Opatrzność

My, katecheci, nie szukamy sobie sami pracy. Tym zarządzają Wydziały Katechetyczne poszczególnych diecezji. Zwykle jest tak, że jeśli wejdzie się w „rynek” to można być spokojnym o pracę. Zwykle. Raz doświadczyłem w swoim życiu sytuacji, w której zakończyłem pracę na czas zastępstwa za katechetkę będącą na macierzyńskim po czym nie dostałem propozycji kolejnej placówki w diecezji na terenie której pracowałem. Zwyczajnie, był to okres w którym katechetów było więcej niż obecnie co skutkowało tym, że Wydział Katechetyczny nie dysponował odpowiednią ilością godzin, z których pensja pozwalałaby na nawet skromne życie.

Czułem się jak rybak, który rzuca sieć w morze i po długim czasie wyławia ją pustą. Nie było to przyjemne uczucie. W mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli o szukaniu pracy poza szkołą… Analizowałem co i gdzie mógłbym robić, jednak nawet gdy coś mi przychodziło do głowy i było potencjalnie bardziej atrakcyjne finansowo to nie cieszyło mnie to. Zamiast tego pojawiało się przygnębienie.

Któregoś dnia zaprzyjaźniona rodzina ze Śląska podrzuciła mi myśl, żeby spróbować się „wkręcić” do jednej z tamtejszych diecezji. Pamiętam, że najpierw pojechałem do Katowic – zostałem odesłany z kwitkiem. Potem pojechałem do Sosnowca – tam też nic. Myślę sobie – no to ładnie, czeka mnie pewnie bezrobocie. Została mi jeszcze jedna diecezja – gliwicka.

Pamiętam, że był już sierpień. Przyjeżdżam do Wydziału Katechetycznego z wszystkimi dokumentami potwierdzającymi kwalifikacje do wykonywania pracy katechetycznej. Zostaję przyjęty przez dyrektora, chwilę rozmawiamy, wypełniam też kwestionariusze osobowe, potrzebne aby mnie wprowadzić w diecezjalny „rynek”. Okazało się jednak, że potrzebuję adresu zamieszkania na terenie diecezji i wtedy cały proces będzie można uznać za zamknięty. Potem tylko czekać na telefon z ofertą pracy.

Przyjęta diecezji praktyka przyznawania godzin w dużej mierze zależy od dyrektora danego wydziału. W tym przypadku dowiedziałem się , że katechetę lokuje się w takiej szkole, żeby miał w miarę blisko do pracy. Innymi słowy jeśli katecheta mieszka na terenie miasta X to nie daje się mu godzin w mieście Y oddalonym np. 50 km od jego miejsca zamieszkania.

Wtedy mieszkania nie miałem i nawet nie miałem jakichś bardziej racjonalnych podstaw żeby go szukać. Obejrzałem kilka ofert w centrum Gliwic i okolicach centrum. Nie miałem jakiejś większej nadziei na pozytywne rozwiązanie tego problemu. Została modlitwa.

Dwa tygodnie po wizycie na Śląsku odebrałem telefon z gliwickiego Wydziału Katechetycznego:

– Szczęść Boże! Dzwonię z informacją, że mamy wolne godziny na terenie naszej diecezji. Przeprowadził się już pan?

Byłem trochę zmieszany i nie bardzo wiedziałem co odpowiedzieć…

– Jestem w trakcie przeprowadzki – odpowiedziałem

– Bardzo dobrze! W takim razie gdyby pan mógł podać przybliżony obszar w którym pan będzie mieszkał to będę wdzięczny.

I w tym momencie totalnie zgłupiałem. Jaki obszar? Ja nie znam tego miasta. Pytanie jeszcze w jakim mieście te godziny. Był stres.

– Oddzwonię od księdza za parę minut. Muszę dokładnie sprawdzić gdzie to jest.

– Dobrze. Czekam na telefon zwrotny – usłyszałem.

Cóż mogłem zrobić? Miałem mętlik w głowie. Pamiętam, że otwarłem z jednej strony mapy w Googlach a z drugiej listę parafii w diecezji gliwickiej. I co dalej? Kotłowało się we mnie strasznie. W końcu uderzam do Boga w myślach: Boże wierzę, że jesteś i że mnie słuchasz. Bez Ciebie nie ogarnę tego. Pomóż mi!

To chyba była najbardziej szczera modlitwa w moim życiu. Wypowiadając w myślach te słowa nerwowo patrzyłem na listę parafii na mapę w Googlach: Najświętszego Serca Pana Jezusa, Podwyższenia Krzyża Świętego, Świętego Bartłomieja, Michała Archanioła… Myślę sobie: trudno! Niech będzie parafia św. Bartłomieja.

Wciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Wydział Katechetycznego.

– Szczęść Boże! Kamil Syc z tej strony. Miałem oddzwonić z przybliżonym obszarem mojego zamieszkania.

– Tak, tak. Czekałem na pana telefon.

– No więc – zaczynam bardzo niepewnie, łamiącym się od nadmiar emocji głosem – nie wiem jaka to dokładnie ulica, ale będę mieszkał na terenie parafii św. Bartłomieja. Taki duży ceglany kościół.

– Żartuje pan?

– Eeee…. – to były najdłuższe 3 sekundy mojego życia – …nie. Tam będę mieszkał.

– Panie Kamilu! To bardzo dobrze się składa bo właśnie do tej parafii chcemy pana skierować. Tam jest Zespół Szkół. Na początek byłoby to 16 godzin na okres 2óch lat a jak się jeszcze jakieś godziny gdzieś pojawią to dołożymy. Bierze pan?

– Tak! Pewnie, że biorę! Dziękuję!

– W takim razie zapraszamy do wydziału już z dokładnym adresem zamieszkania. Damy wtedy panu namiary na proboszcza, dyrekcję szkoły i resztę to już pan wie co robić.

– Jasne! Dziękuje jeszcze raz! Z Panem Bogiem!

Uff… Boże dzięki, że jesteś!

2 może 3 dni później pojechałem do Gliwic. Musiałem znaleźć mieszkanie blisko kościoła, którego na oczy nie widziałem w mieście którego nie znam. W serwisie z ogłoszeniami wypatrzyłem coś w miarę niedrogiego. Umówiłem się na wizytę. Mieszkanie mieściło się w kamienicy przy ulicy św. Marka. Właścicielką była starsza pani. Nie był to jakiś, luksus ale nie miałem czasu ani funduszy na wybrzydzanie. Wziąłem co było. Potem okazało się, że znalazłem mieszkanie oddalone 15 minut spacerem od szkoły w której miałem rozpocząć pracę.

Tak rozpocząłem swoją przygodę ze Śląskiem. Podpieram się tą historią, gdy odnoszę do życia ewangeliczny fragment o burzy na jeziorze, lub gdy mówię o Opatrzności. Uczniowie słuchają z otwartymi buziami a ja mam pewność, że nie opowiadam im bajek. Bóg jest miłością i wiem, że to On prowadzi mnie przez życie.