Catharsis – Moja Pieerwsza Komunia Święta. Jasna Góra

            Choć wprowadzenie Dekalogu do swojego życia było kolejnym przełomowym momentem, to wciąż ks. Leszek Kasperowicz głowił się jaką droga ma mnie prowadzić. Widział, że wzrastałam. Sama też czułam, że się zmieniam. Otwieram. Coraz głębiej chłonę katechezę. Moje lekcje religii przeplatają się już z pragnieniem uczestnictwa we mszach świętych. Płomienne kazania księdza, głoszone z mocą i charyzmą, przyciągają nie tylko rzeszę wiernych, skupiają także moją coraz większą uwagę. Wsłuchuję się uważnie w Słowo Boże. Zaczyna fascynować mnie przebieg obrzędów i cierpliwie otrzymuję odpowiedzi na moje pytania o ich znaczenie. Przysłuchuję się świadectwom składanym podczas mszy i dostrzegam szczęście ludzi ufnie wierzących w uzdrawiająca moc Boga.

Kułam pilnie ten cały Boży materiał. Świat zewnętrzny się dla mnie całkowicie zatrzymał.

Nie wiedziałam, że znajduje się już w takim „Bożym Pociągu”, którego stacji w moim życiu będzie tylko przybywać. Mogłam zawsze wysiąść, ale już nie chciałam, pomimo, ze nie widziałam dokąd ten pociąg zmierza.

            Po kilku miesiącach nauki, wiosną mój osobisty katecheta wciąż nie miał pomysłu co dalej. Zachęcał mnie bym bardziej przylgnęła do grupy Odnowy w Duchu Świętym. Fascynował wiernych swym entuzjazmem i humorem. Słowo Boże w jego katechezach i kazaniach żyło ! Skupiał wokół siebie kilkuset osobowa grupę.

            Bardzo mnie wzruszał rytuał wspólnego modlenia się nad poszczególnymi osobami, do czego ksiądz zachęcał. Nakładanie rak z modlitwa przyzywająca Ducha Świętego, to taki piękny starotestamentowy rytuał, do którego mogli dostąpić tylko najgorliwsi wierni. W ewangeliach Jezus Chrystus uzdrawiał nakładając ręce. Na niewidomego. Na kobietę. Na chorych.

            Gdy pewnego razu pojechaliśmy z Odnowa na piękna polane do lasu, a było nas ponad 100 osób,  ksiądz na zakończenie mszy polowej podszedł do mnie, głęboko się skłoniwszy, pochylił głowę i poprosił bym się za niego pomodliła swoimi słowami, wprawił mnie w ogromne zakłopotanie. To był taki kolejny wstrząs i bardzo głębokie przeżycie. Ja? Nad księdzem? Za księdza? Jak? Nie byłam w stanie wydusić ani jednego słowa. Tylko łzy płynęły same…

Otoczyła mnie gromada kilkunastu osób i nakładając na mnie ręce dodawali mi otuchy modląc się za moja odwagę. Nieświadoma zdałam wówczas egzamin z modlitwy wstawienniczej.

Była to swoistego rodzaju inicjacja gdyż ileż to osób ma szanse pomodlić się w ten sposób nad swoim kapłanem.? Ale ja ??

Kwiecień zakończył moja katechezę. Pilna uczennica. Zadowolony ksiądz. Ale co dalej? Potrzebny był jakiś znak, Znak z Nieba !

            Tego roku w maju odbywał się IV Kongres Odnowy w Duchu Świętym. Ksiądz Leszek zaproponował mi dwudniowy wyjazd z Jego Odnowa. Z parafii św. Jana Bosko wyjeżdżały dwa pełne autokary. Znalazło się dla mnie miejsce. Zbiórka piątek w nocy by przybyć na  Błonia Jasnej  Góry jak najwcześniej. W planie dwudniowe konferencje, nocne czuwanie. Bardzo intensywny wyjazd. Cokolwiek to znaczyło, ubrana w dresy jak turystka, jadę !

Gdy rozentuzjazmowani członkowie Odnowy modlili się w podroży i śpiewali z kapłanami cala noc, ja drzemałam bo nie znałam żadnych ich pieśni i modlitw.

