszych uczniów poczęstował mnie strzałem w brzuch. Za co? Dla sportu? Dla zabawy? Jak dyrektor wziął go w obroty to sam przyznał, że nie wiedział dlaczego mnie uderzył. Po prostu tak go jakoś naszło i przycedził mi w brzuch. 

Długo się zastanawiałem, co ja w sobie mam, że ściągam na siebie tego typu historie. W pewnym momencie zaczęła w mojej głowie świtać myśl: „ej, a może to Cię ma do czegoś przygotować?” Święci w końcu też łatwo nie mieli. No ale gdzie mi tam do świętości. Daleko! „No to poszukaj świętego który Ci pomoże.”

Tak poznałem św. Szczepana. Pierwszego diakona i pierwszego męczennika. Wczytując się w jego hagiografię odkryłem, że jest on patronem kamieniarzy i że wzywa się go wtedy gdy… boli głowa. Stwierdziłem, że Szczepan będzie moim patronem do bierzmowania. Takie imię też przyjąłem tamtego dnia z rąk (wtedy jeszcze) biskupa Kazimierza Nycza.

Na Szczepanie zacząłem budować siebie na nowo i być może trudno będzie w to uwierzyć, ale od dnia bierzmowania bóle głowy ustały. Odczytałem to jako potwierdzenie wcześniejszych intuicji, które mi podpowiadały, że siły do zmagania się z przeciwnościami trzeba szukać przede wszystkim w sile ducha a nie w sile mięśni. To był moment, w którym zacząłem wchodzić głębiej w chrześcijaństwo. Początkowo czytając życiorysy  świętych, książki dotyczące historii Kościoła i Pismo Święte. To co mnie uderzyło to fakt, że można wejść w osobistą relację z Bogiem tak jak z przyjacielem i że jeśli się Mu zaufa to  On będzie już dalej prowadził przez życie. Fundamentem tej relacji jest prawda, miłość i zaufanie, że to co w najgłębszych zakamarkach duszy pochodzi od Niego. Trzeba zatem za tym iść, nawet za cenę porzucenia dawnych przyzwyczajeń czy znajomości. Każdy człowiek ma swoje wzgórze Moria.

Niewątpliwie, na tamtym etapie mojego życia, pomocny w rozwoju życia duchowego okazał się mój ksiądz katecheta ks. Zbigniew Zięba. Nie ukrywam, że często się na nim wzoruję prowadząc lekcje religii, które sam bardzo miło wspominam.

Mijały lata, skończyłem liceum i zamiast do seminarium (o tym też, może kiedyś napiszę ;)) trafiłem na studia teologiczne, po których nie wiedziałem co mi przyjdzie robić. Teologia katechetyczno-pastoralna – tak się nazywał mój kierunek, a że nie byłem obeznany w kwestiach kościelnych to myślałem, że pewnie po tym zostanę pastorem. Teraz z uśmiechem wspominam tamten czas niewiedzy i jednocześnie zaufania temu co grało i w dalszym ciągu gra na dnie duszy.

Zaraz na początku studiów trafiłem na Pustelnię. Nie będę się teraz rozpisywał o tym niezwykłym miejscu. Na to przyjdzie czas innym razem. W każdym razie dzięki Pustelni poznałem bliżej kolejnych świętych: św. Franciszka, św. Jana od Krzyża, św. Teresę z Avila i św. Teresę z Lisieux. Odkryłem także piękno modlitwy kontemplacyjnej. Poznałem prawidła rozwoju życia duchowego. Pomagają  mi one w zrozumieniu otaczającego mnie świata i pracy katechetycznej.

Zaraz po studiach wyjechałem na doświadczenie misyjne do Ghany. Rok wcześniej byłem w Kazachstanie, a w trakcie studiów m.in. na Wyspach Sołowieckich, Syrii i Libanie. Podróże kształcą i poszerzają horyzonty. Zauważam jak wiele duchowej szkody robi źle przeżywany dobrobyt. W krajach biedniejszych ludzie są zdecydowanie bardziej ludzcy.

Jeszcze w trakcie studiów teologicznych, zostałem skierowany do pracy w szkole. Od tamtego momentu jestem już w szkole jako katecheta. Zaczynałem od szkoły prywatnej, potem były szkoły państwowe, a teraz znowu prywatna. Tym razem jednak przepełniona Bożym Duchem. Cieszy mnie to bardzo i wlewa w serce nadzieję, że jednak jest o co walczyć i do czego prowadzić uczniów z którymi na co dzień się spotykam.

