Drzwi

Marek, jeden z Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia, spotkał Jezusa w więzieniu, jak my wszyscy. Każdego roku wyrusza na pielgrzymkę – bez zabezpieczonych środków i zapewnionych noclegów, żeby dziękować za nowe życie. Jednak pielgrzymka to nie romantyczna wędrówka, tylko duchowe zmaganie, stawanie w prawdzie. Mówimy w naszej wspólnocie, że „jesteśmy w procesie nawracania”.

Marek opowiedział mi pewną historię, która dobrze opisuje co to znaczy „być w procesie”.

„W poniedziałek rano wychodziłem ze Słupska. Cały czas padało. Byłem niewyspany. Plecak dziwnie ciążył. Są takie chwile w życiu, gdy nagle wszystko jest nie tak, gdy nic się nie układa. To był taki dzień. Dwumetrowy kij pielgrzyma zwieńczony krzyżem, na którym zawsze się podpierałem, teraz był nieporęczny i dziwnie ciężki. Deszcz zalewał mi telefon, więc nie mogłem śledzić drogi i gubiłem się co chwila w uliczkach miasta, a kilometry do następnego miejsca postoju zamiast maleć – rosły. Czułem się rozdrażniony i zmęczony. W pewnej chwili poczułem taką złość, że byłem prawie gotów rzucić wszystko i zrezygnować z pielgrzymki.

Wiedziałem, że podczas pielgrzymki zdarzają się kryzysy, że w ciężkich doświadczeniach atakują nas pokusy i że wtedy ujawniają się nasze najgorsze cechy, że tak właśnie działa zły duch. Ale tym razem atak był tak silny, że wszystko we mnie się zachwiało. Stawiałem kroki jakby wbrew sobie, zły na Boga, że nie ma Go przy mnie wtedy, gdy najbardziej Go potrzebuję.

Stanąłem na czerwonym świetle w tłumie przechodniów. Przede mną przelewał się potok samochodów, a ja ostatkiem sił toczyłem w sobie beznadzieją walkę.

Wtedy zauważyłem, że zmierza w moją stronę starsza kobieta. – Pewnie chce ze mną porozmawiać bo zauważyła mój krzyż – pomyślałem. Byłem w tak złym stanie, że ostatnią rzeczą na którą miałem ochotę była rozmowa z jakąś babcią, więc odwróciłem się i chciałem przed nią uciec. Jednak ona upacie szła w moim kierunku, jakby miała mnie na celowniku. W końcu zagrodziła mi drogę.

– Czy pomoże mi pan przenieść drzwi?

Zdębiałem. Czy ta kobieta nie widzi, że niosę krzyż i ciężki plecak? Dlaczego podeszłą akurat do mnie? Nie mogła wybrać kogoś innego? Poza tym jestem na pielgrzymce, idę w swoim kierunku, nie mogę zbaczać z mojej drogi.

– Jestem pielgrzymem – odburknąłem.

– Niech pan mi pomoże – kobieta była uparta – to tutaj, niedaleko – jakby zupełnie nie słyszała co do niej mówię.

Nie wiem dlaczego, ale mimo złości, którą miałem w sobie, poszedłem za nią, pozwalając się prowadzić. Walka, która się we mnie toczyła, przybierała na sile. Z jednej strony wiedziałem, że powinienem pomóc, z drugiej – miałem tysiąc wymówek.

Drogą między blokami doszliśmy w końcu do śmietnika.

– Tutaj są drzwi. Ktoś wyrzucił, a mnie się przydadzą. Trzeba je przenieść do mojej piwnicy. To tutaj, niedaleko.

Obciążony krzyżem i plecakiem, zbaczając z trasy pielgrzymki, w deszczu, gubiąc drogę, mam teraz nieść z tą kobietą jakieś stare drzwi ze śmietnika do piwnicy.

Absurd tej sytuacji był tak wielki że zachciało mi się śmiać.

Gdy razem niesiemy ciężar, zdumiony myślę o tym, co to wszystko znaczy: kobieta, która wybiera mnie sobie do pomocy, drzwi na śmietniku, droga do piwnicy…

I wtedy przychodzi oświecenie. Przecież ta kobieta w chwili mojej ciemności pokazała mi drogę do światła! Nie sama trasa pielgrzymki jest ważna, nie kilometry. Ważne jest, aby dostrzegać to, co ma dla mnie Bóg. Być Mu wierny – oto prawdziwe pielgrzymowanie. Drzwi, które tak niechętnie podniosłem ze śmietnika są symbolem bramy. Piwnica to moja ciemność – miejsce zranień, do których nie chcę schodzić. Ciemność piwnicy to miejsce mojego buntu, zniechęcenia, pretensji, wszystkich pokus, które chcą mnie zawrócić z drogi do Boga. Drzwi umieszczone w piwnicy to symbol przejścia z ciemności do światła! Do światła, które grzesznik spotyka na dnie swojej ciemności.

Przecież to jest właśnie prawdziwa pielgrzymka! Odnaleźć światło! Zejść do swojego mroku, dotknąć zranień, dostrzec światło i pozwolić mu się poprowadzić !

Teraz wszystko staje się jasne. Uśmiech, który dostaję na pożegnanie, nie jest już uśmiechem staruszki. Kim jest ta dziwna pani? – pytam siebie z bojaźnią, gdy ona, patrząc mi w oczy, wkłada w moją dłoń pięć złotych.

Po serdecznym pożegnaniu wracam na szlak. Deszcz już tak mocno nie pada. Odnajduję drogę w telefonie, poprawiam plecak i podpierając się moim krzyżem ochoczo wracam na szlak pielgrzymki. Wróciła radość. Odnalazłem drogę!