Droga życia cz. 1

Mogę z radością w sercu i dumą mówić, że jestem wierzącą i praktykującą katoliczką. Najpierw jednak musiał przetoczyć się przez moje życie potężny żywioł podwójnego tornado.

Pierwsze – TORNADO GRZECHU

Drugie – TORNADO NAWRÓCENIA

Urodziłam się i mieszkam w Szczecinie. Tu, 12 lat po wojnie, poznali się i pokochali moi rodzice. by na Boże Narodzenie powiedzieć sobie sakramentalne „TAK”. Gdy rodziłam się 9 miesięcy później wisiały już nade mną ciemne chmury ich najgorszej decyzji dotyczącej mojego przyszłego życia.

Oboje pochodzili z wierzących i praktykujących, patriotycznych, dobrych rodzin. Pan Bóg prowadził i czynił cuda….           

Gdy wybucha II Wojna Światowa i po 17 września do Hajnówki wkracza Armia Czerwona, Rosjanie aresztują mojego dziadka Karola i bestialsko mordują z innymi pracownikami Lasów Państwowych.

Babcię Lidię wraz z trzema synami, w lutym 1940 roku , deportują na Sybir a potem wywożą do Kazachstanu. Babcia Lidia całe życie mi mówiła, że przeżyła wywózkę do nieludzkiej ziemi dzięki swej głębokiej wierze i modlitwie. To dzięki jej codziennym modlitwom dwaj starsi synowie, po wstąpieniu do Armii Andersa, przeżywają bitwę pod Monte Casino. Dzięki wierze i modlitwie babci udaje się uciec z najmłodszym synem (moim przyszłym ojcem), przed zaplanowaną rusyfikacją Polaków.

Pozostał mi po niej stuletni różaniec, bez krzyżyka, zerwanym i zagubionym gdzieś na stepach. Gdyby dziadek Karol nie przyjął stanowiska skarbnika Lasów Państwowych w Hajnówce i pozostał w Betlejce – majątku rodzinnym – to czy rodzina przeżyłaby wojnę…? Betlejka… co za piękna Boża nazwa dla domu…

To dzięki wierze i modlitwie moich drugich dziadków, Marty i Władysława, moja mama, jasnolica, białowłosa blondyneczka, wyglądająca jak aryjskie dziecko, nie została wywieziona w czasie wojny do Niemiec. W sypialni dziadków wisiał taki piękny, duży obraz w ramie, Matki Bożej nachylającej się nad Dzieciątkiem Jezus. To pod nim zawsze modliła się cała rodzina. Po latach obraz zaginął. W moje posiadanie trafia obrazek MB Częstochowskiej, otrzymany na pamiątkę nawiedzenia obrazu Czarnej Madonny w ich domu tuż po wojnie. Babcia Marta należała całe życie do Kółka Różańcowego i była bardzo aktywna w życiu Kościoła.

Czarne chmury gromadzą się nade mną gdy rodzice przygotowując się do ślubu kościelnego. Po spowiedzi nie otrzymują rozgrzeszenia. Słyszą gorzkie słowa księdza, że tyle razy ile grzeszyli przed ślubem, spadnie na nich gniew Boży. Udają się więc do drugiego. Ślub się odbywa, ale moi rodzice wiedzą już, że odejdą od Kościoła i (chyba też) od Boga.

Ta decyzja za 9 miesięcy uderzy we mnie. Rodzice dla dobra rodziny postanawiają tylko mnie ochrzcić planując jednocześnie, że dadzą mi, tak bardzo wówczas stającym się modnym, wolny wybór.

Mój chrzest był kompletną klapą. Zjeżdżają się obie wierzące rodziny. Jakieś przypadkowe osoby z pracy, których nikt nie znał, miały zostać moimi rodzicami chrzestnymi. Tuż przed ceremonią okazuje się, że w kościele nie ma matki chrzestnej, bo po prostu nie przyjechała. W tym zamieszaniu ciężarna bratowa mojej mamy zgodziła się nią zostać.

