Misja

10 lat temu rozpocząłem swoją przygodę z katechizacją w szkole. W tym czasie odwiedziłem już 4 diecezje, i kilkanaście placówek oświatowych. Szkoły zmieniałem głównie dlatego, że dostawałem „przydział” na zastępstwo za kogoś na czas roku, ewentualnie dwóch. Nie było jednak sytuacji w której byłbym bez pracy. Dzięki Bogu. Najkrócej pracowałem w jednej śląskiej szkole – tylko pół roku,  a dokładniej od września do ferii zimowych. Drugi semestr miałem zaczynać już w innej placówce.

Wielu uczniów pochodziło tu z trudnych środowisk. Mimo młodego wieku doświadczyli już niejednej traumy. Odbijało się to w ich zachowaniu na lekcjach. Nie tylko na lekcjach religii. U mnie o dziwo panował względny spokój. Trudno mi było początkowo ocenić czy mnie słuchają. Nie przeszkadzali co prawda, ale byli jakby nieobecni. Tylko ministranci i ewentualnie dziewczynki z parafialnej scholi  się zgłaszały. A i to nie jakoś bardzo często.  

Cóż zrobić… Do takiej rzeczywistości zostałem posłany. Trzeba próbować się z nią zmierzyć. Swoje zajęcia staram się prowadzić tak, żeby ukazać uczniom Boga obecnego w każdej sytuacji. Nawet tej, wydawać by się mogło beznadziejnej. Opowiadam przy okazji o swoich różnych życiowych przygodach i zakrętach,  z których z Bożą pomocą udawało się mi wychodzić finalnie bez szwanku.  Jednocześnie wysyłam jasny i konkretny sygnał, że jestem dostępny dla uczniów i jak tylko ktoś będzie chciał ze mną porozmawiać na temat, który go boli będzie miał taką możliwość.

Nie sądziłem, że akurat w tej szkole przyjdzie się mi zmierzyć z problemem, wobec którego początkowo będę bezradny…

Po jednej z lekcji (o ile dobrze pamiętam mówiłem uczniom na temat burzy na jeziorze, którą uciszył Jezus), przyszły do mnie dwie dziewczyny z szóstej klasy. Najcichsze ze wszystkich. Siedziały razem w jednej ławce: Magda i Ola.

– Proszę pana, czy znajdzie Pan dziś chwilę?

– A co się dzieje?

– Chcemy pogadać, a dokładniej Ola chce.

– Jakiś gruby temat? – zapytałem.

– Tak. Nie na przerwę. – odpowiedziała Magda.

– Hmm… Popatrzę w kalendarz i zobaczę czy dzisiaj jestem wolny… Tak. Dacię radę być o 14:30?

– OK.

Nie bardzo wiedziałem, czego się mogę spodziewać po tym spotkaniu. Miałem tylko pół godziny. No ale skoro temat „gruby”…

Godzina 14:30 a dziewczyn nie ma. Pomyślałem, że sobie żarty zrobiły. Mija 5 minut, potem kolejne 5… W końcu wyszedłem z sali i zacząłem ją zamykać.

– Proszę pana, proszę pana! – słyszałem głos Magdy – już idziemy.

– Dziewczyny, o której się umawialiśmy, co?

– Przepraszamy, ale Ola miała trudniejszy moment i wydawało się, że już nie przyjdziemy ale jesteśmy.

– To zapraszam w takim razie.

Usiadłem za biurkiem a dziewczyny w pierwszej ławce.

– Co się dzieje? Na spokojnie… Mamy czas… – zachęcałem, widząc na twarzy Oli wyraźne zmieszanie.

– Ola mów – szepnęła Magda do koleżanki. Ona jednak wyraźnie walczyła sama ze sobą.

– Wdaje się, że tylko panu możemy to powiedzieć – powiedziała Magda

– Tym bardziej słucham… Olu…?

Obserwuję Olę jeszcze chwilę. W pewnym momencie widzę, że jej oczy się zaszkliły.

– Bo ja zabiłam swojego tatę… – wykrztusiła z siebie Ola.

– Olu na spokojnie, opowiedz wszystko dokładnie – powiedziałem. W duchu modliłem się o światło Ducha Świętego zarówno dla mnie jak i dla niej.

Nie mogę przytoczyć dokładnie tego co usłyszałem. To było zbyt intymne. Dziewczyna bardzo kochała swojego ojca, jednak czasem się z nim kłóciła, zwłaszcza wtedy jak wpadł w ciąg alkoholowy i był agresywny dla niej, mamy i jej młodszej siostry. Ostatni okres był dla ich relacji bardzo trudny. Pokłócili się. Tata wyszedł z domu. Wieczorem rodzina zaczęła go szukać, ale to Ola go znalazła. Na strychu. Powiesił się…

– Ola to nie jest Twoja wina! Słyszysz!? – przekonywałem.

– Gdzie tu był Bóg proszę pana? Gdzie Bóg jest teraz? Gdzie On jest? Przecież ma czuwać nad nami! Tak pan mówił! To gdzie On teraz jest? A jeśli jest, to co zrobi z moim tatą?

