Oddechy miłości – pocztówka z hospicjum

Wszedłem do jej pokoju. Uśmiechnęła się. Wyciągnęła rękę i dała znak, żebym podszedł. Usiadłem obok łóżka, podniosła dłoń. Wahałem się. Ucałowałem i nie przestawałem trzymać. Było mi głupio. Siedziałem tylko kręcąc głową i co chwilę zaglądając w jej uśmiechnięte oczy. Nie znałem jej języka a ona znała tylko jedno w moim. „Dziękuję”. Wenflony w obu rękach i ślady po licznych wkłuciach opowiadały mi historię jej cierpień. Ten pocałunek na dłoni trafił na rozległego krwiaka. Odruchowo zamknąłem oczy, żeby na niego nie patrzeć. Siedzieliśmy w milczeniu. Nic nie wskazywało na to, co miałem jeszcze usłyszeć. Przez szyby zajrzało jesienne słońce. Promienie tańczyły na ścianie hospicjum i kwiatach pościeli, które ktoś przyniósł z domu. W ramie okna szkic dachów starego Wilna. Było tak spokojnie. Przyszła s. Michaela. Nie mogła wcześniej. Kogoś chciała odprowadzić do nieba, powiedzieć do widzenia, przytulić rodzinę. Poprawiła poduszkę, spojrzała na nasze dłonie. Uśmiechnęła się i dołożyła swoją. Zaczęła opowiadać. Moje oczy powiększały się z każdym zdaniem: 

– Ta dziewczyna przeżyła bombardowanie w Donbasie. Tydzień leżała z rodziną pod gruzami. Przeżyli dzięki słoikom dżemów domowej roboty, które wygrzebali między zgliszczami. Tak czy inaczej – straciła wszystko. Spojrzałem na nią. „Dziękuję” – szepnęła. Spuściłem wzrok.

– Gdy wydostała się z oblężenia, przerzucili ją przez granicę – szeptała dalej Michaela nie przestając gładzić naszych dłoni.

– Na Litwie poczuła się gorzej. Diagnoza. Wyrok. Zapytali czy ją przyjmiemy. Głupie pytanie. I, wyobraź sobie ona ciągle tak tylko płacze i dziękuje, a te jej łzy… wszystkie z radości. Nieprawdopodobne prawda?

– Tak, nieprawdopodobne – odparłem. – Nic mi się w tej historii nie zgadza. Dlaczego po tym wszystkim ona się tak uśmiecha? Skąd w niej to wzruszenie, którego nie może opanować nawet gdy jest ból i w ogóle… – znowu pokręciłem głową – koniec życia, które całe jest w zgliszczach a ona jest po prostu radosna. Coś się stało?  

– Nic szczególnego. Przyjęliśmy ją z miłością. Po prostu. – A nie myślałaś, że za tym tęskni cały świat?

– Tak. Tęskni każdy z nas. Ale wiesz, ona tę miłość znalazła w oczach namalowanych prawie sto lat temu – powiedziała, wskazując na obrazek „Jezu ufam Tobie”, który stał przy łóżku na szafce z nocną lampką.

– Myślę, że bardziej w waszych oczach – zaprotestowałem.

– Może. Może trochę odbijamy w sobie te oczy Jezusa. Oby tak było.

„Dziękuję” – szepnęła, nie ocierając łez, które powoli nawadniały bruzdy delikatnych zmarszczek. Spojrzeliśmy z Michaelą na siebie. Po chwili Michaela dodała:

– Chciałam, żebyś tu przyszedł, bo prawdziwa miłość, nawet gdy milczy, leczy ze wszystkich zranień. Niech i leczy twoje. Możesz tu posiedzieć ile chcesz. Zawołam cię na obiad – i wyszła. Siedzieliśmy razem między promieniami ciszy, w której pojawiało się jedyne słowo, które nas łączyło. „Wdzięczność to oddech miłości. Chciałbym tak kochać” – pomyślałem. Spojrzała na mnie z tym wychudzonym, wyrzeźbionym przez cierpienie, spokojnym uśmiechem. Jakby czytała to, co teraz próbuję sobie ułożyć w głowie. Przytaknęła powiekami na pożegnanie i zasnęła.

Fot: Internet