Amisze z Warsaw

(138 dzień pieszej drogi przez USA)

Wczoraj po 24 milach (30 km) pchania wóżka przez wiejski krajobraz Ohio doszedłem do miejscowości o nazwie Warsaw. Czy mieszkają tu potomkowie Polaków?  Gdy piłem kawę na stacji benzynowej, do środka weszło dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka, z wyglądu mogli mieć siedem, może osiem lat. Od razu poznałem, że to amisze, wspólnota, która odrzuciła zdobycze cywilizacji i prowadzi proste, wiejskie życie bez prądu, samochodów i smartfonów. Dziewczynka ubrana była w nieco staromodną sukienkę i biały czepek. Chłopiec miał farmerskie proste spodnie z szelkami, na głowie kapelusz. Oboje dłuższą chwilę wybierali lody z lodówki. Kupili też dwa duże worki lodu. No tak – pomyślałem – w gospodarstwie bez prądu lód jest cenną rzeczą.

Wychodzę za nimi. Patrzę, jak ładują lód do śmiesznej czarnej minibryczki zaprzężonej w małego konika. Dziewczynka spogląda na mój wózek i uśmiecha się niepewnie. Podobnym spojrzeniem mógł kiedyś Piętaszek obdarzyć Robinsona Crusoe. Przyglądam się, jak mała bryczka rusza spod stacji benzynowej, na której panuje spory ruch samochodów. Na amiszów nikt nie zwraca uwagi. Mała czarna bryczka wśród wielkich samochodów wygląda jak pojazd z obcej planety.

W czasach, gdy chodziliśmy z bratem do podstawówki, nie było internetu ani komputerów. Po szkole cały dzień wymyślaliśmy sobie zabawy na powietrzu. Wszyscy nasi koledzy mieszkali w podobnych do naszego blokach, w których były podobne meble i takie same telewizory. Nasi rodzice jeździli takimi samymi samochodami i wysyłali nas latem na kolonie nad polskie morze albo w góry. Świat nie miał tylu atrakcji co dzisiaj, ale był nieustanną przygodą, ciągłym poszukiwaniem i odkrywaniem nowych kolorów i smaków. Wszyscy godzili się z ryzykiem nabitego guza i podrapanych kolan.

Gdy byliśmy trochę więksi, telewizja rozpoczęła emisję serialu „Dynastia”. Zobaczyliśmy wtedy inny świat. Zachód to były wspaniałe domy, niesamowite samochody, ludzie w pięknych ubraniach. Ta nowa, kolorowa rzeczywistość z telewizji zachwyciła nas i zawładnęła naszą wyobraźnią. Jednak zachwyt nie trwał długo. Kolejne odcinki pokazały, że ci piękni ludzie z amerykańskiego serialu wcale nie cieszą się swoimi strojami, nie przeżywają szczęścia z jazdy limuzynami i nie podziwiają widoków z tarasów swoich apartamentów. Zamiast tego stale rozmawiają o biznesach, knują intrygi i uczestniczą w spiskach, a nawet morderstwach. Na ich twarzach był lęk albo próżność i egoizm. Potem ten barwny świat z „Dynastii” stopniowo zaczął pojawiać się i u nas.

Pod wieczór docieram na duży kemping, gdzie jestem jedynym niezmotoryzowanym gościem. Mój namiot stoi pośród setek wielkich domów na kołach, które są częścią amerykańskiego stylu życia. Trochę zazdroszczę im łazienek, łóżek i klimatyzacji. Przypominam sobie jednak parę małych amiszów ze stacji benzynowej w ich maleńkiej bryczce i myślę o tym, co tak naprawdę czyni człowieka szczęśliwym.