Magda patrzyła na mnie badawczo, patrzyła też na Olę. Co ja ma teraz powiedzieć? Pracuję dopiero 6ty rok w szkole. Na studiach nas nie przygotowywali na takie sytuacje, albo ja sobie nie przypominam… Boże gdzie jesteś? Gdzie jesteś?

– Olu, nie wiem co mam ci teraz powiedzieć. Nie wiem jak mam ci to wytłumaczyć. Po ludzku jest to bardzo trudne – tłumaczyłem się – moglibyśmy się pomodlić?

Odmówiliśmy wspólnie modlitwy „Ojcze nasz” i „Pod Twoją obronę”. Usiedliśmy i… milczeliśmy…

– Dziękuję proszę pana. Jest mi już trochę lżej. Nikomu wcześniej o tym nie mówiłam. Tylko Madzi. Tyle, że ja dalej nie widzę w tym sensu.

– Olu… W każdym wydarzeniu jest jakiś sens. Też go teraz nie widzę, a nie chcę ci bajek opowiadać. Moglibyśmy dokończyć naszą rozmowę w przyszłym tygodniu? – zapytałem.

– Dobrze. Za tydzień.  – odpowiedziała Ola.

– Dzięki. I mam też prośbę do was. Pomódlcie się za mnie…

Tydzień później spotkałem się z Olą i Magdą ponownie. Czułem ciężar odpowiedzialności. Od tej rozmowy mogło wiele zależeć.  Nie miałem w głowie, żadnej konkretnej odpowiedzi. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Olu, pamiętasz jak na lekcji opowiadałem wam o tym, że to Bóg nas prowadzi i że jest z nami w każdej, nawet trudnej sytuacji?

– Pamiętam.

– A czy zgodzisz się ze mną, że Bóg jest jak Słońce: czasem jest dla nas bardziej uchwytny, bardziej doświadczalny, a czasem jakby za chmurą. Niedostępny. Jakby schowany…

– No tak.

– Mówiłaś mi ostatnio, że z Twoim tatą się czasem kłóciliście, ale były też dobre momenty. Prawda? Pamiętasz je? – prowadzę rozmowę dalej, ale sam do końca nie wiem gdzie ona nas zaprowadzi.

– No tak. Tych dobrych chwil było całkiem sporo – zaczęła wymieniać dobre wspomnienia z tatą.

– Wiesz, że tata bardzo cię kochał. Zostawił w Twoim sercu wiele dobrych wspomnień. I Ty też go kochałaś. Gdyby tak nie było to teraz nie rozmawialibyśmy o tym. Nie możesz się czuć winna tego co się stało. Twój tata był chory. Alkohol sprawia, że człowiek robi różne głupie rzeczy. Przebacz to swojemu tacie. Pamiętaj tylko to co dobre. A to cierpienie, którego doświadczyłaś poprzez chorobę Twojego taty, mogło się wydarzyć w Twoim życiu, bo być może Bóg cię chce przygotować do czegoś większego. Może ma dla ciebie jakąś misję?

– Misję? Dla mnie? – zdziwiła się Ola.

– No tak – czuję, że idę w dobrym kierunku. Nabrałem pewności siebie i rozrysowałem jej relację z ojcem w postaci sinusoidy. Wytłumaczyłem, że tak wygląda każda relacja. Ta z Bogiem również. Raz jest dobrze, jasno, a raz jakby pochmurno i w dolinie. Nie mniej zawsze jest. – Twój tata był z Tobą nawet wtedy gdy ci tego nie okazywał. Bóg też jest z nami nawet wtedy gdy go bezpośrednio nie doświadczamy. W zasadzie to myślę, że im człowiek ma bardziej pod górkę to tego Bóg bardziej kocha.

– Ale jak to? Czemu tak?

– Też tego nie rozumiem. Nie jestem Bogiem, a On jest tajemnicą samą w sobie. Gdyby tak nie było to pewnie przestałby być Bogiem… Ale znam życiorysy świętych i wiem, że ich Bóg mocno przeczołgał przez życie zanim ich posłał do ludzi. Być może Bóg chce mieć w Tobie narzędzie? W zasadzie jestem tego pewien, że chce. Myślę, że jak już dorośniesz to mogłabyś zacząć pomagać innym ludziom, którzy doświadczyli tego co Ty. Ty ich zrozumiesz od razu. Nie będziesz potrzebowała tygodnia czasu na rozkminy tak jak ja…

Rozmawialiśmy jeszcze długo. Rozpatrywaliśmy temat z różnych perspektyw i tak naprawdę nie miałem pewności czy jej pomagam. Miałem nadzieję, że jednak nie szkodzę.

***

Dwa tygodnie po tej rozmowie, Ola zostaje chwilę po lekcji religii.

– Chciałam panu podziękować.

– Mnie? Za co? – zdziwiłem się

– Ta rozmowa dużo mi wyjaśniła. Bóg jest cały czas ze mną. A z mamą się przeprowadzamy do innego mieszkania, żeby złe wspomnienia nie wracały.

***

Foto: Internet

Wydawać by się mogło, że pół roku to niewiele, jednak to w ciągu właśnie TEGO pół roku uświadomiłem sobie na czym polega MISJA katechety w szkole. Ta obecność ma sens. Ma sens. 

/W trosce o zachowanie anonimowości imiona uczniów zostały zmienione a miejsce i okoliczności zdarzeń uogólnione/