Doświadczenie z Bułą i spółą wzmocniło we mnie przekonanie, że zło jest wynikiem braku dobra. Brak miłości zezwierzęca człowieka. Iluż takich poranionych uczniów już spotkałem, którzy na co dzień zachowywali się jak ten „mój” Buła? Wielu.

Pamiętam jedną sytuację. To było na śląskim etapie mojego życia (o tym jak trafiłem na Śląsk pisałem w jednym z poprzednich tekstów). Pracowałem w gliwickim gimnazjum. Miałem tam ucznia o imieniu Paweł, który bardzo mnie nie lubił.

Któregoś dnia miałem zaplanowaną lekcję na temat misji w Afryce. Była to tzw. lekcja otwarta. Każdy kto chciał mógł na nią przyjść. Przygotowałem specjalne plakaty, które rozwiesiłem w budynku szkolnym. Na plakacie jestem w towarzystwie dzieci z Ghany. Paweł dorysował wokół mojej głowy szubienicę i dołożył napis „powiesić ch**ja”. Ten temat miałem realizować akurat w klasie do której chodził. Nie było go na tej lekcji.

Fot. Archiwum autora

Dzień był ciepły, sala lekcyjna na podwyższonym parterze, okno otwarte. W ramach lekcji wziąłem do odpowiedzi któregoś ucznia. Kątem oka widzę, że Paweł jest przed szkołą, zaraz pod moim oknem. Gdy uczniów pytam, zwykle odjeżdżam krzesłem od biurka by móc się bardziej zwrócić w stronę ucznia. Tak też się wtedy stało. W momencie gdy odsuwałem krzesło do sali lekcyjnej wpada kamień, mija mnie dosłownie o milimetr i… trafia pytanego przeze mnie ucznia.

Zamknąłem okno. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Wiedziałem, że to Paweł go rzucił.  On był takim Bułą dla innych uczniów i nauczycieli. Nie mogłem tego tak zostawić. Poszedłem do dyrekcji z oficjalnym pismem w którym opisałem całe zajście. W załączeniu dorzucam plakat z szubienicą. Byłem pierwszym nauczycielem, który odważył się złożyć donos na Pawła. On był nietykalny. Bali się go uczniowie, a nauczyciele nie chcieli sobie robić problemów. Nie mniej wszyscy chcieli, żeby Paweł opuścił mury szkoły bo był wyraźnie zaburzony i niebezpieczny dla otoczenia.

Do dziś nie mam pewności czy moje oficjalne pismo odegrało tu jakąś ważną rolę, w każdym razie Paweł opuścił mury szkoły i trafił do tzw. OHPu. Nie wiem co się z nim teraz dzieje. A co z Bułą? Wiem, że gdy byłem na studiach to on brał udział w zadymie na jednym z meczy piłki nożnej i dźgnął nożem kibica przeciwnej drużyny. Został ujęty przez policję. Jego sprawa trafiła do sądu, a on sam został skazany na odsiadkę za próbę zabójstwa.

Czasem się zastanawiam czy gdyby 10 lat wcześniej dyrekcja szkoły zareagowała mocniej, gdy wyszła sprawa, że mnie prześladował, to czy jego życie nie potoczyłoby się inaczej. Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Wiem jedno – brak miłości jest jak kamień. Początkowo niewielkich rozmiarów, ale i tak uwierający. Jeśli się w porę nie zareaguje i nie usunie wypełniając pozostawioną po nim przestrzeń miłością, to z czasem przybierze formę trudnego do rozkruszenia głazu, który swoją twardością i chropowatością tym bardziej będzie ranił człowieka.  Ten z kolei, nie mając innego doświadczenia, będzie ranił innych w swoim otoczeniu. Brak miłości boli i zabija człowieczeństwo. Miłość uzdrawia i daje życie, dlatego trzeba z nią wychodzić do tych, którzy jej nie doświadczyli. Nie jest to łatwe. Nieraz trzeba wyjść na peryferia i cierpliwie czekać, niczym zatroskany ojciec na powrót marnotrawnego syna, nie mając pewności czy wróci.