Wspaniały blask Króla

Wspaniały blask Króla zwyciężył ciemności, ciemności tego świata. Uwielbiam śpiewać tę pieśń, zwłaszcza w wersji znanej z Liturgii Paschalnej w neokatechumenacie. Jest w niej taki piękny patos i duma. Duma z naszego Boga. Zawsze jak ją śpiewam moje serce wypełnia radość i wdzięczność. Tak już ponad 18 lat. Moja relacja z nim jest już pełnoletnia. I nie miałem ani jednego dnia przez te wszystkie lata w którym bym zwątpił. Owszem bywałem na niego wściekły, nie rozumiałem dlaczego różne rzeczy dopuszcza, czasem coś zabiera… Wtedy najczęściej jechałem sam samochodem, gdzieś daleko by krzyczeć. Takie wywrzeszczenie niezrozumienia mi pomagało. Pamiętam jak kiedyś zapisałem swoje doświadczenia odkrywania Go, w zasadzie była to pierwsza wersja tego co później znalazło się w mojej książce 'Byłem w piekle, nie polecam’. Zakończyłem to wtedy zdaniem: mając 33 lata Jezus Chrystus umarł na krzyżu bym mógł żyć. Mam 33 lata żyję.

On – ten, który był, który jest i który przychodzi. Przedziwne to. Bo dzisiaj z wielką pewnością mogę stwierdzić, że on był blisko mnie nawet wtedy, gdy ja byłem daleko od Niego. Gdy szydziłem, wyśmiewałem. Również wtedy gdy byłem bardzo blisko śmierci…  Niedużo brakowało, ciut ciut…Wiem, że to On wtedy przyszedł i mnie uratował. Być może wystarczyło jedno moje spojrzenie na Niego, jedna w myśli wyszeptana prośba  o pomoc. Zdarzyło się to kilka dni przed tym, gdy znalazłem się w moim Morzu Czerwonym. Była  nim wanna wypełniona wodą. Czerwoną, bo wypełniona moją krwią…On nie pozwolił jednak złamać trzciny nadłamanej, nie pozwolił zgasić dogasającego knotka…

Zapalono świece od paschału, światło roznosiło się po kościele, a mnie dotknęły wczoraj słowa:

’ O jak przedziwna łaskawość Twej dobroci dla nas! O jak niepojęta jest Twoja miłość, aby wykupić niewolnika, wydałeś swego Syna’. Tak byłem w niewoli. Wiele lat. Poszukiwałem siebie i błądząc trafiłem do sztucznych rajów. Trafiłem do piekła. Byłem tam, widziałem to wielokrotnie. Widziałem kilkunastu ludzi stłoczonych na 30 tu metrach kwadratowych, był to duży pokój nad piekarnią. Właściciel sam uzależniony od amfetaminy wynajmował za grosze łóżka innym uzależnionym. Widziałem ich chude ciała, trupie, niewidzące oczy błądzące gdzieś po suficie. Leżeli jeden koło drugiego, w większości  ze słuchawkami na uszach. Wszyscy w niewoli swojego ja, swojego ego. Demon zwiódł ich, pomylili szczęście z przyjemnością…. Leżeli tak bardzo blisko innych ludzi będąc tak bardzo daleko jeden od drugiego. Potwornie samotni umierali na raty…Niektórzy pomieszkiwali na dworcu, zabłądzili w ciemności. By do nich trafić trzeba było zejść z peronu i kluczyć długo wśród torów. Smród odchodów z pociągów, przerażający mrok. I nagle w niewielkich niszach, wśród zniszczonych barłogów leżeli ludzie. Wyglądali jak kościotrupy. Z zapadniętymi policzkami, ze sztucznie błyszczącymi heroiną oczami, ze źrenicami jak ziarnko maku. Pobłądzili w ciemności swego uzależnienia. Widziałem dużo takich obrazów. Byłem w niewoli i ja…

Wszyscy boimy się czasem śmierci. Rok temu zaczęła się pandemia. Kluczowy w jej rozprzestrzenianiu jest strach. Ja też temu uległem. Rok temu karmiłem się milionami informacji z całego świata. Gdzie ile osób umarło, gdzie ilu jest chorych. Buszowałem w Internecie czytając tysiące wizji na temat tego co się dzieje. Nie dało mi to nic poza tym jednym. Bałem się. I wtedy stanąłem przed lustrem. Spojrzałem na siebie i zadałem sobie pytanie. Wierzysz? Wierzysz w życie wieczne? Chciałem prawdy o sobie. Biłem się z myślami, obserwowałem to, co się we mnie dzieje. Najgorsza była Niedziela Wielkanocna bez Mszy Świętej. Bo limity, bo nie wpuszczają… I wtedy coś we mnie pękło. Przecież ja wierzę! Ja nie chcę już bez Niego żyć bo takie życie pozbawione jest podstawowego sensu! Zmartwychwstania! Tak, wierzę w życie wieczne, nie boję się śmierci. Życie zwyciężyło. W Wielki Poniedziałek udało mi się wejść do kościoła być na mszy i przyjąć komunię. Od razu lepiej. Od tego czasu nie boję się, nie mam lęku. Może też pomogło w tym to, że przestałem praktycznie czytać te wszystkie straszne, chaotyczne i pozbawione rozumu i logiki informacje.

Kiedyś, dawno temu, gdy szukałem siebie  w drodze na wschód byłem na pewnym seminarium. Ćwiczyliśmy  bardzo intensywną, hinduistyczną praktykę oddechową. To było bardzo mocne przeżycie. Usłyszałem wtedy od prowadzącej – Maciek oddychaj! Nie było mnie, nie było mojego ja, nie było oddechu. Była pustka. Zbliżyłem się do tego obiecanego stanu – bycia mikroskopijną kropeczką gdzieś we Wszechświecie, tożsamy z wszystkim co jest.

Dzisiaj wiem, że nieprawdą jest, że są różne drogi na ten sam szczyt. Są różne drogi na różne szczyty!!! A ten najwyższy, ta najwyższa brama została nam dzisiaj otwarta. On pokonał śmierć, umarł za nas i zmartwychwstał  byśmy i my wyszli ze swoich grobów! Zmartwychwstały Jezus, jego przemienione ciało. My też takie otrzymamy. Ależ to jest piękna historia! Ależ to jest radość! Poznamy go i staniemy twarzą w twarz. Wierzę, że tak będzie. To absolutnie najpiękniejsza wizja wieczności. Jakże inna od tych duchowości w których niegdyś poszukiwałem prawdy.

Kończyła się Wigilia Paschalna. A ja stałem obok mojej żony i dzieci wypełniony radością. Stałem i śpiewałem głośno mając absolutną pewność, że to wszystko jest prawdą!

Nie zna śmierci Pan żywota, chociaż przeszedł przez jej wrota. Rozerwała grobu pęta ręka święta Alleluja! Twój Adamie dług spłacony, okup ludzki dokończony. Wnijdziesz w niebo z szczęśliwymi dziećmi Twymi Alleluja! Próżno straże grób strzeżecie. Już Go tutaj nie znajdziecie. Wstał, przeniknął skalne mury Bóg natury. Alleluja!