            Po przybyciu na Jasna Gore widok jaki ujrzałam, onieśmielił mnie i zaskoczył. Setki autokarów z całej Polski. Dziesiątki tysięcy ludzi. Cały ten piękny kolorowy, rozmodlony, rozśpiewany tłom wprawił mnie w zachwyt i wzruszył. Co to jest ? Gdzie ja jestem? Co to wszystko znaczy? Księża uwijali się by przekazać swoim grupom szczegółowy harmonogram kongresu i konferencji. Wokół mnie szczęście i uśmiech eksplodował z minuty na minute. Nigdy w życiu nie byłam w taki  tłumie. Byłam w życiu pierwszy raz na Jasnej Gorze. Ale musiałam mieć minę !

Była piękna słoneczna pogoda. Nieprawdopodobne tłumy zapełniały Błonia i szczyt Jasnej Góry. Na konferencje przybyli : prezydent, członkowie rządku, episkopatu, honorowi goście z całego świata i Bóg jeden wie kto jeszcze. Ale byłam tam i ja ! Na doczepkę. Wśród niezwykle pobożnych , zakochanych w Bogu ludzi.

            Zanim cokolwiek się rozpoczęło, czułam ze zostałam namaszczona tym tłumem na cale życie. Porwał mnie ten entuzjazm. Próbowałam jak echo wtórować w modlitwach za wszystkimi. Byłam tak przejęta i poruszona, że spijałam jak pszczoła nektar widok każdej twarzy wokół mnie. Tysiące parafialnych sztandarów i flag łopotało na wietrze. Duch Święty unosił się w powietrzu. Taka eksplozja modlitwy, to jest dopiero przeżycie. Zachwyt. Zachwyt bożą atmosferą napełnił mnie cala….

            Po odsłuchaniu powitania i pierwszych wystąpień nagle przybiegł ksiądz Leszek i łapiąc za rękę pociągnął za sobą. Przedzieraliśmy się przez tłum. Musiał widzieć moja oszołomiona z wrażenia minę.   – Chodź – powiedział – Chodź do Matki !!! Torował nam drogę do kaplicy Matki Bożej. Weszliśmy do Zakrystii. Minęliśmy kilkudziesięciu stłoczonych tam w uroczystych szatach księży i bocznym wejściem, wciąż ciągnąc mnie za rękę, wprowadził do Kaplicy. Powiedział porządkowemu by  przygotował dla mnie miejsce. – Klęcz i proś –  i szepnął, że wkrótce po mnie wróci……

I gdy tak klęczałam i podniosłam oczy stanął dla mnie czas. Tłumy zniknęły. Zrobiło się pusto. Nastała kompletna cisza. Patrzyła na mnie ONA. Matka Boska Częstochowska. Królowa Polska. Byłam tylko ja i ONA…. I ta cisza…. I ten spokój… Ta miłość… To zrozumienie.. Ta akceptacja… To wybaczenie… To ŚWIATŁO bijące z JEJ lica… ta suknia…. i te oczy…

W ułamku sekundy wiedziała o mnie wszystko… Mówiła do mnie… Mówiła do mnie „NIE BOJ SIE” , „JESTES MOIM DZIECKIEM”, „CZEKALAM TU NA CIEBIE”. Poczułam szarpniecie za rękę. Ksiądz Leszek wyciągał mnie spod balasek pod ołtarzem i pędem przez Zakrystię z powrotem na Błonia. Po drodze zatrzymał się na chwile i patrzył się przez chwile badawczo nic nie mówiąc. Po dotarciu do grupy poprosił by się mną zajęli i pobiegł do obowiązków na Szczycie Klasztoru. Dziś nie pamiętam już słów z żadnej konferencji bo to nie miało być ważne.

Nie wiem po jakim czasie ksiądz wparował na dol i ponownie łapiąc mnie za rękę popędziliśmy na gore.

