Duch

Z Markiem znam sie ze wspólnoty w Warszawie. Jeździ w karetce jako ratownik medyczny. Wrócił do Kościoła po tym, jak kilka lat temu jego brat zginął w wypadku samochodowym. Marek wtedy prowadził.

Marek często zaprasza do domu bezdomnych. Zabiera ich z tramwajów, z parków, ze śmietników. Karmi, pozwala się umyć w wannie, czasem daje coś do ubrania. Mówi, że ludzie bez domu często ukrywają wielkie tajemnice. To, co z pozoru wydaje się brudne i odpychające , jest czasem wielkim duchowym zmaganiem.

Gdy wieczorem po mszy na Starówce wsiedliśmy do tramwaju, Marek od razu przysiadł się do bezdomnego, który drzemał z głową opartą o szybę. Zaproponował mu obiad i miejsce do spania w altance na swojej działce. Bezdomny ożywił się, od razu, okazując ufność. Zazdrościłem Markowi tej prostoty i naturalności, z jaką potraktował tego człowieka.

Postanowiłem też z nim porozmawiać, bez tej sztucznej ckliwości, typowej dla wymuszonych uczynków miłosierdzia.
– Jak masz na imię?
– Longin. Ale mówią na mnie „Duch” – głos miał ochrypły, mówił niewyraźnie. Słodkawy smród bił od niego na cały tramwaj.
– Dlaczego „Duch”?
– Bo chodzę w nocy – w uśmiechu pokazał szparę po brakującej górnej jedynce.
– Dlaczego chodzisz w nocy? Lunatykujesz?
– Nie. Nie mam domu, to chodzę.
Zapadła cisza. Obaj patrzyliśmy w okno.
– To cały twój bagaż? – spytałem po chwili. Między kolanami na podłodze miał reklamówkę, a w niej kilka zgniecionych puszek i jakieś gazety.
– Pięćdziesiąt trzy puszki wchodzą na kilogram – Duch się ożywił – Koło wiaduktu przy Słonecznej jest po trzy piećdziesiąt. Nie to co u tego złodzieja na Jelonkach, który daje trzy złote – Duch skrzywił się z pogardą i przysunął nogami reklamówkę.

Wyobrazilem sobie jak długo zajmuje zebranie po śmietnikach pięćdziesięciu trzech puszek i co można kupić do jedzenia za trzy pięćdziesiąt.
– A gdzie dzisiaj będziesz spał?
– Normalnie. Pod chmurką – uśmiech rozświetlił mu zmarszczoną twarz, jakby mówił o weekendzie w letniskowym domku nad jeziorem – na śmietniku przykrywam się kartonami i śpię.
– Dzisiaj będzie kilka stopni mrozu.
– Tak, będzie ostra zima – Duch spoważniał – drzewa w tym roku wcześnie straciły liście, będzie ostra zima.
– Długo jesteś w drodze?
– Siedem lat.
– A wcześniej?
– Byłem mechanikiem samochodowym, malarzem, sztukatorem wnętrz.

Na obiad robimy placek ziemniaczany z cebulą i jajkiem. Duch dostaje ręcznik i na dłuższą chwilę znika w łazience. Przed jedzeniem razem odmawiamy błogosławieństwo.

Po obiedzie muszę już wracać na pociąg do Łodzi. Wychodzimy na ulicę całą trójką. Złapał lekki mróz i zaczął pruszyć śnieg.
Zanim Tomek zaprowadzi Ducha na działki, chcę się z nim pożegnać.
– Modlisz się czasem?
Duch przygląda mi się niebieskimi oczami.
– Pewnie! Jestem chrześcijaninem.
– Mam na imię Roman. Proszę, pomódl się dziś za mnie.