Pewnego lata gdy  ją, jako mała dziewczynka odwiedzałam, dowiedziałam się, że nie powinna mnie trzymać do chrztu bo jej dziecko umarło. Wtłoczyła we mnie potężne poczucie winy na lata…., że to przeze mnie…

Mijał czas a ja tylko obie Babcie widziałam na kolanach, i to one pomimo sprzeciwu rodziców usiłowały nauczyć mnie pacierzy i jak się przeżegnać. I choć kochałam je nad życie, udała im się tylko połowa „ Aniele Boży”.

Zostałam czarną owcą wszędzie! W rodzinie, na podwórku, w klasie. Bez religii, katechezy,  Pierwszej Komunii Świętej (zazdrościłam tylko białych sukieneczek), bierzmowania, wspólnych wyjść do kościoła na msze święte. Bez tych wszystkich Bożych Skarbów, które powinni dać dziecku wierzący rodzice. Bo moi wciąż twierdzili, że są wierzący tylko nie praktykujący.

Ja miałam sama wszystko czerpać ze ŹRÓDŁA WOLNEGO WYBORU i sama znaleźć swoją drogę.

I znalazłam!

Szalałam. Choć uczęszczałam do najlepszego liceum w mieście, szkoły muzycznej, chóru, treningów i tańca, nie dawałam sobie już rady z emocjami. Chaos wnętrza samotnego dziecka, podsycanego przez antykomunistyczne dysputy dorosłych, przesiąknięte ateizmem i nowoczesnością. Nikt nie był w stanie ujarzmić mojego dojrzewającego, brykającego temperamentem szału. Nie było granic, zasady były do obalania. Czasem ojcowski pas zabolał i policzek matki.

Myślę, że już wiedzieli o swoim błędzie.

Nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed wściekłością słowa, postępowania czy zachowania.

Rozszarpane przez Diabła wnętrze dziecka, podlotka, panienki, nastolatki, oszalało. Wtedy też zrozumiałam słowo hipokryzja. Nienaganny strój i dobre maniery pielęgnowałam jedynie, gdzie się to opłacało.

Rok przed maturą, chciałam popełnić samobójstwo. Połknęłam wystarczającą ilość tabletek. Uratowała mnie Kasia, koleżanka z klasy. Pogotowie. Płukanie żołądka. Dziś wiem, że to był krzyk. Nikt nie usłyszał.

Umarły Babcie. Zaczęło się dorosłe życie. Dopuściłam się grzechów na każdym Bożym Przykazaniu. Chciałam uciec z domu. Wyszłam za mąż. Zaraz wróciłam. Do mieszkania po babci. Z dzieckiem. Urodziłam córeczkę. Szukałam, wciąż szukałam miłości…. nie wiem czy umiałam też kochać…

Ale jak znaleźć Miłość…

o Miłości nic nie wiedząc…

Byłam młoda, piękna, zgrabna, radosna, utalentowana, inteligentna, błyskotliwa, ambitna, pracowita, towarzyska.

Dobry kapitał na życie, rodzice ?!

A wszystko się rozpadało.

Koktajl chaosu był niekończącym się pasmem to przyjemności, to zemsty, to rozkoszy, to nienawiści.

Czy ateistyczna huśtawka uczuć ze skrajnym antyklerykalizmem miały wyznaczyć mi moją drogę? Dokąd? Dokąd?

Pustka…. Pustka

Szkoda, że tak bardzo zawiodłam wtedy swojego ojca

Ale… Gdzie byłeś? Gdzie Ty byłeś ???

Rodzice! Nie zabierajcie dzieciom Boga!

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Pan Bóg przygotowywał dla mnie dalszą drogę.

Nie była łatwa…   

                                                                       cdn…

zadedykuję go nowoczesnym rodzicom.