            Tym razem do Kaplicy Matki Bożej weszliśmy przez Bazylikę. W głowie mi huczało już wszystko. Chyba unosiłam się w powietrzu z emocji. Doszliśmy do barierek oddzielających pokutna drogę do Ołtarza. Wepchnął mnie poza kolejka i powiedział:

Na kolana i pros Matkę o to czego potrzebujesz, bo ja sam nie wiem co mam z Tobą zrobić. Masz godzinę. Potem wróć sama na dół- powiedział. 

            Czy pamiętam o co prosiłam? Nie pamiętam ! Ale nawet gdybym, to NOT YOUR BUISSNESS, cytując „Gladiatora”.

            W ścisku, tumulcie, wrzawie, kurzu, wróciłam na Błonia po porwane strzępy kolejnych wystąpień. Modlitwy nabierały rozpędu. Setki kapłanów, tysiące wiernych, Boża ekstaza. Cała drżałam z emocji i choć czułam się JEDNOSCIĄ , to przecież w żadnym stopniu wiarą nie dorównywałam tam nikomu. Trwały kolejne konferencje, punktem kulminacyjnym miała być uroczysta Masz Święta uzdrawiająca z Wylaniem Ducha Świętego.

            Po tylu emocjach próbowałam skupić się na kolejnymi słowami aż tu nagle kolejny raz cap za rękę i na górę. – Teraz odprawimy Drogę Krzyżową. Skup się i módl – powiedział ks. Leszek stojąc przy pierwszej stacji. Każda następna była dla mnie coraz trudniejsza do pokonania. Przy kolejnym upadku Chrystusa zrozumiałam, ze moimi grzechami zabiłam Baranka. Łzami wylewałam moje grzechy, próbując zrozumieć dlaczego Chrystus wciąż mnie kocha. Na tym krzyżu Chrystus niósł moje grzechy i umarł za mnie. I mnie kocha. I kocha mnie jego Matka, która TU czekała na mnie. By to zrozumieć, musiałam spojrzeć jej w oczy. Oboje uczyli mnie miłości.

To było moje catharsis…..

            Usiedliśmy z księdzem, bym mogła ochłonąć na murku tarasu górnego nad Błoniami. W strasznym ścisku i tłumie. – Co widzisz tam na dole? – zadał mi pytanie – Kościół widzę – odpowiedziałam po chwili. Patrząc mi głęboko w oczy powiedział, ze nadszedł właśnie moment bym się po raz pierwszy wyspowiadała. – Tu? ! – Tak TU ! To najlepszy konfesjonał dla Ciebie!

I tak w ścisku i gwarze spowiadałam się z grzechów całego życia, patrząc na modlący się tłum (do dzisiaj jest to miejsce w którym zawsze przysiadam). Dostałam rozgrzeszenie. Pokutę miałam odmówić natychmiast przed Matką Bożą. – Zejdź potem na dół, będę na Ciebie czekał – powiedział.

Gdy wróciłam, poprosił grupę o uwagę, bo chciałby coś ważnego ogłosić. Okrążywszy go, powiedział :

Otoczcie ja specjalna opieka bo dziś jest wielki dzień. Poczułem, ze Matka Boża pragnie by był to dzień jej Pierwszej Komunii Świętej – wskazując na mnie…

            Formowały się rzędy dla setek, setek księży idących z komunikantami w tłum, stałam spłakana, spocona, zakurzona, roztargana, w brudnych butach i spodniach.

Gdy przyjmowałam CIAŁO CHRYSTUSA, moją pierwszą w życiu Komunię Świętą, krąg kilkudziesięciu  rąk dotykał mojej głowy i ramion, modląc się za mnie. Moją asystą, moimi gośćmi, moim orszakiem pierwszokomunijnym był ponad dwustutysięczny tłum.

To tam u stóp Matki Bożej, Jezus Chrystus zamieszkał na zawsze w moim sercu.

            Następnego dnia wygłaszane były niezliczone świadectwa uzdrowienia i jedno jedyne innej treści. Brzmiało tak:

„Jest tutaj w wśród Was jedna kobieta, która podczas trwania kongresu przystąpiła I Komunii Świętej”.

Miałam 40 lat…

In memoriam + Śp. Ks. Leszkowi Kasperowiczowi